Mniej kontroli PIP, więcej przypadków nielegalnego zatrudnienia!

Mniej kontroli PIP, więcej przypadków nielegalnego zatrudnienia!

Systematycznie spada liczba kontroli przeprowadzanych przez Państwową Inspekcję Pracy – tak wynika z danych NIK i opracowań Sedlak & Sedlak. W roku 2010 przeprowadzono 95 273 kontroli, rok później – 90 609, a w 2012 r. – 89 949. Nie zmalała jednak liczba inspektorów, a wręcz nieznacznie wzrosła.

Pomimo tego dane PIP są alarmujące. W Polsce od kilku lat obserwowane są stałe tendencje w zakresie nielegalnego powierzania pracy. Najbardziej powszechnymi praktykami są: zatrudnianie bez potwierdzenia na piśmie umowy o pracę i jej warunków oraz niezgłaszanie osoby zatrudnionej bądź świadczącej pracę na innej podstawie niż stosunek pracy (w przypadkach, gdy jest to wymagane) do ubezpieczenia społecznego.

Pracodawcy stosują cały wachlarz działań, aby obejść obowiązujące przepisy. Do częstych praktyk zalicza się m.in. zaniżanie wynagrodzeń za pracę i wypłacanie ich w rzeczywistości w kwocie wyższej niż deklarowana, czy zawieranie umowy o pracę w niepełnym wymiarze czasu pracy w sytuacji, gdy pracownik świadczy pracę w pełnym wymiarze. W drugim przypadku, pracownik zatrudniony na takich zasadach otrzymuje pensję za dodatkową pracę (również nieopodatkowaną i nieoskładkowaną) drogą nieoficjalną.

Według PIP trudno oszacować skalę problemu, ponieważ nieprawidłowości najczęściej ujawniane są dopiero wtedy, kiedy pracownik nie dostaje wynagrodzenia. W 2012 r. inspektorzy pracy ujawnili, że w 18,8 proc. skontrolowanych podmiotów pracodawcy stosowali nielegalne zatrudnienie lub inną nielegalną pracę zarobkową. W poprzednich latach (2010-2011) ten odsetek był niższy i utrzymywał się na poziomie 18,1 proc.

W wielu krajach zaostrzono kary za nielegalne zatrudnienie: np. w Czechach, Danii, Holandii i Wielkiej Brytanii. W Austrii w 2009 r. podwyższono sankcję finansową za niezarejestrowanie pracownika z kwoty 3630 do 5000 euro (liczonej od każdego pracownika, dodajmy), a we Francji sankcje za nielegalne zatrudnienie sięgać mogą nawet kwoty 45 tys. euro, a nawet kary pozbawienia wolności lub czasowego zakazu działania jako pracodawca w danym sektorze.

_____

Przedruk za stroną Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Tanie zupy pod obstrzałem

Tanie zupy pod obstrzałem

Urzędnicy skarbowi coraz częściej kwestionują rozliczenia właścicieli barów mlecznych, na podstawie których takie miejsca dostają publiczne dotacje.

Bary mleczne otrzymują dofinansowanie od Ministerstwa Finansów na produkty jarskie (ich listę zapisano w rozporządzeniu). Właściciele barów mogą liczyć na zwrot 40 proc. wartości zakupu. W zamian nie mogą sprzedawać dań z marżą wyższą niż 30 proc., dlatego posiłki w takich miejscach są tanie. Rocznie budżet państwa przeznacza na ten cel ok. 20 mln zł. Bary mleczne powoli jednak znikają z polskiego krajobrazu – alarmuje portal Wirtualna Polska.

Ważnym powodem jest to, że fiskus coraz częściej domaga się od barów zwrotu dotacji. Przykładowo, urzędnicy traktowali kukurydzę słodką jako zboże, dlatego nie można było starać się o jej dofinansowanie. Ostatnio jednak stwierdzili, że kukurydza słodka to nie zboże i należy się do niej dopłata, a kto postępował inaczej musi zwrócić dotację od wszystkich produktów, i to z poprzednich kilku lat. – „Nawet status pietruszki się zmienił. Dotąd rozliczano tylko jej korzeń. Teraz uznano, że także nać powinna być dofinansowana. Jeśli bar mleczny tego nie robił, musi zwrócić całość dotacji przyznanej na wszystkie produkty w miesiącu, w którym zupę doprawiono posiekaną pietruszką” – mówi Krzysztof Kunowski, doradca podatkowy reprezentujący kilka pomorskich barów mlecznych.

Jeśli skarbówka nie zmieni podejścia, już wkrótce może nie być śladu po barach mlecznych, które nie tylko spełniają ważną funkcję społeczną, oferując tanie posiłki osobom niezamożnym, ale również często mają w lokalnych społecznościach status tzw. kultowych miejsc.

Pracodawcy chcą kolejnych zmian w prawie pracy

Pracodawcy chcą kolejnych zmian w prawie pracy

Organizacje pracodawców reprezentowane w Komisji Trójstronnej opowiadają się wspólnie za maksymalnie 48-miesięcznym okresem zatrudniania na umowy okresowe. Chcą też wydłużenia maksymalnego czasu trwania umowy na okres próbny do 6 miesięcy.

Czteroletni maksymalny czas trwania umowy na czas określony nie obejmowałby m.in. umów związanych z realizacją projektu czy trwaniem kadencji – zakładają pracodawcy. Wspólną propozycję Business Centre Club, Konfederacji Lewiatan, Pracodawców RP i Związku Rzemiosła Polskiego przekazano do resortu pracy – poinformowali w piątek Pracodawcy RP.

We wspólnym stanowisku opowiedzieli się za wydłużeniem maksymalnego czasu trwania umowy na okres próbny do 6 miesięcy. Są też za zniesieniem obowiązku podawania przez pracodawcę przyczyny wypowiedzenia umowy o pracę zawartej na czas nieokreślony w firmach zatrudniających do 50 pracowników.

Proponują także ujednolicenie okresów wypowiedzenia umów o pracę na czas określony i nieokreślony. Jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż rok, miałby prawo do 2-tygodniowego wypowiedzenia, miesiąc przy pracy powyżej roku i dwa miesiące – powyżej trzech lat. Obecnie okres wypowiedzenia umów na czas nieokreślony wynosi 2 tygodnie, jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż pół roku, miesiąc, gdy pracował ponad pół roku i 3 miesiące, gdy był zatrudniony co najmniej 3 lata. 2-tygodniowy okres wypowiedzenia miałby obowiązywać dla umów na czas wykonania określonej pracy.

Organizacje pracodawców chcą też, by zamiast – jak obecnie – informować o zamiarze zwolnienia reprezentujący pracownika związek zawodowy, robić to dopiero po zwolnieniu go – w ramach kontroli następczej. Domagają się też ograniczenia katalogu grup pracowników korzystających ze szczególnej ochrony stosunku pracy. Obecnie dotyczy ona m.in. członków władz organizacji związkowych. Według organizacji pracodawców skrócony albo zniesiony powinien być też obecny czteroletni okres ochrony przedemerytalnej pracowników.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Toruńsko-Włocławskiego

Śmieciowe obiecanki cacanki

Śmieciowe obiecanki cacanki

„Solidarność” z Jastrzębskiej Spółki Węglowej protestuje przeciwko zatrudnianiu górników do pracy w kopalniach przez nową spółkę JSW Szkolenia i Górnictwo. Wczoraj w tej sprawie demonstrowali absolwenci szkół i klas górniczych.

Jak informuje na swojej stronie internetowej śląsko-dąbrowska „Solidarność”, zgodnie z umowami podpisanymi przez Jastrzębską Spółkę Węglową oraz gminy Jastrzębie-Zdrój, Pawłowice Śląskie, Ornontowice, Wodzisław Śląski i Pszczyna najlepsi absolwenci szkół i klas górniczych z tych miejscowości mieli być zatrudniani w kopalniach należących do JSW. Na początku roku większość z nich przeszła badania lekarskie i testy psychologiczne wymagane przed przyjęciem do pracy.

Niedawno okazało się, że absolwenci będą zatrudniani nie bezpośrednio w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, ale w podmiocie o nazwie JSW Szkolenia i Górnictwo powołanym w styczniu 2014 roku. Nowy podmiot miał się zajmować prowadzeniem szkoleń dla pracowników Grupy Kapitałowej JSW. Okazuje się jednak, że prawdziwy cel stworzenia spółki jest zupełnie inny.

– „W ten sposób zarząd JSW będzie mógł ominąć wszystkie chroniące pracowników porozumienia podpisane ze stroną społeczną. Pracownicy zamiast na stałe będą zatrudniani na czas określony” – mówi Roman Brudziński wiceprzewodniczący „Solidarności” w JSW.

We wczorajszym proteście wzięło udział ponad 200 osób. Protestujący absolwenci przynieśli ze sobą transparenty z hasłami: „Nie odbierajcie nam obiecanej przyszłości” ,„Zatrudnić obiecali. Młodych okłamali”.

– „Przyszliśmy tutaj, bo czujemy się oszukani. Związaliśmy z tą firmą naszą przyszłość, poświęciliśmy kilka lat życia na naukę zawodu, a dzisiaj nie wiemy, co z nami będzie. Domagamy się wyłącznie tego, aby zarząd JSW wywiązał się ze swoich zobowiązań wobec nas” – podkreślał jeden z absolwentów Technikum Górniczego w Pawłowicach.

Centrale związkowe działające w JSW wysłały w tej sprawie listy protestacyjne m.in. do prezydenta Bronisława Komorowskiego, premiera Donalda Tuska, wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego oraz do wiceministra gospodarki odpowiedzialnego za górnictwo Tomasza Tomczykiewicza.