Bo prezes to nie sułtan

Bo prezes to nie sułtan

OPZZ, w celu przeciwdziałania wzrostowi rozwarstwienia dochodowego, proponuje wprowadzenie zasady, że wynagrodzenie prezesa lub innego najlepiej zarabiającego pracownika firmy nie może przekraczać 8-krotności poborów najsłabiej zarabiających.

Zakładając, że najniższe uposażenie w danym przedsiębiorstwie wynosi tyle, ile płaca minimalna (1680 zł brutto), to jego szef zarabiałby, wraz z wszelkimi premiami i nagrodami, nie więcej niż 13,44 tys. zł brutto – wylicza Wirtualna Polska. Jeśli chciałby podnieść swoją pensję, to nie ma problemu, ale jednocześnie musiałby dać podwyżki podwładnym. – „Dzięki temu pracownicy mieliby poczucie, że partycypują w zyskach firmy i ich zarobki są przynajmniej częściowo uzależnione od jej wyników” – tłumaczy przewodniczący OPZZ Jan Guz.

Nie jest zaskoczeniem, że pomysł związkowców spotkał się z bardzo negatywnym odzewem ze strony środowisk biznesowych. Wojciech Warski, przewodniczący Konwentu Business Centre Club przyznał jednocześnie, że poziom płac niektórych menedżerów to „oczywista bezczelność”, która mści się na samych firmach. – „Nie działa dobrze korporacja, gdy prezes zarabia setki razy więcej od pracowników” – mówi.

W Polsce limit płac obowiązuje na razie tylko w spółkach publicznych i wynosi ok. 23 tys. zł brutto (sześć średnich krajowych), przy czym niestety obejście przepisów i zapewnienie sobie kilkukrotnie wyższej pensji jest bardzo proste. W firmach prywatnych nie ma żadnych ograniczeń, dlatego dysproporcje są przeważnie duże. Kiedy zarobkom 140 prezesów spółek giełdowych przyjrzeli się eksperci firmy doradczej PwC, okazało się, że w 2012 r. zarobili oni średnio 1,6 mln zł.

Środowisko przedsiębiorców przekonuje, że sposobem na poprawę sytuacji nie jest wprowadzanie ustawowych ograniczeń wysokości zarobków, ale raczej poszerzenie kręgu osób decydujących o wynagrodzeniach w firmie. – „Trzeba pomyśleć nad rozwiązaniem zapewniającym, że to nie sama rada nadzorcza będzie decydować o wypłatach, ale w jakiś sposób zostanie ona poszerzona, gdy sprawa dotyczyć będzie właśnie wynagrodzeń” – uważa Warski. Taki model przegłosowano w marcu 2013 r. w referendum w Szwajcarii. O wysokości funduszu płac w firmach decyduje tam odtąd walne zgromadzenie akcjonariuszy.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Tanie zupy pod obstrzałem

Tanie zupy pod obstrzałem

Urzędnicy skarbowi coraz częściej kwestionują rozliczenia właścicieli barów mlecznych, na podstawie których takie miejsca dostają publiczne dotacje.

Bary mleczne otrzymują dofinansowanie od Ministerstwa Finansów na produkty jarskie (ich listę zapisano w rozporządzeniu). Właściciele barów mogą liczyć na zwrot 40 proc. wartości zakupu. W zamian nie mogą sprzedawać dań z marżą wyższą niż 30 proc., dlatego posiłki w takich miejscach są tanie. Rocznie budżet państwa przeznacza na ten cel ok. 20 mln zł. Bary mleczne powoli jednak znikają z polskiego krajobrazu – alarmuje portal Wirtualna Polska.

Ważnym powodem jest to, że fiskus coraz częściej domaga się od barów zwrotu dotacji. Przykładowo, urzędnicy traktowali kukurydzę słodką jako zboże, dlatego nie można było starać się o jej dofinansowanie. Ostatnio jednak stwierdzili, że kukurydza słodka to nie zboże i należy się do niej dopłata, a kto postępował inaczej musi zwrócić dotację od wszystkich produktów, i to z poprzednich kilku lat. – „Nawet status pietruszki się zmienił. Dotąd rozliczano tylko jej korzeń. Teraz uznano, że także nać powinna być dofinansowana. Jeśli bar mleczny tego nie robił, musi zwrócić całość dotacji przyznanej na wszystkie produkty w miesiącu, w którym zupę doprawiono posiekaną pietruszką” – mówi Krzysztof Kunowski, doradca podatkowy reprezentujący kilka pomorskich barów mlecznych.

Jeśli skarbówka nie zmieni podejścia, już wkrótce może nie być śladu po barach mlecznych, które nie tylko spełniają ważną funkcję społeczną, oferując tanie posiłki osobom niezamożnym, ale również często mają w lokalnych społecznościach status tzw. kultowych miejsc.

Pracodawcy chcą kolejnych zmian w prawie pracy

Pracodawcy chcą kolejnych zmian w prawie pracy

Organizacje pracodawców reprezentowane w Komisji Trójstronnej opowiadają się wspólnie za maksymalnie 48-miesięcznym okresem zatrudniania na umowy okresowe. Chcą też wydłużenia maksymalnego czasu trwania umowy na okres próbny do 6 miesięcy.

Czteroletni maksymalny czas trwania umowy na czas określony nie obejmowałby m.in. umów związanych z realizacją projektu czy trwaniem kadencji – zakładają pracodawcy. Wspólną propozycję Business Centre Club, Konfederacji Lewiatan, Pracodawców RP i Związku Rzemiosła Polskiego przekazano do resortu pracy – poinformowali w piątek Pracodawcy RP.

We wspólnym stanowisku opowiedzieli się za wydłużeniem maksymalnego czasu trwania umowy na okres próbny do 6 miesięcy. Są też za zniesieniem obowiązku podawania przez pracodawcę przyczyny wypowiedzenia umowy o pracę zawartej na czas nieokreślony w firmach zatrudniających do 50 pracowników.

Proponują także ujednolicenie okresów wypowiedzenia umów o pracę na czas określony i nieokreślony. Jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż rok, miałby prawo do 2-tygodniowego wypowiedzenia, miesiąc przy pracy powyżej roku i dwa miesiące – powyżej trzech lat. Obecnie okres wypowiedzenia umów na czas nieokreślony wynosi 2 tygodnie, jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż pół roku, miesiąc, gdy pracował ponad pół roku i 3 miesiące, gdy był zatrudniony co najmniej 3 lata. 2-tygodniowy okres wypowiedzenia miałby obowiązywać dla umów na czas wykonania określonej pracy.

Organizacje pracodawców chcą też, by zamiast – jak obecnie – informować o zamiarze zwolnienia reprezentujący pracownika związek zawodowy, robić to dopiero po zwolnieniu go – w ramach kontroli następczej. Domagają się też ograniczenia katalogu grup pracowników korzystających ze szczególnej ochrony stosunku pracy. Obecnie dotyczy ona m.in. członków władz organizacji związkowych. Według organizacji pracodawców skrócony albo zniesiony powinien być też obecny czteroletni okres ochrony przedemerytalnej pracowników.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Toruńsko-Włocławskiego

Śmieciowe obiecanki cacanki

Śmieciowe obiecanki cacanki

„Solidarność” z Jastrzębskiej Spółki Węglowej protestuje przeciwko zatrudnianiu górników do pracy w kopalniach przez nową spółkę JSW Szkolenia i Górnictwo. Wczoraj w tej sprawie demonstrowali absolwenci szkół i klas górniczych.

Jak informuje na swojej stronie internetowej śląsko-dąbrowska „Solidarność”, zgodnie z umowami podpisanymi przez Jastrzębską Spółkę Węglową oraz gminy Jastrzębie-Zdrój, Pawłowice Śląskie, Ornontowice, Wodzisław Śląski i Pszczyna najlepsi absolwenci szkół i klas górniczych z tych miejscowości mieli być zatrudniani w kopalniach należących do JSW. Na początku roku większość z nich przeszła badania lekarskie i testy psychologiczne wymagane przed przyjęciem do pracy.

Niedawno okazało się, że absolwenci będą zatrudniani nie bezpośrednio w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, ale w podmiocie o nazwie JSW Szkolenia i Górnictwo powołanym w styczniu 2014 roku. Nowy podmiot miał się zajmować prowadzeniem szkoleń dla pracowników Grupy Kapitałowej JSW. Okazuje się jednak, że prawdziwy cel stworzenia spółki jest zupełnie inny.

– „W ten sposób zarząd JSW będzie mógł ominąć wszystkie chroniące pracowników porozumienia podpisane ze stroną społeczną. Pracownicy zamiast na stałe będą zatrudniani na czas określony” – mówi Roman Brudziński wiceprzewodniczący „Solidarności” w JSW.

We wczorajszym proteście wzięło udział ponad 200 osób. Protestujący absolwenci przynieśli ze sobą transparenty z hasłami: „Nie odbierajcie nam obiecanej przyszłości” ,„Zatrudnić obiecali. Młodych okłamali”.

– „Przyszliśmy tutaj, bo czujemy się oszukani. Związaliśmy z tą firmą naszą przyszłość, poświęciliśmy kilka lat życia na naukę zawodu, a dzisiaj nie wiemy, co z nami będzie. Domagamy się wyłącznie tego, aby zarząd JSW wywiązał się ze swoich zobowiązań wobec nas” – podkreślał jeden z absolwentów Technikum Górniczego w Pawłowicach.

Centrale związkowe działające w JSW wysłały w tej sprawie listy protestacyjne m.in. do prezydenta Bronisława Komorowskiego, premiera Donalda Tuska, wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego oraz do wiceministra gospodarki odpowiedzialnego za górnictwo Tomasza Tomczykiewicza.