„Zdrowy” Bałtyk w interesie ludzi, gospodarki i przyrody

„Zdrowy” Bałtyk w interesie ludzi, gospodarki i przyrody

Jeżeli podejmiemy skuteczne działania na rzecz ochrony Bałtyku, zyskamy dodatkowo ponad pół miliona nowych miejsc pracy i miliardy euro rocznie do 2030 roku – wynika z raportu przygotowanego przez Boston Consulting Group (BCG) na zlecenie międzynarodowej organizacji ekologicznej WWF.

Morze Bałtyckie jest praktycznie wewnętrznym morzem Unii Europejskiej, wyłączając Rosję, co stwarza niezwykłą szansę na podjęcie wspólnych działań. Od tej współpracy, szczególnie w zakresie wdrażania Bałtyckiego Planu Działań (ang. Baltic Sea Action Plan  BSAP), będzie zależała przyszłość jednego z najmniejszych mórz świata.

Z raportu przygotowanego na zlecenie WWF wynika, że współpraca między ministrami wszystkich dziewięciu nadbałtyckich państw, powinna skupić się na powstrzymaniu procesu eutrofizacji, przejawiającego się m. in. zakwitami sinic i powstawaniem martwych stref. Jednocześnie należy przeciwdziałać problemowi szkodliwych substancji, które trafiają do Bałtyku. Równie ważnym priorytetem są działania na rzecz odbudowy populacji stad ryb występujących w Morzu Bałtyckim, na czym zyska nie tylko środowisko, ale także rybacy.

– Z innego, przygotowanego przez WWF, raportu „Społeczno-ekonomiczne korzyści gruntownej reformy rybołówstwa Unii Europejskiej” wiemy, że odbudowa 43 komercyjnie poławianych stad ryb, w tym tych bałtyckich, do stabilnych poziomów do roku 2022 pozwoli na zwiększenie połowów o 45 tysięcy ton rocznie oraz zwiększenie zysków nawet o 20% – mówi Piotr Prędki z WWF Polska.

Oprócz decyzji podejmowanych na szczeblu rządowym, istotne są także działania podejmowane przez sektor biznesowy. Firmy, które są aktywne w rejonie Bałtyku, powinny uwzględniać w swoich strategiach wpływ ich działalności na inne sektory gospodarki i na środowisko. Dla przykładu inwestycja polegająca na budowie farm wiatrowych powinna być oparta o ocenę jej oddziaływania na środowisko jak i np. na sektor rybołówstwa.

Działania na rzecz ochrony Bałtyku są wielka szansą na rozwój nowych technologii przyjaznych dla środowiska – dodaje Marta Kalinowska z WWF Polska. – Dotyczą one również rolnictwa, które mogłoby stać się beneficjentem innowacji, przyczyniających się do ograniczenia eutrofizacji.

W październiku odbędzie się ministerialne spotkanie w Kopenhadze dotyczące wdrażania BSAP w krajach nadbałtyckich. WWF ma nadzieję, że raport przygotowany przez BCG będzie kolejnym argumentem przemawiającym za koniecznością skutecznej ochrony Bałtyku i przekona ministrów państw położonych nad Bałtykiem do konieczności podejmowania konkretnych i skoordynowanych działań na rzecz ochrony Morza Bałtyckiego.

Bałtycki Plan Działań został przyjęty w 2007 roku, w czasie spotkania przedstawicieli państw bałtyckich będących stronami Konwencji Helsińskiej (HELCOM). Jego celem jest poprawa stanu środowiska Bałtyku do roku 2021 poprzez realizację czterech głównych działań. Wśród nich znalazły się działania na rzecz zapobiegania eutrofizacji, czyli nadmiernemu wzrostowi substancji odżywczych, prowadzących między innymi do nienaturalnego zakwitania sinic, a co za tym idzie do powstawania stref beztlenowych. Kolejnym jest przeciwdziałanie zrzutom substancji niebezpiecznych, w tym rakotwórczych i toksycznych dioksyn. Następnymi dwoma działaniami są zapewnienie przyjaznego dla środowiska transportu morskiego oraz ochrona bioróżnorodności.

Jeszcze dwieście lat temu Bałtyk był czysty. Jednak wraz z rozwojem przemysłu i rolnictwa, a przede wszystkim ze wzrostem liczby ludzi, mieszkających w jego zlewisku, doszło do znacznego zanieczyszczenia. Ilość tych zanieczyszczeń rosła, a możliwości wymiany wody z oceanem przez cieśniny w Danii były wciąż te same. Tymczasem już teraz 10% powierzchni Morza Bałtyckiego to tzw. pustynie wodne, gdzie nie ma żadnego życia. Jednocześnie Bałtyk jest najbardziej zatłoczonym morzem świata. Wzrasta natężenie transportu morskiego, powstaje infrastruktura, która ma szkodliwy wpływ na stan środowiska.

W regionie Morza Bałtyckiego żyje 110 milionów ludzi. Polska jest jednym z najbardziej ludnych państw bałtyckich. Ponad 99 procent Polaków mieszka w zlewisku Bałtyku.

_____

Przedruk za stroną WWF Polska

Raport można pobrać tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

NIK o opiece stomatologicznej w Polsce

NIK o opiece stomatologicznej w Polsce

Ministerialne programy na rzecz popularyzacji zdrowia i higieny jamy ustnej są mało skuteczne. 92 proc. polskich nastolatków cierpi z powodu próchnicy, a odsetek bezzębności wśród dorosłych rośnie. Na wsiach i w małych miasteczkach większość dzieci niemal całkowicie pozbawiona jest publicznej opieki stomatologicznej.

Rynek opieki stomatologicznej w Polsce zdominowany jest przez podmioty prywatne. W 2011 r. blisko 80 proc. ubezpieczonych nie skorzystało ani razu z usług dentysty w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia. Świadczenia udzielane w przychodniach na podstawie umów z NFZ mają ograniczony zakres, część zabiegów nie podlega refundacji, a pacjenci zwykle nawet nie wiedzą, gdzie znajduje się najbliższy gabinet stomatologiczny zakontraktowany przez NFZ.

Dostęp do publicznych świadczeń stomatologicznych w poszczególnych regionach Polski jest bardzo zróżnicowany. Najgorzej jest w małych miasteczkach i wsiach, gdzie większość dzieci została całkowicie pozbawiona profesjonalnej profilaktyki oraz leczenia stomatologicznego [1]. Sytuacja ta wynika m.in. z tego, że stomatolodzy w większości prowadzą swoje gabinety w dużych miastach i ośrodkach akademickich, co zmusza mieszkańców małych miejscowości do szukania dentysty poza granicami ich gmin.

W latach 2010-2012 nie działał ani jeden krajowy program z zakresu profilaktyki przeciwpróchniczej finansowany przez Ministerstwo Zdrowia. Według resortu powodem były ograniczone środki finansowe. Leczenie stomatologiczne nie znalazło się też w grupie priorytetów określonych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia z 21 sierpnia 2009 roku. Tymczasem blisko 10 proc. polskich siedmiolatków nigdy nie było u dentysty, a aż 92 proc. piętnastolatków ma próchnicę zębów [2].

Zdaniem NIK za taki stan rzeczy odpowiadają nie tylko rodzice, ale również system edukacji i ochrony zdrowia. W krajach bardziej rozwiniętych zarówno edukacja, jak i profilaktyka w zakresie higieny jamy ustnej to zadania należące do szkół i przedszkoli. Polskie placówki edukacyjne podejmują je tylko w minimalnym stopniu. Sytuację dodatkowo pogorszyła likwidacja szkolnych gabinetów dentystycznych.

Nieskuteczne okazały się działania podejmowane przez Ministra Zdrowia na rzecz walki z próchnicą u dzieci i młodzieży. Narodowy Program Zdrowia na lata 2007-2015 zakładał znaczące zwiększenie odsetka dzieci i młodzieży objętych edukacją prozdrowotną, ograniczenie u nich próchnicy oraz poprawę dostępu do świadczeń stomatologicznych. Kluczowe zadania Programu wciąż nie zostały wykonane. Program „Monitorowanie stanu zdrowia jamy ustnej populacji polskiej” też w większości nie przyniósł oczekiwanych efektów.

Izba pozytywnie oceniła natomiast działania Ministra na rzecz uzyskania ze źródeł zagranicznych dofinansowania do programów edukacji prozdrowotnej. Chodzi np. o program promujący zdrowie jamy ustnej dzieci w wieku przedszkolnym w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy. Starania szefa resortu zdrowia zaowocowały podpisaniem umowy w lipcu 2012 roku.

Większość skontrolowanych gmin nie promowała profilaktyki chorób jamy ustnej i nie analizowała potrzeb zdrowotnych mieszkańców w tym zakresie. Przedstawiciele gmin byli zdania, że odpowiedzialność za prowadzenie takich działań spoczywa na resorcie zdrowia i NFZ. Żadna z jednostek samorządu terytorialnego nie finansowała świadczeń stomatologicznych, co wynikało z braku środków finansowych. Na uwagę zasługują natomiast inicjatywy podejmowane przez niektóre gminy na rzecz ułatwienia dostępu do stomatologów. Np. w Osieku Jasielskim stworzono gabinet dentystyczny w budynku tamtejszego gimnazjum, a w Kielcach podjęto uchwałę o udostępnianiu stomatologom pomieszczeń z zasobów komunalnych na dogodnych warunkach.

[1] Opinia konsultanta do spraw stomatologii dziecięcej.
[2] Wyniki badań WUM.

NIK o opiece stomatologicznej w Polsce – informacje szczegółowe (plik PDF)

_____

Przedruk za stroną Najwyższej Izby Kontroli

Ławki smutku

Ławki smutku

Spośród blisko 5 mln polskich uczniów, którzy właśnie rozpoczęli kolejny rok szkolny, co piąty ma lub miał poważne problemy emocjonalne związane z nauką. System oświaty nie ma na to dobrej odpowiedzi.

Tak twierdzi w rozmowie z „Rzeczpospolitą” słynny amerykański psycholog prof. Philip Zimbardo. – „To jest sytuacja wyjątkowa w skali świata i wymaga podjęcia kompleksowego przeglądu, a następnie reformy systemu edukacji na każdym poziomie od szkół podstawowych po uczelnie wyższe” – skomentował skalę problemu. Zdaniem profesora objawy depresji wśród dzieci i młodzieży to efekt odrzucenia przez rodzinę, kolegów, ale przede wszystkim szkołę. – „Wrogiem są przede wszystkim ci nauczyciele, którzy powodują, że uczniowie czują się gorsi i zamykają się w sobie. Uczeń czuje się upokorzony, gdy nauczyciel się z niego śmieje, wytyka mu słabe punkty” – mówi. Tymczasem w wielu szkołach, m.in. w USA, nauczyciele szukają mocnych stron ucznia i starają się je rozwinąć.

Dramatyczne liczby potwierdza prof. Tomasz Wolańczyk, konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. Według niego ok. miliona dzieci ma za sobą tzw. epizod depresyjny (lęki, obniżony nastrój, utrudniony kontakt z rówieśnikami). Na wzrost problemów emocjonalnych najmłodszych zwracają uwagę także eksperci z poradni. – „Mamy coraz więcej uczniów, którzy trafiają do nas ze wskazaniem psychiatry o konieczności nauczania indywidualnego” – mówi Maria Zabłocka, dyrektor Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 20 w Warszawie. Zwraca uwagę na odczuwalny niedobór psychiatrów dziecięcych oraz to, że do poradni z problemami emocjonalnymi trafiają już przedszkolaki.

Zdaniem dr. Jerzego Lackowskiego, b. małopolskiego kuratora oświaty, polska szkoła nie przygotowuje do zderzenia z rzeczywistością. – „Systematycznie obniża się wymagania wobec uczniów. To prowadzi do sytuacji, że dzieci i młodzież, gdy zaczynają napotykać problemy, z którymi nie potrafią sobie poradzić, a nie potrafią, bo nikt od nich tego nie wymagał, załamują się” – tłumaczy. Jako przykład wad systemu wskazuje możliwość przejścia do kolejnej klasy z oceną niedostateczną na świadectwie.

Ministerstwo edukacji miało m.in. opracować i realizować program zapobiegania samobójstwom wśród młodzieży, a także drugi dotyczący poradnictwa i pomocy w stanach kryzysu psychicznego. Resort nie zrealizował obu tych zadań.

Posłuchali związkowców

Posłuchali związkowców

Firmy zatrudniające na podstawie umów-zleceń będą od wszystkich takich kontraktów płacić składki ubezpieczeniowe do ZUS.

„Dziennik Gazeta Prawna” pisze, że tę zmianę, ważną dla ponad 800 tys. osób wykonujących pracę na takiej podstawie, przyniesie nowelizacja przepisów przygotowana przez resort zatrudnienia i polityki społecznej. Projekt regulacji stanowi odpowiedź na postulaty związków zawodowych. – „Ozusowanie zleceń, a także obowiązek odprowadzania składek za osoby zasiadające w radach nadzorczych, były przedyskutowane ze związkami, zanim te opuściły Komisję Trójstronną” – mówi Janusz Semej, rzecznik ministerstwa.

Zgodnie z projektem pracodawca będzie sumował umowy-zlecenia zawierane z pracownikiem. Do momentu osiągnięcia kwoty odpowiadającej płacy minimalnej, która w tym roku wynosi 1600 zł, od takich kontraktów trzeba będzie odprowadzać składki emerytalno-rentowe.

Planowane zmiany dotyczą też członków rad nadzorczych zatrudnionych na podstawie umów-zleceń. Obecnie są oni zobowiązani do opłacania jedynie składek zdrowotnych, zaś po wejściu w życie nowelizacji od ich kontraktów potrącane byłyby również składki na ubezpieczenie emerytalne i rentowe.

Opisane rozwiązania mogą wejść w życie już od początku nowego roku. W efekcie ich wprowadzenia wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych mają wzrosnąć o 660 mln zł, a wpływy z PIT spaść o 30 mln zł.