Małego kina już nie ma?

Małego kina już nie ma?

Serwis mojapolis.pl policzył, że w latach 2000-12 liczba kin zmniejszyła się o jedną trzecią, pozamykały się przede wszystkim kina w małych miastach. Jest jedna optymistyczna wiadomość: filmy na dużym ekranie ogląda coraz więcej widzów. Przy czym filmy zagraniczne cieszą się niezmiennie większą popularnością niż krajowe produkcje.

Zmiany najbardziej uderzyły w miasta średniej i małej wielkości, gdzie pozamykały się jedyne działające w najbliższej okolicy kina. Liczba kin zmniejszyła się dramatycznie: w 2000 roku działało w całym kraju 675 kin w 479 gminach, zaś w 2012 roku 447 kin w 308 gminach. Innymi słowy: mieszkańcy 171 gmin w Polsce zostali pozbawieni bliskiego dostępu do kina.

Stare kina niekiedy zrównano z ziemią, jak Kino Pionier w Strzelcach Opolskich, które musiało ustąpić miejsca kompleksowi handlowo-usługowemu. Nie lepsze losy spotkały Kino „PAW” w Strzemieszycach – obecnie dzielnicy Dąbrowy Górniczej, gdzie dorastał Krzysztof Kieślowski i oglądał swoje pierwsze filmy; budynek wprawdzie jeszcze stoi, ale opuszczony i popada w ruinę. Inne obiekty zaadaptowano do pełnienia nowych funkcji, np. domów kultury, w których czasem organizowane są wieczory z filmem. Tak zrobiono z Kinem Zdrój w Ciechocinku, które działa obecnie przy Miejskim Centrum Kultury.

– „W czasach ciężkich dla kina małego i lokalnego kultura audiowizualna wkroczyła pod strzechy za sprawą szerokopasmowego internetu. Społeczna wymiana treści ożywia kulturę filmową i może zachęcać do pójścia do kina, pod warunkiem oczywiście, że dotarcie do najbliższego kina nie będzie zajmować za wiele czasu” – uważa Piotr Teisseyre z serwisu mojapolis.pl.

Wyrok śmierci na kina małe i lokalne nie jest oczywisty. Okazuje się, że jest miejsce na nowe małe kina i mogą one liczyć na niezbyt liczną, ale wierną grupę widzów. W 2011 roku powstało w Warszawie Kino KC, z salą na ok. 120 osób. Na razie wszystko wskazuje na to, że radzi sobie bardzo dobrze i kto wie, czy nie jest zapowiedzią może jeszcze nie renesansu małych kin, ale przynajmniej znakiem, że mogą funkcjonować obok multipleksów.

Optymistycznie wyglądają dane o wzroście liczby widzów w ostatnich kilkunastu latach. W 2000 roku kina w całym kraju zanotowały blisko 21 mln odwiedzin, w 2012 roku – 37,5 mln. Chociaż zdarzały się lata z nieco słabszą frekwencją – wyraźny spadek w 2005 roku (24,8 mln odwiedzin) w porównaniu do roku wcześniejszego (33,2 mln) – to trend od 2000 roku ma charakter wzrostowy.

– „Nie wiadomo tylko, czy więcej osób zaczęło chodzić do kina, czy ci, którzy chodzą, zaczęli odwiedzać kina częściej?” – komentuje Agata Miazga z serwisu mojapolis.pl.

W poszczególnych latach zmieniała się proporcja widzów filmów polskich i zagranicznych. Z punktu widzenia rodzimej produkcji najbardziej korzystny był 2001 rok – 36% wizyt w kinach wypracowało polskie kino. Wówczas na ekranach królowały trzy „superprodukcje”: „Quo vadis” (łącznie 4,3 mln widzów), „W pustyni i w puszczy” (2,27 mln) i „Przedwiośnie” (1,74 mln). Ten sukces frekwencyjny z pewnością zapewniły wycieczki szkolne.

Najmniej widzów przyciągnęły polskie filmy w 2005 roku – zaledwie 6,3% ogólnej liczby wizyt w kinach. Wówczas kinowym hitem okazał się „Karol. Człowiek, który został papieżem” (łącznie 1,88 mln widzów) – film ten powstał we współpracy polsko-francusko-kanadyjsko-niemiecko-włoskiej i nie jest w statystykach traktowany jako polska produkcja.

Bilety do kin drożały w latach 1999-2012 średnio o 12% rocznie. Jeśli przyjrzeć się podawanemu przez GUS wskaźnikowi cen towarów i dóbr konsumpcyjnych, to okazuje się, że wzrost cen biletów do kina był w każdym roku nieco niższy na tle ogółu wydatków na rekreację i kulturę.

Pełna wersja artykułu

(informacja prasowa serwisu mojapolis.pl, prowadzonego przez Stowarzyszenie Klon/Jawor i gromadzącego dane o społeczno-ekonomicznej kondycji gmin, powiatów i województw w Polsce)

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Rozmawiajmy o Polsce!

Rozmawiajmy o Polsce!

W czwartek i piątek (2021 lutego) w Warszawie odbędą się dwie interesujące debaty współorganizowane przez naszą redakcję, poświęcone odpowiednio nowoczesnemu patriotyzmowi oraz podmiotowości Polski.

W piątek 21 lutego o godz. 17:00 w kluboksięgarni Tarabuk przy ul. Browarnej 6 odbędzie się debata pod hasłem „Czy Polskę stać na podmiotowość?”, zorganizowana przez „Nowego Obywatela” wspólnie z internetowym tygodnikiem idei „Nowa Konfederacja”. Gośćmi specjalnymi będą prof. Witold Kieżun, znany z krytycznych analiz polskiej transformacji oraz diagnoz o neokolonialnym statusie naszego kraju, oraz ceniony ekonomista i polityk socjaldemokratyczny prof. Ryszard Bugaj, zasiadający w naszej Radzie Honorowej. Udział wezmą również Bartłomiej Radziejewski („Nowa Konfederacja”) oraz Michał Sobczyk („Nowy Obywatel”), zaś debatę poprowadzi Michał Rachoń z TV Republika.

Spotkanie zostało objęte patronatem przez Telewizję Republika, „Uważam Rze Historia”, Frondę.pl, Rebelyę.pl, serwisy Pitu Pitu i Blogpress oraz Wydawnictwo Rambler.

Wydarzenie na Facebooku: kliknij tutaj

Dzień wcześniej, czyli w czwartek, w Stacji Muranów (ul. Gen. Andersa 13) odbędzie się natomiast kolejna wspólna debata redakcji „Nowego Obywatela”, Nowych Peryferii i magazynu „Kontakt”. Tym razem głównym organizatorem jest to ostatnie czasopismo, które postanowiło zaprosić wszystkich do dyskusji, czy w roku 2014, w którym czeka nas m.in. dwudziestopięciolecie obrad Okrągłego Stołu i siedemdziesięciolecie powstania warszawskiego, możliwe jest stworzenie modelu patriotyzmu zaspokajającego potrzebę przynależności do wspólnoty, ale zarazem samokrytycznego i inkluzywnego. Debata, która rozpocznie się o godz. 19:00, będzie połączona z premierą 24. numeru „Kontaktu”, zatytułowanego „Pols-kość niezgody”, a panelistami będą socjolożka i publicystka Aleksandra Bilewicz, jeden z liderów polskich Zielonych dr Adam Ostolski oraz David Wildstein – zastępca redaktora naczelnego „Frondy”. Spotkanie poprowadzi Jan Mencwel z „Kontaktu”.

Wydarzenie na Facebooku: kliknij tutaj

Na oba spotkania serdecznie zapraszamy!

Postawić tamę dyskontom

Postawić tamę dyskontom

Polska Izba Handlu skierowała do premiera, marszałków Sejmu i Senatu oraz przewodniczących klubów parlamentarnych apel o przeciwdziałanie niekontrolowanemu rozwojowi dyskontów. W ocenie Izby ma on wpływ na zamykanie małych sklepów, zaburza również równowagę w handlu detalicznym.

„Nasz Dziennik” przywołuje wypowiedź Waldemara Nowakowskiego, prezesa PIH, który wskazuje, że ekspansja dyskontów prowadzi do bankructwa małych sklepów i z czasem uderzy w interesy konsumentów. – „Nie można zawężać pola wyboru konsumentowi i dlatego nie można doprowadzić do sytuacji, gdy nie będzie innych sklepów niż dyskonty” – zauważa. Grozi to bowiem monopolizacją rynku.

Izba wskazuje również, że każdego roku upada kilka tysięcy małych sklepów, powstają natomiast nowe dyskonty. W jej ocenie państwo powinno chronić lokalne rynki. W tym celu postuluje sporządzanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego tak, by uwzględniały „zrównoważony rozwój wszystkich formatów handlu”. Zdaniem Nowakowskiego taka polityka przyczyni się do ożywienia rozwoju gospodarczego, zagwarantuje wyższe wpływy z podatków oraz dywersyfikację zatrudnienia.

Poseł PiS Szymon Giżyński skierował do premiera interpelację, w której pyta, jakie działania zostały podjęte w celu zapobieżenia zjawiskom wskazanym w apelu. Parlamentarzysta wskazuje, że w jego rodzinnej Częstochowie działa 80 hipermarketów i dyskontów. W innych miastach sytuacja wygląda podobnie.

W latach 2009-2013 upadło ok. 25 tys. sklepów (w tym ostatnim roku – przynajmniej 6 tys. placówek). Znikają zarówno sklepy ogólnospożywcze czy spożywczo-przemysłowe, jak i specjalistyczne: piekarniczo-ciastkarskie, rybne czy warzywno-owocowe, wypierane z rynku przez sklepy wielkopowierzchniowe i dyskonty. Jedno miejsce pracy, które powstaje w dużym sklepie, oznacza przeciętnie likwidację pięciu stanowisk w handlu tradycyjnym.

Zawsze niskie… pensje

Zawsze niskie… pensje

Państwowa Inspekcja Pracy zapowiada kontrolę w Tesco. W jednym z opolskich sklepów sieci personel spędzał w pracy tyle czasu, ile wynikałoby z pełnego etatu, pomimo że formalnie zatrudniony był tylko na pół.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, w sklepie Tesco przy ul. Ozimskiej 72 w Opolu zatrudnione osoby pracowały na pół etatu plus cztery godziny tzw. dopełnienia. W praktyce wychodził więc pełny etat. Pracownicy dostawali wprawdzie wynagrodzenie za dodatkowe godziny, ale np. w przypadku zwolnienia lekarskiego ich wypłata była wyliczana według stawki dla pół etatu.

Dyrekcja sklepu ogłosiła, że pracy w ramach dopełnienia już nie będzie. Oznacza to, że pracownicy z dnia na dzień będą zarabiać o połowę mniej – będą teraz dostawać jedynie ok. 600 zł. Tymczasem brakuje rąk do pracy, co zwłaszcza w sobotę jest dla personelu uciążliwe.