Po co nam przemysł, skoro jest Motorola?

Po co nam przemysł, skoro jest Motorola?

Silnie zadłużony Unimor Radiocom, którego większościowym udziałowcem jest Skarb Państwa, został pozostawiony samemu sobie – i to pomimo tego, że mógłby być atrakcyjnym partnerem w procesie modernizacji polskiej armii.

Gdańska spółka, związana z Trójmiastem od 1957 r. i znana z dostarczania urządzeń radiokomunikacyjnych dla wojska, a wcześniej również z produkcji telewizorów, właśnie została postawiona w stan upadłości likwidacyjnej. Trojmiasto.pl pisze, że pracownicy nie kryją rozgoryczenia, tym bardziej, że tuż przed decyzją sądu spółka zdobyła nowe zlecenia, które miały pomóc w uregulowaniu należności wobec wierzycieli. – „Mnie decyzja sądu zaszokowała” – mówi Kazimierz Łęgowski, przedstawiciel załogi i sekretarz Rady Nadzorczej. – „Została podjęta w bardzo krótkim czasie i to pomimo przedłożenia informacji o możliwości zawarcia nowych kontraktów. Zdziwiła mnie także postawa syndyka, który wielokrotnie żądał od zarządu spółki dokumentów, do których wglądu nie miał uprawnień. Jesteśmy zakładem zbrojeniowym i obowiązują nas trochę inne zasady. Gdybyśmy udostępnili dane o kontraktach osobie bez certyfikatu ABW, posądzeni bylibyśmy o zdradzenie tajemnicy wojskowej. Trudno współpracować z osobami, które nie mają wiedzy na temat przemysłu zbrojeniowego i jego specyfiki. Syndyk odwiedził nasz zakład chyba jedynie cztery razy. Nie było z jego strony wsparcia i wyglądało na to, że niezbyt interesuje się zakładem. Wniósł jedynie do sądu wniosek o upadłość likwidacyjną”.

Zaraz po ogłoszeniu decyzji sądu dwie członkinie Rady Nadzorczej z ramienia Skarbu Państwa, który jest głównym akcjonariuszem firmy (posiada 61,7 proc. udziałów; 12 proc. należy do Agencji Rozwoju Przemysłu, a pozostałe akcje są w posiadaniu samej spółki Unimor), złożyły rezygnację i wyjechały do Warszawy. – „Do chwili obecnej nie dostałem nawet informacji, co dalej z Radą i czy w ogóle piastuję jeszcze swoją funkcję. Na urlop udał się też syndyk i sędzia komisarz. Mam wrażenie, że przemysł zbrojeniowy znajduje się obecnie w niełasce” – mówi Łęgowski.

Portal przypomina, że większość radiostacji zamontowanych w polskich samolotach wojskowych musi być całkowicie wymienionych w latach 2014-2015. Prowadzone są rozmowy z zagranicznymi producentami takiego sprzętu; pierwsze kontrakty podpisał już amerykański Harris, na podobne ostrzy sobie zęby Motorola. – „Tego typu zamówienia postawiłyby Unimor bardzo szybko na nogi i spowodowały, że spółka spłaciłaby nie tylko wierzycieli, ale w krótkim okresie zaczęła wypracowywać zysk” – mówi Łęgowski. – „Dodatkowo jesteśmy w stanie wyprodukować tak samo dobry sprzęt trzykrotnie taniej od firm zagranicznych. Nasz sprzęt sprawdził się podczas wojny w Iraku. Podczas działań wojennych w trudnych warunkach »padły« wszystkie urządzenia zagranicznych konkurentów. Nasze z wyjątkiem małych usterek zawsze działały”.

– „Skarb Państwa będący udziałowcem spółki nie ma wpływu na prowadzone przez sąd postępowanie upadłościowe, może jedynie wnioskować do syndyka i sędziego komisarza o przekazanie informacji na temat stanu tego postępowania” – komentuje całą sytuację Magdalena Kobos, dyrektor Biura Komunikacji Społecznej Ministerstwa Skarbu Państwa. Resort twierdzi, że podjął decyzję o udzieleniu spółce pomocy publicznej w formie pożyczki na ratowanie, jednak jego zdaniem nie przedstawiła ona wiarygodnego programu restrukturyzacji, dlatego została zobowiązana do zwrotu pieniędzy.

Jakie są zatem szanse na uratowanie przedsiębiorstwa? – „Decyzja o sposobie prowadzenia postępowania upadłościowego należy do sądu. Jeżeli sąd uzna za uprawdopodobnione, że w drodze układu wierzyciele zostaną zaspokojeni w wyższym stopniu, niż zostaliby zaspokojeni w przypadku upadłości likwidacyjnej, wówczas ogłasza upadłość z możliwością zawarcia układu, w przeciwnym zaś razie upadłość likwidacyjną. Jeżeli w trakcie trwania postępowania upadłościowego ujawnią się podstawy do dokonania zmiany sposobu prowadzenia postępowania, sąd może zmienić sposób jej prowadzenia” – tłumaczy Tomasz Lewandowicz z Kancelarii Prawnej Arkana. W sprawie Unimoru sąd uznał, że w trakcie trwania postępowania upadłościowego pojawiły się podstawy by sądzić, iż w postępowaniu prowadzonym w wariancie układowym wierzyciele spółki nie zostaną zaspokojeni w wyższym stopniu, niż w przypadku upadłości likwidacyjnej. – „Powyższe postanowienie może zostać zaskarżone przez uczestników, w tym przez upadłą spółkę, która może próbować przekonywać sąd, iż upadłość układowa jest w dalszym ciągu rozwiązaniem korzystniejszym dla wierzycieli niż likwidacja majątku spółki” – dodaje Lewandowicz. Jeżeli postanowienie sądu nie zostanie uchylone przez sąd drugiej instancji, wówczas majątek przedsiębiorstwa zostanie wysprzedany, a ono samo zostanie zlikwidowane.

„Zapadł kolejny wyrok uśmiercający polski podmiot gospodarczy, na którego wypracowany latami rynek czeka kolejka zagranicznych sukcesorów. Wyrok tym bardziej dramatyczny i głęboko krzywdzący, gdyż zapadł w niespotykanym pośpiechu, tuż po tym, jak na rutynowym posiedzeniu sądu wysłuchującego zarząd spółki o stanie bieżących spraw, dowiedział się on o tym, że po bolesnym okresie stagnacji zamówień właśnie spłynął ich cały pakiet dających potwierdzone przychody w okresie trzech miesięcy na poziomie 2 mln zł” – czytamy w apelu pracowników Unimoru do parlamentarzystów.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Gorzkie realia

Gorzkie realia

Polscy chorzy na cukrzycę ukrywają chorobę przed pracodawcami ze strachu przed zwolnieniem.

„Dziennik Gazeta Prawna” pisze, że niekomfortową sytuację cukrzyków potwierdza raport z badań przeprowadzonych przez Międzynarodową Federację Diabetologiczną i firmę Novo Nordisk w 17 wybranych państwach. Wynika z niego m.in., że blisko 25 proc. polskich diabetyków czuje się prześladowanych z powodu choroby. Z badania wynika również, że blisko 60 proc. nadwiślańskich cukrzyków odczuwa silny stres z powodu choroby. Polska zajęła ponadto niechlubne drugie miejsce pod względem odsetka cukrzyków z depresją – przyznaje się do niej ponad 19 proc. chorych. Zdaniem ekspertów to przede wszystkim efekt trudności, z którymi spotykają się na drodze zawodowej. Potwierdzają to badania prof. Jana Tatonia, który ustalił, że prawie 80 proc. lekarzy zetknęło się z pacjentami dyskryminowanymi zawodowo z powodu cukrzycy.

Z opowieści chorych wynika, że za wszelką cenę unikają informowania pracodawców o swoim schorzeniu, np. biorą insulinę tuż przed badaniem okresowym, by uzyskać prawidłowe wyniki. Gazeta pisze, że pracodawcy wolą nie mieć cukrzyka w zespole, obawiając się, że nie będzie wystarczająco efektywny; często też utrudniają zatrudnionym powrót do pracy, gdy choroba się zaostrza. Prof. Leszek Czupryniak, szef Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, przyznaje, że ukrywanie choroby jest dość częste, szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie pokutuje postrzeganie cukrzycy jako choroby uniemożliwiającej zarobkowanie. Tymczasem lekarze przekonują, że dobrze leczony pacjent może pracować (poza pracami na wysokości czy na trzy zmiany).

Prof. Czupryniak dodaje, że zaczynają się pojawiać pracodawcy rozumiejący problem. Podaje znany mu przykład pacjenta zatrudnionego w elektrociepłowni na stanowisku wymagającym pracy na wysokości. Kiedy cukrzyca mu się zaostrzyła, przełożony znalazł mu zajęcie na parterze.

W Polsce z powodu cukrzycy typu II nie pracuje 75 proc. chorych. Szacuje się, że bezrobocie wśród diabetyków jest dwukrotnie wyższe niż wśród osób zdrowych.

Na saksy po wyzysk

Na saksy po wyzysk

240 godzin pracy miesięcznie za głodowe stawki – takie warunki stwarza swoim pracownikom w Niemczech polski Budimex.

Deutsche Welle, za „Neues Deutschland”, informuje, że jeszcze do 2005 r. przedsiębiorstwo budowlane BKM Bau, producent betonowych półfabrykatów, zatrudniało 30 pracowników. Reklamuje się ono jako kompetentny wykonawca, z „wysoko zmotywowaną” kadrą. Tyle, że jego załoga to dzisiaj 20 pracowników polskiego podwykonawcy, warszawskiego Budimexu. Według Gianpaolo Mosca ze związku zawodowego IG BAU, pracują oni 240 godzin miesięcznie, także w soboty i niedziele, zarabiając niespełna 4 euro 50 centów za godzinę. Tymczasem najniższa stawka w tej branży wynosi w Niemczech 10,71 euro.

Na sprawę zwrócił uwagę jeden z pracowników. „Kiedy Polak w połowie lipca zapytał związki zawodowe, czy i w jaki sposób zostaną opłacone jego liczne nadgodziny w BKM, zamiast odpowiedzi otrzymał wypowiedzenie – i żądanie, by w ciągu pięciu dni opuścił swoją kwaterę” – pisze dziennik. Mosca potwierdza, że „kto grymasi, wylatuje”. Dodaje, że irytuje go bezczynność lokalnych władz, które mimo ujawnienia zarzutów nie kiwnęły palcem.

W oficjalnym stanowisku polskie przedsiębiorstwo oświadczyło, że „informacje pochodzące z IG BAU o rzekomo głodowych płacach pracowników firmy Budimex SA w Niemczech są nieprawdziwe”.

Portret Polaka w tarapatach

Portret Polaka w tarapatach

Statystyczny polski dłużnik to mężczyzna w wieku ok. 45 lat, zadłużony na ponad 5 tys. zł.

Tak wynika z najnowszego raportu „Windykacja”, opracowanego przez Grupę KRUK, największą firmę obsługującą zadłużenia w Polsce – informuje wGospodarce.pl. Raport dotyczy długów obsługiwanych przez firmę w pierwszej połowie 2013 r. Według danych, statystyczny Polak zadłużony w KRUK-u ma nieuregulowane zaległości finansowe o wartości ok. 5,3 tys. zł, przy czym rekordzistą jest mieszkaniec woj. mazowieckiego, którego niespłacone zobowiązania sięgają 10 mln zł. W przypadku zadłużonych firm średnia wysokość długu sięga 25 tys. zł. Na szczycie listy najbardziej zadłużonych znajdziemy firmę z Mazowsza, której zobowiązania wynoszą prawie 83 mln zł.

Portal informuje, że zadłużeni mieszkańcy Mazowsza mają przeciętnie do spłacenia aż 5,8 tys. zł – najwięcej w Polsce. Niewiele lepiej jest w woj. pomorskim (ponad 5,7 tys. zł), małopolskim (ponad 5,4 tys. zł) oraz śląskim (ok. 5 tys. zł). Stosunkowo najmniej uciążliwe kłopoty tego rodzaju mają natomiast mieszkańcy województw świętokrzyskiego i podlaskiego, gdzie przeciętny dłużnik jest winien odpowiednio 4,5 tys. zł oraz niecałe 4 tys. zł.

– „Niezależnie od tego, czy podmiotem zadłużonym jest osoba fizyczna czy firma i jakiej kwoty sięga zadłużenie, warto zdecydować się na dialog i ugodę z wierzycielem lub firmą obsługującą daną należność” – przekonuje Piotr Krupa, prezes zarządu KRUK S.A. – „Pozwoli to uniknąć stale rosnących odsetek, dodatkowych opłat i niepotrzebnego stresu” – dodaje.