Puste tory

Puste tory

Warszawa i Kraków to jedne z najsłabiej skomunikowanych ze sobą metropolii w Europie.

Na polskiej sieci kolejowej kursuje coraz mniej pociągów – jest to widoczne nie tylko na liniach regionalnych, na których często liczba połączeń spadła do zera. Coraz mniej pociągów uruchamianych jest również na głównych ciągach łączących największe miasta. W ciągu ostatnich kilku lat liczba połączeń wyraźnie zmniejszyła się nawet w relacji łączącej dwa największe polskie miasta – Warszawę oraz Kraków.

Trzy i pół godziny bez pociągu

Z Warszawy (1,7 mln mieszkańców) do Krakowa (758 tys. mieszkańców) kursuje obecnie 16 pociągów dziennie. A jeszcze pięć lat temu – w rozkładzie jazdy 2007/2008 – trasę z Warszawy do Krakowa pokonywało 21 pociągów na dobę.

Zmniejszenie liczby połączeń pociągnęło za sobą pogorszenie regularności połączeń. Pięć lat temu najdłuższa luka między odjazdami pociągów do Krakowa z Warszawy Centralnej trwała – nie licząc pory nocnej – 1 godz. 10 min. Dziś najdłuższa przerwa w rozkładzie jazdy trwa prawie trzy i pół godziny – od godz. 12.25 do godz. 15.50 (w dodatku w soboty wydłuża się ona do ponad czterech godzin, ciągnąc się od godz. 12.25 do godz. 16.40). Trudno w Europie znaleźć drugi przypadek tak długiej luki w ruchu pociągów między tak dużymi miastami!

16 pociągów łączących stolice Mazowsza i Małopolski obnaża brak atrakcyjności oferty przewozowej polskiej kolei. Tenże brak atrakcyjności jest tym bardziej widoczny, jeśli dokona się porównania z ofertą przewozową na liniach kolejowych łączących największe miasta w innych europejskich krajach.

Dokonując tego porównania, w przypadku każdego z krajów w wyliczeniu wzięliśmy pod uwagę pociągi wyruszające przynajmniej pięć razy w tygodniu z najludniejszego miasta do drugiego pod względem liczby mieszkańców ośrodka danego państwa (uwzględniając stan ludności w granicach administracyjnych miast).

Kolej całą dobę

Absolutny europejski rekord odnotowaliśmy w Holandii, gdzie z Amsterdamu (805 tys. mieszkańców) do Rotterdamu (616 tys. mieszkańców) kursuje aż 109 pociągów na dobę! Co więcej, kursują one przez całą dobę – w porze dziennej, między godz. 5.30 a godz. 23.00, z Amsterdamu do Rotterdamu odjeżdża od czterech do sześciu pociągów na godzinę, natomiast między godz. 23.00-5.30 częstotliwość spada do 30-60 min.

W Belgii w trasę z najludniejszej w kraju Antwerpii (461 tys. mieszkańców) do Gandawy (248 tys. mieszkańców) wyrusza 50 pociągów dziennie.

Również we Włoszech liczba pociągów łączących dwa największe miasta jest około trzy razy wyższa niż w przypadku Polski – z Rzymu (2,6 mln mieszkańców) do Mediolanu (1,3 mln mieszkańców) kursuje 45 pociągów na dobę.

W Danii relację z największej w kraju Kopenhagi (549 tys. mieszkańców) do drugiego pod względem liczby ludności Århus (252 tys. mieszkańców) przemierza 38 pociągów dziennie. Choć trasa między dwoma największymi miastami Danii liczy aż 329 km, to ruch na niej odbywa się niemalże w sposób ciągły. Z Kopenhagi do Århus w ciągu dnia, od godz. 5.00 do godz. 20.00, odjeżdżają dwa pociągi na godzinę. Wieczorem – między godz. 20.00 a godz. 1.00 – wyrusza jeden pociąg na godzinę. Natomiast w porze nocnej najdłuższa luka między połączeniami trwa około dwie i pół godziny.

Coraz więcej połączeń

Pod względem atrakcyjności oferty przewozowej daleko w tyle zostawiają nas również Czechy, gdzie z Pragi (1,2 mln mieszkańców) do drugiego miasta tego kraju – Brna (378 tys. mieszkańców) – wyrusza 35 pociągów dziennie.

Dodajmy, że w czasie gdy w Polsce zmniejszano liczbę pociągów kursujących między Warszawą i Krakowem, w Czechach oferta była rozbudowywana – pięć lat temu, w ramach rozkładu jazdy 2007/2008, 255-kilometrową relację z Pragi do Brna pokonywało 30 pociągów na dobę. Natomiast w rozkładzie 2005/2006 było ich jedynie 21.

W ostatnich latach liczba połączeń zwiększyła się również w relacji między dwoma największymi miastami Węgier – w efekcie kursuje tu już prawie dwa razy więcej pociągów niż między Warszawą i Krakowem. Z liczącego 1,7 mln mieszkańców Budapesztu do Debreczyna (211 tys. mieszkańców) odjeżdża 30 pociągów dziennie.

W Szwecji trasą ze Sztokholmu (868 tys. mieszkańców) do Göteborga (529 tys. mieszkańców) – przemierzając przez cały kraj ze wschodu na zachód – kursuje 25 pociągów na dobę.

24 pociągi na dobę kursują z największego w Szwajcarii Zurychu (373 tys. mieszkańców) do drugiej pod względem liczby mieszkańców Genewy (187 tys. mieszkańców). Z Zurychu do Genewy pociągi wyruszają dwa razy na godzinę.

W Niemczech relację z Berlina (3,5 mln mieszkańców) do Hamburga (1,8 mln mieszkańców) obsługują 23 pociągi bezpośrednie dziennie.

Gdyby Maribor leżał w Polsce

Polska ze swoją trasą z Warszawy do Krakowa, obsługiwaną przez 16 pociągów na dobę, może porównywać się z Austrią, Słowacją czy Słowenią.

Z Wiednia (1,7 mln mieszkańców) do Grazu (266 tys. mieszkańców) codziennie wyrusza 16 bezpośrednich pociągów, a więc tyle samo co z Warszawy do Krakowa. Jednakże pociągi między dwoma największymi austriackimi miastami kursują z pełną regularnością. Składy do Grazu odjeżdżają do Wiednia równo co 60 min. – od godz. 6.03 do godz. 21.03.

Z kolei na Słowacji z Bratysławy (413 tys. mieszkańców) do Koszyc (241 tys. mieszkańców) kursuje 15 pociągów na dobę. Bratysława jest jednak ponad czterokrotnie mniejsza od Warszawy, a Koszyce trzykrotnie mniejsze od Krakowa.

W Słowenii ze stołecznej Ljubljany (273 tys. mieszkańców) do drugiego pod względem liczby ludności Mariboru (95 tys. mieszkańców) wyrusza 14 bezpośrednich pociągów dziennie. Miejmy jednak na uwadze, że w Ljubljanie mieszka ponad sześciokrotnie mniej ludzi niż w Warszawie, a w Mariborze ośmiokrotnie mniej niż w Krakowie.

W Polsce miasta wielkości Mariboru dotknął problem całkowitej likwidacji połączeń kolejowych. W 2001 r. z liczącego 97 tys. mieszkańców Jastrzębia-Zdroju odjechał ostatni pociąg pasażerski. Gdyby więc Maribor leżał w Polsce, być może do tego miasta w ogóle już nie docierałyby pociągi.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z  dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 6/68, listopad-grudzień 2013 (www.zbs.net.pl)

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dokument do poprawy

Dokument do poprawy

Prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” krytycznie oceniło projekt Programu „Solidarność pokoleń. Działania dla zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+”.

Celem Programu jest osiągnięcie w perspektywie do 2020 r. wskaźnika zatrudnienia osób w wieku 55-64 lata na poziomie 50%. Program zakłada podjęcie działań na wszelkich płaszczyznach od aktywizacji zawodowej do poprawy usług medycznych, poszerzenia szkoleń, promowania istniejących już instrumentów rynku pracy.

NSZZ „Solidarność” zwraca uwagę, że zaproponowane działania w zakresie poprawy zdrowia obywateli są daleko niewystarczające i skupiają się głównie na działaniach promocyjnych profilaktyki zdrowotnej oraz upowszechnianiu idei aktywnego i zdrowego starzenia się.

Związek negatywnie opiniuje przyjęty w projekcie Cel 6 „Ograniczenie korzystania z transferów społecznych osób w wieku przedemerytalnym”, ponieważ jest sprzeczny z programem ograniczenia ubóstwa i wykluczenia społecznego, zawartym w dokumencie MPiPS „Krajowy Program Przeciwdziałania Ubóstwu i Wykluczeniu Społecznemu 2020. Nowy wymiar aktywnej integracji”.

„Solidarność” z oburzeniem protestuje przeciwko zawartemu w dokumencie założeniu, że im większa jest dostępność świadczeń społecznych, tym większa jest dezaktywizacja zawodowa osób 50+. Korzystanie ze świadczeń społecznych jest w Polsce traktowane przez ich beneficjentów jako ostateczność wynikająca z realiów rynku pracy i bezradności rządu w zakresie prowadzenia działań na rzecz aktywizacji zawodowej osób znajdujących się w trudnej sytuacji na rynku pracy.

Związek zwraca również uwagę, że nawet w ramach szacunkowych kwot finansowania działań nie przedstawiono w projekcie zasad, jakimi posłużono się przy wyliczeniu. To podważa istotę tego wyliczenia. Tym bardziej, że od roku 2016 do 2020 autorzy zakładają, że wartość ta ma być w każdym roku identyczna.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność”

Nie kłaniają się Kapitałowi

Nie kłaniają się Kapitałowi

Ekwadorski sąd oraz węgierski nadzór finansowy nałożyły wysokie kary na korporacje działające na szkodę obywateli.

Wyborcza.biz informuje, że madziarski regulator GVH zasądził karę w wysokości 9,5 mld forintów (ponad 133 mln zł) dla 11 banków, które utworzyły kartel żerujący na Węgrach mających kredyty we frankach. Najmocniej ukarane zostały dwa największe banki: węgierski OTP (54 mln zł kary) i austriacki Erste (24 mln zł), a ponadto m.in. włoskie Intesa Sanpaolo i UniCredit. Po analizie wewnętrznych dokumentów oraz e-maili GVH stwierdził, że banki wspólnie ustaliły strategię mającą utrudnić łatwiejszą spłatę kredytów.

Gdy kilka lat temu szwajcarska waluta była rekordowo tania, takie zobowiązania zaciągnęło prawie 1,3 mln rodzin. Potem nastąpiła dwukrotna zwyżka kursu oraz kryzys owocujący bezrobociem, w efekcie dłużnicy przestali być w stanie regularnie spłacać raty w pełnej wysokości. W reakcji w 2011 r. rząd Viktora Orbána uchwalił prawo, w myśl którego każdy Węgier mający kredyt we frankach mógł jednorazowo spłacić go po kursie o jedną trzecią niższym od rynkowego. Banki miały wziąć na siebie różnicę kursową, a dodatkowo udzielać klientom tanich gwarantowanych przez państwo kredytów w forintach na spłatę zadłużenia. Nałożona właśnie grzywna jest karą za ograniczanie dostępu do kredytów i zniechęcanie do rządowej propozycji (wyrok nie jest jeszcze prawomocny). Wcześniej banki zostały objęte kryzysowym podatkiem.

Już wkrótce kredyty we frankach mogą przejść na Węgrzech do historii. Orbán zapowiedział, że chce, by w ciągu najbliższych kilku lat banki w jego kraju nie mogły w ogóle udzielać kredytów w walutach obcych.

Z kolei Informacyjna Agencja Radiowa podała, że ekwadorski wymiar sprawiedliwości ustalił, iż gigant paliwowy Texaco (od pewnego czasu część koncernu Chevron) przez prawie 30 lat dokonywał bezprawnych wyrębów lasów równikowych wokół terenów wierceń. Co więcej, toksyczne odpady powstające podczas procesu wydobycia i wstępnego przetworzenia ropy naftowej zatruły ziemię i wodę w regionie Lago Agrio. Efektem był m.in. wzrost zachorowań Indian na nowotwory oraz zdychanie zwierząt gospodarskich.

Sprawa, ciągnąca się przez dwie dekady zarówno w sądach w Ekwadorze, jak i na arenie międzynarodowej, zakończyła się nakazem wypłaty 8,5 mld dolarów odszkodowania osobom mieszkającym na skażonym terenie. Poszkodowani mieszkańcy Amazonii komentują, że choć wynik procesu nie cofnie wyrządzonych szkód, daje jasno do zrozumienia, iż „kto zatruwa, ten słono płaci”.

Jako ciekawostkę warto dodać, że w niedawnym wywiadzie dla telewizji CNN poparcia dla zdecydowanej postawy wobec globalnego biznesu udzieliła gwiazda światowego kina, Antonio Banderas. Wskazał on na rynki finansowe, grupy lobbingowe i wielkie korporacje jako winowajców światowych problemów gospodarczych i pochwalił śp. prezydenta Wenezueli Hugo Cháveza za nacjonalizację działających w tym kraju korporacji, m.in. złóż ropy należących do koncernów Conoco Philips czy ExxonMobil. Fundusze pozyskane z upaństwowienia Chávez przeznaczył na opiekę zdrowotną i edukację.

Dość tego!

Dość tego!

Ponad 20 tys. osób przeszło w sobotę ulicami Warszawy w ramach protestu Związku Nauczycielstwa Polskiego pod hasłem „Dość tego!”.

Jak podaje strona ZNP, pierwsza pikieta miała miejsce przed gmachem Sejmu. Szef związku Sławomir Broniarz zaapelował do posłów, aby z projektu nowelizacji ustawy o systemie oświaty uchwalili tylko przepisy dotyczące rekrutacji do publicznych przedszkoli i szkół. Podkreślił, że pozostałe propozycje są szkodliwe, bo prowadzą do dalszej komercjalizacji edukacji. Nawiązał także do proponowanej nowelizacji Karty Nauczyciela: „Wszystkie te zmiany mają jeden mianownik: byle jak, byle taniej! Czy tego chcemy? Tańszej szkoły? Szkoły i przedszkola z tańszymi pracownikami? Czy posłowie i posłanki chcą właśnie taką perspektywę zgotować następnym pokoleniom? Posłowie! Wy już się wykształciliście, dajcie innym szansę na skończenie dobrej szkoły!”. Nauczyciele mówili m.in. o sytuacji młodych pedagogów oraz o problemach finansowych, z jakimi borykają się małe szkoły. Odczytano także list Europejskiego Komitetu Związków Zawodowych Oświaty i Nauki oraz Międzynarodówki Edukacyjnej z wyrazami poparcia dla manifestujących, którzy następnie udali się pod siedzibę MEN.

Przed gmachem resortu Broniarz mówił o ciągłym reformowaniu oświaty oraz o zagrożeniach, jakie niosą ze sobą rządowe propozycje. – „Nie może być zgody na to, by w szkole – jako nauczyciele – pracowały osoby zatrudnione na podstawie Kodeksu pracy, a nie – Karty Nauczyciela, bo tak jest taniej. Taniej to nie znaczy dobrze. Inaczej samorządy będą niedługo oczekiwały, że nauczyciele będą pracowali za darmo lub za najniższe wynagrodzenie” – ocenił. Dodał, że od ministra nauczyciele oczekują „spokojnego administrowania, a nie reformowania dla samych reform, z chęci zapisania się złotymi głoskami w dziejach polskiej edukacji”. Wyraził nadzieję, że nowa minister, Joanna Kluzik-Rostkowska usiądzie ze związkowcami do stołu, oraz przypomniał, że Związek domaga się powrotu do silnej pozycji dyrektora szkoły, który nie będzie niewolnikiem samorządu tylko dlatego, że dzieli on publiczne pieniądze. W dalszej kolejności mówiono m.in. o biurokracji w szkołach oraz o samorządowych „reformach”, polegających na likwidacji placówek oraz zwolnieniach.

Kolejnym odwiedzonym miejscem była Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, gdzie związkowcy złożyli petycję do Donalda Tuska.

Kiedy manifestacja przechodziła ulicami, grupa warszawskich nauczycieli pod przewodnictwem Urszuli Woźniak, prezes Oddziału ZNP Warszawa – Mokotów, Ursynów, Wilanów, demonstrowała przed budynkiem, w którym właśnie odbywała się Konwencja PO.

Więcej o powodach manifestacji przeczytać można tutaj, zaś filmy z wydarzenia znajdują się tu.