Przedświąteczna hipokryzja

Przedświąteczna hipokryzja

Sklepy Tesco m.in. na rozwieszanych plakatach chwalą się, że ze względu na dobro swoich pracowników w Wigilię czynne są tylko do godz. 14. Prawda jest nieco inna.

– „Nie wiem, po co te plakaty. Wszyscy wiedzą, jak będzie w rzeczywistości, taka plakatowa kampania to niepotrzebne mydlenie oczu” – mówi portalowi Wyborcza.biz jeden z pracowników sieci, proszący o zachowanie anonimowości. Tłumaczy, że choć sklep, w którym pracuje, w Wigilię będzie czynny do godz. 14, nie oznacza to, że pracownicy o tej porze pójdą do domów. – „Przecież po wyjściu klientów trzeba rozliczyć utarg, posprzątać halę, zrobić zwroty, bo sklep nie będzie czynny przez kolejne dwa dni” – wylicza kolejny z pracowników. Personel sklepu przy ul. Ozimskiej 72 w Opolu od swoich przełożonych otrzymał informację, że pierwsze osoby wyjdą do domu tuż przed godz. 18, kolejne o godz. 20, a kierownictwo zmiany nawet o godz. 22. – „Wiemy, że rynek rządzi się swoimi prawami i nie ma szans wyjść z pracy równo z zamknięciem sklepu, ale po co te plakaty? Chyba tylko dla dobrego wrażenia w oczach klientów. My czujemy niesmak” – kwituje jeden z rozmówców portalu.

Michał Sikora, kierownik ds. komunikacji zewnętrznej działu korporacyjnego Tesco, tłumaczy, że duża grupa klientów zostawia zakupy na ostatnią chwilę i stąd biorą się godziny otwarcia sklepów. – „Warto zaznaczyć, że w godzinach popołudniowych w Wigilię pracuje nie więcej niż ok. 15 proc. załogi danego sklepu” – podkreśla, przekonując jednocześnie, że wyjście z pracy nie powinno pracownikom Tesco zająć dłużej niż godzinę.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Blokada kas w katowickich Lidlach

Blokada kas w katowickich Lidlach

Przez dwie godziny związkowcy z „Solidarności” blokowali kasy dwóch katowickich marketów Lidl, płacąc za zakupy groszówkami. Był to protest przeciwko złemu traktowaniu pracowników w sklepach i centrach dystrybucyjnych należących do tej sieci handlowej.

Przedwczoraj ok. godziny 15.00 dwie grupy uczestników happeningu weszły do sklepów Lidl przy ulicy Granicznej i Słonecznej w Katowicach. – „Kupowaliśmy żywność, która trafi do potrzebujących. Za wszystko płaciliśmy groszówkami. Łącznie na dwa sklepy przygotowaliśmy ponad tysiąc zł w miedziakach. Było tego kilka sporych worków” – mówi Alfred Bujara, przewodniczący handlowej „Solidarności”.

– „W trakcie happeningu wyjaśnialiśmy klientom przyczyny naszej akcji i prosiliśmy ich o wyrozumiałość. Tłumaczyliśmy, że nasz protest nie jest skierowany przeciwko nim. Znaczna cześć po chwili rozmowy po prostu rezygnowała z robienia zakupów. Niektórzy mówili nawet, że skoro Lidl tak traktuje swoich pracowników, to powinniśmy powtarzać takie happeningi codziennie” – podkreśla Bujara.

Jako powód akcji protestacyjnej zorganizowanej w katowickich marketach związkowcy wskazują coraz gorsze warunki pracy w sklepach i centrach dystrybucyjnych należących do sieci Lidl oraz ignorowanie przez kierownictwo firmy skarg zgłaszanych przez pracowników. – „Choć polskie sklepy Lidl mają coraz większe obroty, zatrudniają coraz mniejszą liczbę pracowników. Tam, gdzie kiedyś na zmianie pracowało 9 osób, dzisiaj pracuje tylko 6. Pracownicy w sklepach są zatrudniani na pół lub 3/4 etatu, na dodatek na czas określony. Taka praca nie pozwala utrzymać rodziny, ani osiągnąć jakiejkolwiek stabilizacji życiowej” – zaznacza szef handlowej „S”.

Dodaje, że w centrach dystrybucyjnych Lidl największą bolączką pracowników są coraz bardziej wyśrubowane normy wydajności pracy. – „To tylko jeden problem, a jest ich znacznie więcej. Np. osobom pracującym w chłodni po 8 godzin dziennie pracodawca nie zapewnia nawet kubka ciepłej herbaty. Jeszcze do niedawna pracownicy centrów dystrybucyjnych Lidl w niedziele mieli wolne, dzisiaj każe im się w tym dniu przychodzić do pracy, nie dając w zamian żadnych dodatkowych pieniędzy” – podkreśla Bujara.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego

Pacjenci się bronią

Pacjenci się bronią

Kilkanaście osób: pacjenci i ich bliscy przeprowadziło w piątek ostrzegawczy protest głodowy w Mazowieckim Szpitalu Onkologicznym w Wieliszewie, prowadzonym przez Krajową Fundację Medyczną. Był to ich głos przeciwko zbyt niskiemu kontraktowi z NFZ na 2014 r. i limitowaniu świadczeń onkologicznych.

– „Świadczenia onkologiczne nie są traktowane przez NFZ jako ratujące życie i Fundusz limituje je, a pacjenci onkologiczni nie mogą czekać w kolejce na procedury. Szpital onkologiczny w Wieliszewie to placówka, która mimo wykorzystania kontraktu z NFZ udziela pomocy wszystkim pacjentom onkologicznym, tak aby nie czekali w kolejkach” – RynekZdrowia.pl cytuje Karola Chwesiuka ze Stowarzyszenia na rzecz Chorych na Nowotwory „Pacjent jest najważniejszy”, które zorganizowało protest. Jak dodał Chwesiuk, może to doprowadzić do zadłużenia się placówki i tego, że pacjenci nie będą mieli się gdzie leczyć. – „Państwo powinno zagwarantować opiekę zdrowotną pacjentom, a to fundacja prowadząca szpital finansuje nasze leczenie po wykorzystaniu puli pieniędzy z kontraktu z NFZ” – zaznaczył i przypomniał, że stowarzyszenie wielokrotnie występowało w tej sprawie do ministerstwa zdrowia, NFZ, posłów, prezydenta oraz rzecznika praw obywatelskich.

Justyna Świeżek, prezes zarządu szpitala podkreśliła, że globalny kontrakt zaproponowano lecznicy taki sam, ale z przesunięciem kwot z zakresu opieki szpitalnej na opiekę ambulatoryjną, a operacji onkologicznych nie da się wykonać w ambulatorium. Poinformowała, że propozycja Funduszu na przyszły rok przewiduje w przypadku leczenia szpitalnego spadek np. w zakresie chirurgii onkologicznej o 30 proc., a brachyterapii – o 60 proc. Spadek miałby dotyczyć także kwot za onkologię kliniczną. – „Nie jesteśmy w stanie przyjąć takich stawek i postulujemy utrzymanie finansowania w tych trzech zakresach na poziomie obowiązującym w tym roku” – mówiła Świeżek. Dodała, że przedstawiciele Funduszu poinformowali zarząd szpitala, że jeżeli nie przyjmie zaoferowanych warunków finansowych, z końcem lutego umowa z nim zostanie rozwiązana.

Protest zakończył się tego samego dnia, tj. 13 grudnia. „W związku z zawarciem porozumienia pomiędzy zarządem Krajowej Fundacji Medycznej prowadzącej Mazowiecki Szpital Onkologiczny w Wieliszewie a dyrekcją Mazowieckiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ zarząd stowarzyszenia podjął decyzję o zakończeniu ostrzegawczego protestu głodowego w obronie pacjentów onkologicznych” – napisała w oświadczeniu prezes stowarzyszenia „Pacjent jest najważniejszy”, Anna Skłucka.

Bez szans na awans (społeczny)

Bez szans na awans (społeczny)

Zaledwie co czternasty absolwent wyższej uczelni pochodzi z rodziny o słabym wykształceniu. Oznacza to m.in. konieczność pilnych zmian w systemie stypendialnym.

„Rzeczpospolita” pisze, że europejska agencja statystyczna sprawdziła związek pomiędzy wykształceniem rodziców i ich potomstwa. Z raportu wynika, że w Polsce nie działa system wyrównywania szans. W przypadku rodziców, którzy mają ukończone studia lub przynajmniej szkołę średnią, poziom wykształcenia ich dzieci rozkłada się u nas podobnie jak w Europie. Ale już dzieci osób słabo wykształconych wyraźnie odstają od europejskich rówieśników: tylko 7 proc. z nich zdobyło dyplom szkoły wyższej, co stanowi najgorszy (!) wynik w całej UE.

Problem jest o tyle poważny, że według danych spisu powszechnego z 2011 r. odsetek Polaków, których Eurostat kwalifikuje jako osoby z niskim wykształceniem – a więc szczególnie narażone na tzw. wykluczenie społeczne – przekracza 40 proc. Najwięcej słabo wykształconych osób mieszka na wsi. Dziennik cytuje prof. Bogusława Śliwerskiego, który uważa, że gimnazja coraz mocniej segregują uczniów, bo wypychają na margines tych, którzy nie mają wystarczającego wsparcia w domu rodzinnym. Z kolei prof. Tadeusz Luty, były szef Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, wskazuje na potrzebę wsparcia prowincjonalnych szkół ponadgimnazjalnych i przebudowy systemu stypendialnego tak, by odpowiadał na potrzeby socjalne studentów z biednych rodzin.

Nasz wywiad na temat reprodukowania nierówności przeczytać można tutaj.