W obronie własnej

W obronie własnej

Co można zrobić, gdy władze zamykają szkoły i szkolne stołówki? Gdy kucharki tracą pracę, a stłoczone w przepełnionych klasach dzieci otrzymują obiady zarazem droższe i gorszej jakości? Zorganizować się! O działaniach Warszawy Społecznej rozmawialiśmy na falach Radia WNET z jej przedstawicielami.

Wszystko zaczęło się od likwidacji części szkół i niemal wszystkich szkolnych stołówek przez władze Warszawy i poszczególnych stołecznych dzielnic. Do zdenerwowanych rodziców, kucharek i pedagogów przyszła grupa działaczy z warszawskiego oddziału Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego. Młodzież pomogła im się zorganizować. – Początkowo inicjatywa rozwijała się powoli, ponieważ rodzice dzieci z różnych szkół i dzielnic się nie znali. Do tego politycy, radni różnych opcji, którzy początkowo wspierali protesty, szybko się wykruszali, widząc, że walka będzie długa, a na efekty trzeba będzie poczekać – wspomina Janusz Stodulski. Pierwsze starcie z radnymi likwidującymi placówki było przygnębiające. – Sesja trwała 16 godzin. W jej trakcie radni grali na telefonach, czytali gazety, ignorowali naszą obecność. Radni PO wytykali palcami płaczące matki przedszkolaków z jednostki zagrożonej likwidacją – relacjonuje Maciej Łapski. Na pytanie o przyczyny włączenia się studentów w protesty przeciw likwidacji szkół i stołówek Łapski odpowiada: Większość z nas na co dzień uczy się i pracuje. Spotykamy się z wyzyskiem, umowami śmieciowymi i nie chcemy tak żyć. Niebawem pewnie też będziemy mieli dzieci i chcemy, by chodziły one do dobrych szkół publicznych. Zorganizowanie szkół jest ważniejsze, niż szkolnictwa wyższego, bo to właśnie organizacja na tym poziomie może zwiększać lub zmniejszać nierówności społeczne w przyszłości.

Warszawa Społeczna to nie tylko walka o lepszą edukację. Społecznicy podjęli też działania mające zwiększyć udział mieszkańców w kierowaniu miastem i poszczególnymi dzielnicami stolicy, protestują przeciw podwyżkom cen komunikacji zbiorowej oraz zbierali podpisy pod wnioskiem o referendum ws. odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Zapraszamy do wysłuchania całej audycji o działaniach Warszawy Społecznej.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Kulejący „socjal”

Kulejący „socjal”

Rencistów mamy najmniej od początku transformacji ustrojowej, a zdobycie renty zaczyna graniczyć z cudem.

W rekordowym roku 1998 w Polsce było 2,7 mln rencistów, w czerwcu tego roku – zaledwie 1 mln 75 tys., a przewidywany jest dalszy spadek. Wyborcza.biz pisze, że ZUS zanim przyzna komuś rentę, sprawdza wszystkie dokumenty trzy razy. Ponadto, na bieżąco weryfikowane są wcześniej przyznane świadczenia. Jak potrafi wyglądać ta ostatnia procedura, obrazuje przykład pana Marka, który jako dziecko został wywieziony na Syberię i wrócił jako wrak człowieka. W styczniu 1998 r. komisja orzeczników ZUS po specjalnych badaniach i przedstawieniu historii chorób przyznała mu 800 zł miesięcznie. Po kilku latach od przyznania renty p. Marek został wezwany do Zakładu, gdzie komisja po obejrzeniu dokumentacji i kilku minutach rozmowy odebrała mu świadczenie.

Portal przypomina, że obecnie żeby dostać rentę nie wystarczy chory kręgosłup, dwa zawały czy nawet brak ręki i nogi. ZUS każdy przypadek odmowy tłumaczy krótko: „nie badamy, czy ktoś jest zdrowy albo chory, ale czy choroba uniemożliwia mu wykonywanie jakiejkolwiek pracy”.

Inny powód zmniejszenia liczby rencistów to wprowadzenie zasady, że rencista, który osiąga wiek emerytalny, staje się automatycznie emerytem i znika z listy rencistów. Wcześniej tak nie było: ktoś, kto dostał rentę, pobierał ją do końca życia.

Obecnie renty nie są specjalnie atrakcyjne, co zdaniem portalu stanowi kolejny powód, dlaczego rencistów nie przybywa. Średnia renta to 1453 zł brutto. Dla porównania przeciętna emerytura to 1930 zł brutto.

Spadająca liczba rencistów, podobnie jak skala wypłacania zasiłków – W Polsce tylko co szósty bezrobotny dostaje pieniądze z urzędu pracy – dobrze obrazują „rozbuchany nadwiślański socjal”, utrzymywany przez zdrową, bo przedsiębiorczą część narodu.

Śmieciowy rząd

Śmieciowy rząd

Ministerstwa chętnie zawierają umowy cywilnoprawne, również takie, które spełniają kryteria tzw. umów śmieciowych – ustaliła Najwyższa Izba Kontroli.

NIK przeanalizowała, czy zawierane przez urzędy administracji państwowej umowy cywilnoprawne są zgodne z prawem i czy nie zlecono prac, które powinni wykonywać etatowi pracownicy – informuje „Rzeczpospolita”. Okazało się, że pojawiały się takie przypadki, m.in. w resorcie zdrowia. „Na realizację bieżących zadań ministerstwa z ośmioma osobami zawarto 61 umów-zleceń o wartości 250,2 tys. zł, w sytuacji, gdy zgodnie z przepisami kodeksu pracy miały one charakter umów o pracę” – napisali kontrolerzy w raporcie. Zastrzeżenia mieli też do umów cywilnoprawnych zawieranych m.in. przez biuro Rzecznika Praw Dziecka, Rzecznika Praw Pacjenta, w Ministerstwie Kultury oraz Kancelarii Premiera.

Jak komentuje ekspertka rynku pracy, prof. Elżbieta Kryńska, sprawą powinna zająć się Państwowa Inspekcja Pracy. – „Organy, które powinny pilnować porządku prawnego, łamią prawo, kierując się chęcią oszczędności” – uważa Kryńska. PIP zapewniła, że jeśli tylko otrzyma skargę z NIK, jej inspektorzy zbadają tę kwestię.

Po co nam przemysł, skoro jest Motorola?

Po co nam przemysł, skoro jest Motorola?

Silnie zadłużony Unimor Radiocom, którego większościowym udziałowcem jest Skarb Państwa, został pozostawiony samemu sobie – i to pomimo tego, że mógłby być atrakcyjnym partnerem w procesie modernizacji polskiej armii.

Gdańska spółka, związana z Trójmiastem od 1957 r. i znana z dostarczania urządzeń radiokomunikacyjnych dla wojska, a wcześniej również z produkcji telewizorów, właśnie została postawiona w stan upadłości likwidacyjnej. Trojmiasto.pl pisze, że pracownicy nie kryją rozgoryczenia, tym bardziej, że tuż przed decyzją sądu spółka zdobyła nowe zlecenia, które miały pomóc w uregulowaniu należności wobec wierzycieli. – „Mnie decyzja sądu zaszokowała” – mówi Kazimierz Łęgowski, przedstawiciel załogi i sekretarz Rady Nadzorczej. – „Została podjęta w bardzo krótkim czasie i to pomimo przedłożenia informacji o możliwości zawarcia nowych kontraktów. Zdziwiła mnie także postawa syndyka, który wielokrotnie żądał od zarządu spółki dokumentów, do których wglądu nie miał uprawnień. Jesteśmy zakładem zbrojeniowym i obowiązują nas trochę inne zasady. Gdybyśmy udostępnili dane o kontraktach osobie bez certyfikatu ABW, posądzeni bylibyśmy o zdradzenie tajemnicy wojskowej. Trudno współpracować z osobami, które nie mają wiedzy na temat przemysłu zbrojeniowego i jego specyfiki. Syndyk odwiedził nasz zakład chyba jedynie cztery razy. Nie było z jego strony wsparcia i wyglądało na to, że niezbyt interesuje się zakładem. Wniósł jedynie do sądu wniosek o upadłość likwidacyjną”.

Zaraz po ogłoszeniu decyzji sądu dwie członkinie Rady Nadzorczej z ramienia Skarbu Państwa, który jest głównym akcjonariuszem firmy (posiada 61,7 proc. udziałów; 12 proc. należy do Agencji Rozwoju Przemysłu, a pozostałe akcje są w posiadaniu samej spółki Unimor), złożyły rezygnację i wyjechały do Warszawy. – „Do chwili obecnej nie dostałem nawet informacji, co dalej z Radą i czy w ogóle piastuję jeszcze swoją funkcję. Na urlop udał się też syndyk i sędzia komisarz. Mam wrażenie, że przemysł zbrojeniowy znajduje się obecnie w niełasce” – mówi Łęgowski.

Portal przypomina, że większość radiostacji zamontowanych w polskich samolotach wojskowych musi być całkowicie wymienionych w latach 2014-2015. Prowadzone są rozmowy z zagranicznymi producentami takiego sprzętu; pierwsze kontrakty podpisał już amerykański Harris, na podobne ostrzy sobie zęby Motorola. – „Tego typu zamówienia postawiłyby Unimor bardzo szybko na nogi i spowodowały, że spółka spłaciłaby nie tylko wierzycieli, ale w krótkim okresie zaczęła wypracowywać zysk” – mówi Łęgowski. – „Dodatkowo jesteśmy w stanie wyprodukować tak samo dobry sprzęt trzykrotnie taniej od firm zagranicznych. Nasz sprzęt sprawdził się podczas wojny w Iraku. Podczas działań wojennych w trudnych warunkach »padły« wszystkie urządzenia zagranicznych konkurentów. Nasze z wyjątkiem małych usterek zawsze działały”.

– „Skarb Państwa będący udziałowcem spółki nie ma wpływu na prowadzone przez sąd postępowanie upadłościowe, może jedynie wnioskować do syndyka i sędziego komisarza o przekazanie informacji na temat stanu tego postępowania” – komentuje całą sytuację Magdalena Kobos, dyrektor Biura Komunikacji Społecznej Ministerstwa Skarbu Państwa. Resort twierdzi, że podjął decyzję o udzieleniu spółce pomocy publicznej w formie pożyczki na ratowanie, jednak jego zdaniem nie przedstawiła ona wiarygodnego programu restrukturyzacji, dlatego została zobowiązana do zwrotu pieniędzy.

Jakie są zatem szanse na uratowanie przedsiębiorstwa? – „Decyzja o sposobie prowadzenia postępowania upadłościowego należy do sądu. Jeżeli sąd uzna za uprawdopodobnione, że w drodze układu wierzyciele zostaną zaspokojeni w wyższym stopniu, niż zostaliby zaspokojeni w przypadku upadłości likwidacyjnej, wówczas ogłasza upadłość z możliwością zawarcia układu, w przeciwnym zaś razie upadłość likwidacyjną. Jeżeli w trakcie trwania postępowania upadłościowego ujawnią się podstawy do dokonania zmiany sposobu prowadzenia postępowania, sąd może zmienić sposób jej prowadzenia” – tłumaczy Tomasz Lewandowicz z Kancelarii Prawnej Arkana. W sprawie Unimoru sąd uznał, że w trakcie trwania postępowania upadłościowego pojawiły się podstawy by sądzić, iż w postępowaniu prowadzonym w wariancie układowym wierzyciele spółki nie zostaną zaspokojeni w wyższym stopniu, niż w przypadku upadłości likwidacyjnej. – „Powyższe postanowienie może zostać zaskarżone przez uczestników, w tym przez upadłą spółkę, która może próbować przekonywać sąd, iż upadłość układowa jest w dalszym ciągu rozwiązaniem korzystniejszym dla wierzycieli niż likwidacja majątku spółki” – dodaje Lewandowicz. Jeżeli postanowienie sądu nie zostanie uchylone przez sąd drugiej instancji, wówczas majątek przedsiębiorstwa zostanie wysprzedany, a ono samo zostanie zlikwidowane.

„Zapadł kolejny wyrok uśmiercający polski podmiot gospodarczy, na którego wypracowany latami rynek czeka kolejka zagranicznych sukcesorów. Wyrok tym bardziej dramatyczny i głęboko krzywdzący, gdyż zapadł w niespotykanym pośpiechu, tuż po tym, jak na rutynowym posiedzeniu sądu wysłuchującego zarząd spółki o stanie bieżących spraw, dowiedział się on o tym, że po bolesnym okresie stagnacji zamówień właśnie spłynął ich cały pakiet dających potwierdzone przychody w okresie trzech miesięcy na poziomie 2 mln zł” – czytamy w apelu pracowników Unimoru do parlamentarzystów.