Dwa lata po rewolucji

Dwa lata po rewolucji

5 listopada 2011 r. za pośrednictwem portalu społecznościowego Facebook odbyła się wyjątkowa akcja – Bank Transfer Day (z ang. Dzień Zmiany Banku). Wczoraj minęły dwa lata od tego symbolicznego wydarzenia, ale jak podkreślają inicjatorzy BTD: „Każdego dnia jest Dzień Zmiany Banku!”.

Organizatorzy wspomnianej akcji wezwali Amerykanów do likwidowania kont w bogatych bankach komercyjnych i zakładania ich w spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych, nazywanych za oceanem uniami kredytowymi (ang. credit unions). Jedną z inicjatorek BTD była Kristen Christian, która – jak sama mówi – miała dość wysokich opłat i kiepskiej obsługi klienta w Bank of America. Zaczęła szukać w Internecie informacji na temat alternatyw dla wielkich banków i dowiedziała się o spółdzielczości finansowej. Postanowiła skorzystać z oferty unii kredytowych i namówiła do tego samego znajomych. Zadziałał efekt kuli śnieżnej: w związku z Bank Transfer Day swoje oszczędności z dużych banków do spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych przeniosło w ciągu zaledwie jednego miesiąca ponad 600 tys. obywateli Stanów Zjednoczonych. Prawdziwa rewolucja!

W Polsce przeważająca część sektora bankowego należy do właścicieli zagranicznych. Z różnych względów jest to sytuacja niekorzystna dla polskiej gospodarki – czyli nas wszystkich. – „Podczas mojego pobytu w Gdańsku i Warszawie widziałam wielu ciężko pracujących ludzi, którzy poświęcają się na rzecz wspólnoty, w której żyją. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek w Polsce miałby korzystać z usług instytucji finansowych innych niż spółdzielcze” – powiedziała w rozmowie z „Nowym Obywatelem” Kristen Christian. Może już czas zadbać o siebie i zrobić krok w kierunku zmiany układu sił na rynku finansowym, wybierając okoliczny bank spółdzielczy lub spółdzielczą kasę oszczędnościowo-kredytową?

„Nasz człowiek” o zaletach spółdzielczości finansowej

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Niezrozumienie krzywdzi

Niezrozumienie krzywdzi

Lekarze orzecznicy coraz częściej zabierają rodzinom z autystycznymi dziećmi świadczenie pielęgnacyjne.

Choć autyzm już w 1948 r. został wpisany na listę chorób, wiedza na jego temat nadal nie jest zadowalająca, nawet w środowiskach medycznych. Członkowie komisji widzą dzieci, które nie są przykute do łóżka, a więc ich zdaniem zdolne do samodzielnej egzystencji, dlatego „taśmowo” zabierają ich matkom świadczenia, uważając, że mogą one iść do pracy.

– „Świadczenie pielęgnacyjne dla rodzica, który rezygnuje z pracy bądź jej nie podejmuje i opiekuje się swym niepełnosprawnym dzieckiem, to kwota ok. 700 zł miesięcznie. Dla rodziców dzieci niepełnosprawnych to spore pieniądze, poza tym rodzic opiekujący się dzieckiem ma świadczenia pracownicze, odprowadza składki. Rozumiem rodziców, którzy się o te świadczenia starają. Aby otrzymać to świadczenie, muszą być zaznaczone dwa punkty. Pierwszy z nich to »konieczność stałej lub długotrwałej opieki lub pomocy innej osoby w związku ze znacznie ograniczoną możliwością samodzielnej egzystencji«. Drugi: »konieczność stałego współudziału na co dzień opiekuna dziecka w procesie jego leczenia, rehabilitacji i edukacji«” – opowiada w opublikowanej przez Gazeta.pl rozmowie Grażyna Kochaniak, która działa w Stowarzyszeniu Pomocy Osobom Autystycznym „Dalej Razem”.

– „I tu jest bardzo cienka linia. Komisja ma orzec na podstawie kilkuminutowej rozmowy z dzieckiem i sterty dokumentacji, czy dziecko jest w stanie samodzielnie egzystować. Zwykle lekarze z komisji ledwo rzucą okiem na dokumenty, a przyjmowanie rodziców z dziećmi odbywa się na zasadzie produkcyjnej taśmy – weszli, wyszli. A decyzja jest często odmowna. Oburza mnie też, jak członkowie komisji traktują rodziców. Matki dzwonią potem do stowarzyszenia zapłakane, bo pani z komisji zabroniła im się odezwać do dziecka, które drżało ze strachu…” – opowiada p. Grażyna.

Rodzice dzieci autystycznych niekompetentnym urzędnikom wydają się mieć możliwość pójścia do pracy. Tymczasem takie dzieci – choć intelektualnie są często sprawne, elokwentne itd. – nie potrafią samodzielnie np. przejść przez ulicę czy przygotować sobie posiłku. Cierpią też na fobie społeczne, mają trudności z przystosowaniem się do społecznych reguł; bardzo często reagują ogromnym stresem na próbę odłączenia od opiekuna, dochodzi nawet do aktów autoagresji.

Zapis wideo naszego spotkania poświęconego problemom opiekunów osób niesamodzielnych obejrzeć można tutaj.

Tego nam trzeba

Tego nam trzeba

Związkowcy przedstawili prezydentowi swoje oczekiwania. Znalazły się wśród nich m.in. powołanie Rady Dialogu Społecznego zamiast Komisji Trójstronnej oraz zapewnienie związkom wpływu na wydatkowanie środków z Funduszu Pracy oraz politykę społeczną państwa.

Wyborcza.biz pisze, że spotkanie odbyło się z inicjatywy Bronisława Komorowskiego, który zaprosił związki i pracodawców, aby porozmawiać o dialogu społecznym w Polsce. Portal przypomina, że od czerwca związki bojkotują posiedzenia Komisji Trójstronnej, zarzucając rządowi niedotrzymywanie uzgodnień; komentuje, iż wspomniany spór ma istotny wpływ na przedstawione postulaty. Jeden z najważniejszych dotyczy ograniczenia roli rządu, który dziś organizuje prace Komisji, a jego przedstawiciel jest jej przewodniczącym. – „To rozwiązanie anachroniczne, a czasy, gdy rząd był głównym pracodawcą w kraju, dawno minęły” – przekonuje Marek Lewandowski, rzecznik „Solidarności”. – „Rząd powinien być równoprawnym uczestnikiem rozmów, a nie ich organizatorem, arbitrem i nadzorcą jednocześnie”.

Związkowcy chcą, aby rozmowy prowadzono w ramach nowej Rady Dialogu Społecznego działającej pod auspicjami marszałka Sejmu, który powoływałby także jej przewodniczącego na jednoroczne kadencje, a funkcją wymienialiby się rząd, pracodawcy i związkowcy. Strona pracownicza chciałaby też, aby Rada miała wpływ na wszystkie zmiany prawa związane z Kodeksem pracy czy warunkami pracy, a także przepisy związane np. z działalnością Państwowej Inspekcji Pracy czy organizacjami pracodawców i związkami zawodowymi. Wreszcie, Rada miałaby uzgadniać kwestie związane z wysokością świadczeń społecznych, waloryzacji emerytur, rent, wskaźnika podwyżek w sferze budżetowej.

Centrale związkowe nawołują ponadto, aby pracodawcy i związki mieli realny wpływ na wydatki z Funduszu Pracy. Pod adresem resortu finansów pojawiały się w przeszłości zarzuty, że nie uruchamia on wystarczających środków na aktywizację zawodową i przeciwdziałanie bezrobociu. Związkowcy chcieliby wreszcie, aby w polskim prawie znalazła się możliwość wszczynania sporu z rządem lub jednostkami samorządu, a nie tylko z pracodawcami.

Swoje stanowisko w najbliższych tygodniach przedstawią pracodawcy, następnie strony spotkają się w Kancelarii Prezydenta i uzgodnią oczekiwania.

Cały dokument z listą żądań związkowców

+50 do rozpaczy

+50 do rozpaczy

Przez rok liczba bezrobotnych w wieku 50+ wzrosła dwukrotnie szybciej niż ogólna liczba szukających zatrudnienia.

„Dziennik Gazeta Prawna” pisze, że w końcu września w urzędach pracy zarejestrowanych było 490,8 tys. osób po 50. roku życia – aż o 10,2 proc. więcej niż przed rokiem. W tym czasie ogólna liczba bezrobotnych wzrosła o 5,3 proc., a grupa osób bez zajęcia w wieku do 25 lat skurczyła się o 1,1 proc. Warto jednocześnie dodać, że młodym nadal jest trudniej: stopa bezrobocia wśród osób w wieku 50 i więcej lat (uwzględniając szarą strefę) wynosiła w II kw. 8,5 proc., a wśród tych, którzy mają mniej niż 25 lat – aż 26 proc.

Na rynku pracy jest coraz więcej seniorów z powodu starzenia się społeczeństwa. Według danych GUS w ubiegłym roku w wieku produkcyjnym niemobilnym (mężczyźni w wieku 45–64 lata, kobiety 45–59 lat) było przeszło 9,2 mln Polaków, tj. o ponad 800 tys. więcej niż przed dekadą. Z kolei liczba rodaków w wieku 18–24 lata skurczyła się w tym czasie o ok. 900 tys., do ok. 3,6 mln.

– „Roczniki świeżo upieczonych absolwentów są coraz mniej liczne, a co za tym idzie, mniejsza jest też liczba młodych bezrobotnych” – twierdzi Karolina Sędzimir, ekonomistka z PKO BP. Z kolei do narastania bezrobocia wśród starszych osób przyczyniło się spowolnienie gospodarcze; firmy często zwalniają wówczas dojrzałych pracowników, m.in. ze względu na zasadę, że wynagrodzenie rośnie z wiekiem.

– „Co więcej, przed czterema laty ograniczona została możliwość przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Trudniej też uzyskać rentę” – przypomina Sędzimir. W związku z tym na rynku pracy jest więcej starszych osób, a gdy stracą etat, przeważnie długo nie mogą znaleźć nowego (m.in. dlatego, że trudniej przyswajają nowe technologie, a ci wykonujący prace fizyczne wraz z wiekiem są coraz mniej wydajni).