Posezonowa wyprzedaż Polski

Posezonowa wyprzedaż Polski

Proces prywatyzacji powoli dobiega końca – w tym roku rząd PO-PSL planuje pozbyć się kontroli nad istotną częścią resztek państwowej własności.

„Dziennik Gazeta Prawna” pisze, że w 2014 r. resort skarbu chce pozyskać z prywatyzacji 3,7 mld zł, z czego 2/3 ma pochodzić ze sprzedaży akcji w spółkach giełdowych, a reszta – ze sprzedaży bezpośredniej. Kluczowe są dwie transakcje, sprzedaż udziałów w Polskim Holdingu Nieruchomości i Ciechu, z których do kasy państwa może trafić nawet 1,5 mld zł. W przypadku Ciechu poważnie zainteresowana jest spółka zależna Kulczyk Investments, KI Chemistry, która oferuje 29,5 zł za akcję, co zdaniem części analityków jest ceną zbyt niską. Co więcej, Kulczyk oczekuje, że Ciech zatrzyma cały, ponad 100-milionowy zysk za zeszły rok.

Resort ma też plany dotyczące innych spółek notowanych na warszawskim parkiecie. Wartość należących do niego pakietów to odpowiednio 12 mld zł (PZU), 16 mld zł (PKO BP) i 23 mld zł (PGE). Jednak w tej sprawie przedstawiciele MSP milczą. Wiadomo jedynie, że do inwestorów nie trafią wszystkie akcje, lecz tylko niewielka ich część, a ze środków pozyskanych w ten sposób ma być finansowana działalność Polskich Inwestycji Rozwojowych.

Tegoroczne plany nie kończą się na spółkach giełdowych. – „Na ten rok zaplanowaliśmy również przychody z prywatyzacji branżowej na poziomie 1,2 mld zł. Należy jednak pamiętać, że nie prywatyzujemy dla samej prywatyzacji. Sprzedaż uzależniamy od uzyskania odpowiednich warunków” – mówi Agnieszka Jabłońska-Twaróg, rzecznik prasowy ministerstwa. Prywatyzacja branżowa obejmie 142 mniejsze spółki, które będą sprzedawane w sposób bezpośredni. Na liście są m.in. firmy budowlane (Zakłady Ceramiczne Bolesławiec), metalowe i maszynowe (H. Cegielski – Poznań), a także transportowe (np. Polska Żegluga Bałtycka), jak również przedstawiciele sektora energetycznego, przemysłu lekkiego czy poligraficznego.

Gazeta przypomina, że w latach 2012-2013 Ministerstwo Skarbu Państwa zrealizowało 534 projekty prywatyzacyjne dla 298 spółek. Z 8,5 tysiąca państwowych firm w 1990 r., publiczną własnością jest już tylko 249 spółek prowadzących działalność.

Koniecznie czytaj także tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nigdy więcej gett!

Nigdy więcej gett!

W nowej dzielnicy podparyskiego miasteczka Boulogne-Billancourt, podobnie jak w wielu innych zakątkach Francji, biedni i bogaci nie są odgrodzeni płotami strzeżonych osiedli, ale spotykają się dosłownie pod jednym dachem. Wszystko dzięki przemyślanej, prospołecznej polityce mieszkaniowej.

Budowanie osiedli złożonych wyłącznie z mieszkań na wynajem dla osób o najniższych dochodach jest błędem. Takie budynki nierzadko popadają w ruinę, a w okolicy wzrasta poziom przestępczości. Dlatego we Francji nowe mieszkania socjalne powstają nawet obok luksusowych apartamentowców – informuje „Gazeta Wyborcza”.

W Boulogne-Billancourt miesięczny rynkowy czynsz wynosi około 26 euro za metr kwadratowy. Mieszkańcy lokali socjalnych płacą w tym miejscu od 6 do 12 euro za metr, zaś resztę dopłaca państwo. Firmy deweloperskie budują na swoich osiedlach mieszkania dla niezamożnych, ponieważ wymagają tego gminy, na terenie których realizują swoje inwestycje. – „Warunek jest zapisany w planie zagospodarowania przestrzennego” – mówi szef Francuskiej Federacji Deweloperów François Payelle. W każdej gminie lokale socjalne muszą stanowić co najmniej jedną czwartą (!) wszystkich mieszkań. Jeśli dany samorząd nie spełni tego wymogu, musi liczyć się z karą.

We Francji co roku powstaje ok. 100 tys. nowych mieszkań socjalnych, a łącznie są ich ponad 4 mln. Prawie co trzeci taki lokal budują deweloperzy.

Leczmy z sensem

Leczmy z sensem

Tylko ok. połowa polskich pacjentów potrzebujących żywienia klinicznego dostaje je w szpitalu. Tymczasem badania wskazują, że jego odpowiednie stosowanie może skrócić czas hospitalizacji i koszty leczenia nawet o 40 proc.

RynekZdrowia.pl informuje, że w Sosnowcu otwarto Centrum Badawczo-Rozwojowe Żywienia Klinicznego i pracownię żywienia pozajelitowego w Sosnowieckim Parku Naukowo-Technologicznym. We współpracy z naukowcami Śląskiego Uniwersytetu Medycznego będą tam prowadzone badania m.in. nad wpływem leczenia żywieniowego na cały proces leczenia. Portal informuje, że pracownia może w ciągu 24 godzin dostarczyć szpitalowi w w dowolnym miejscu w Polsce mieszaniny sporządzone według zaleceń lekarza prowadzącego chorego i zawierające m.in. białka, tłuszcze, witaminy i mikroelementy.

Jak zaznaczył dyrektor Centrum, dr Łukasz Drozd, podstawą leczenia żywieniowego jest zaspokajanie zwiększonego zapotrzebowania na główne elementy odżywcze u chorych leczonych w szpitalach, hospicjach i zakładach opiekuńczo-leczniczych, którzy z różnych przyczyn nie mogą odżywiać się samodzielnie. Zastosowanie całkowitego pozajelitowego żywienia klinicznego jest w wielu przypadkach jedynym sposobem na skuteczne odżywienie pacjentów (m.in. chorzy w śpiączce, wcześniaki, poparzeni, cierpiący na niektóre nowotwory).

– „Dożylne indywidualne leczenie żywieniowe należy w Polsce do ciągle słabo rozwiniętych w praktyce klinicznej metod terapii. Jego brak jest często czynnikiem decydującym o niepowodzeniu leczenia szpitalnego wielu grup pacjentów. Nie uczą o tym na uczelniach medycznych i nie wszyscy lekarze mają świadomość tego, jak ważne jest to leczenie” – powiedział dr Drozd. Taki przedmiot ma się natomiast pojawić w programie studiów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w ramach współpracy z Centrum.

Łukasz Drozd podkreśla, że wprowadzenie leczenia żywieniowego do szerokiej praktyki klinicznej pozwoli skuteczniej leczyć, skrócić czas hospitalizacji, a w efekcie zmniejszyć koszty leczenia. – „Trzeba pamiętać, że organizm niedożywiony sięga sam po to, co jest najłatwiej dostępne, a więc białka, wcale nie tłuszcze. To np. albuminy, które są nośnikiem antybiotyków, albo globuliny, czyli przeciwciała. Logicznym jest, że niedożywienie utrudnia przebieg leczenia” – wyjaśnia.

Bo prezes to nie sułtan

Bo prezes to nie sułtan

OPZZ, w celu przeciwdziałania wzrostowi rozwarstwienia dochodowego, proponuje wprowadzenie zasady, że wynagrodzenie prezesa lub innego najlepiej zarabiającego pracownika firmy nie może przekraczać 8-krotności poborów najsłabiej zarabiających.

Zakładając, że najniższe uposażenie w danym przedsiębiorstwie wynosi tyle, ile płaca minimalna (1680 zł brutto), to jego szef zarabiałby, wraz z wszelkimi premiami i nagrodami, nie więcej niż 13,44 tys. zł brutto – wylicza Wirtualna Polska. Jeśli chciałby podnieść swoją pensję, to nie ma problemu, ale jednocześnie musiałby dać podwyżki podwładnym. – „Dzięki temu pracownicy mieliby poczucie, że partycypują w zyskach firmy i ich zarobki są przynajmniej częściowo uzależnione od jej wyników” – tłumaczy przewodniczący OPZZ Jan Guz.

Nie jest zaskoczeniem, że pomysł związkowców spotkał się z bardzo negatywnym odzewem ze strony środowisk biznesowych. Wojciech Warski, przewodniczący Konwentu Business Centre Club przyznał jednocześnie, że poziom płac niektórych menedżerów to „oczywista bezczelność”, która mści się na samych firmach. – „Nie działa dobrze korporacja, gdy prezes zarabia setki razy więcej od pracowników” – mówi.

W Polsce limit płac obowiązuje na razie tylko w spółkach publicznych i wynosi ok. 23 tys. zł brutto (sześć średnich krajowych), przy czym niestety obejście przepisów i zapewnienie sobie kilkukrotnie wyższej pensji jest bardzo proste. W firmach prywatnych nie ma żadnych ograniczeń, dlatego dysproporcje są przeważnie duże. Kiedy zarobkom 140 prezesów spółek giełdowych przyjrzeli się eksperci firmy doradczej PwC, okazało się, że w 2012 r. zarobili oni średnio 1,6 mln zł.

Środowisko przedsiębiorców przekonuje, że sposobem na poprawę sytuacji nie jest wprowadzanie ustawowych ograniczeń wysokości zarobków, ale raczej poszerzenie kręgu osób decydujących o wynagrodzeniach w firmie. – „Trzeba pomyśleć nad rozwiązaniem zapewniającym, że to nie sama rada nadzorcza będzie decydować o wypłatach, ale w jakiś sposób zostanie ona poszerzona, gdy sprawa dotyczyć będzie właśnie wynagrodzeń” – uważa Warski. Taki model przegłosowano w marcu 2013 r. w referendum w Szwajcarii. O wysokości funduszu płac w firmach decyduje tam odtąd walne zgromadzenie akcjonariuszy.