Dumping? Nie tym razem

Dumping? Nie tym razem

Ministerstwo pracy przy okazji niedawnego przetargu dało przykład, jak administracja publiczna może walczyć ze śmieciowym zatrudnieniem.

W przetargu na ochronę budynków resortu jedno z głównych kryteriów oceny ofert (aż 40 proc.) stanowiła liczba pracowników, którzy zostaną po zawarciu umowy zatrudnieni na etatach. „Rzeczpospolita” podkreśla, że ministerstwo pierwszy raz postawiło wykonawcom takie wymagania. Zazwyczaj urzędy, szpitale czy jednostki wojskowe stosują tylko jedno kryterium, którym jest najniższa cena. – „Przetarg na ochronę gmachów ministerstwa może być zwiastunem pierwszych pozytywnych zmian na rynku zamówień publicznych” – komentuje Mirosław Greber, prezes zarządu Impel Security Polska, spółki, która wygrała wspomniany przetarg. – „Liczymy, że inne instytucje publiczne, ogłaszając przetargi, będą stosowały podobne kryteria przy wyborze najlepszej oferty” – mówi Janusz Sejmej z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.

Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony, jest pozytywnie zaskoczony krokiem ministerstwa. Komentuje, że kryteria, jakie przyjęto, powinny być standardem, w przeciwnym wypadku powstaje tak silna presja na zaniżanie płac, że ochroniarze pracują za stawki, w które wprost trudno uwierzyć. Do redakcji „Rzeczpospolitej” zadzwonił ostatnio ochroniarz jednego z oddziałów… Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który na etacie pracuje tylko do końca maja. Od 1 czerwca dostał propozycję tej samej pracy na umowie-zleceniu z wynagrodzeniem 3 zł za godzinę (sic!) i pulą 240 godzin do przepracowania w miesiącu. Pracodawca utrzymuje, że za pieniądze z kontraktu wynegocjowanego z ZUS nie jest w stanie utrzymać wcześniejszych warunków.

– „Wcześniej nie słyszałem, aby którykolwiek urząd czy instytucja publiczna stosowały podobne kryteria wyboru oferty” – komentuje politykę resortu pracy Tomasz 
Czajkowski, były prezes 
Urzędu Zamówień Publicznych. – „Trzeba promować takie dobre 
praktyki, bo dzięki temu zmaleje liczba umów śmieciowych 
i przybędzie osób zatrudnionych na etatach. 
Przypomnę, że zgodnie z Prawem zamówień publicznych 
premier ma prawo wydać rozporządzenie, w którym określi, 
jakie kryteria powinny być stosowane przez administrację 
publiczną przy ogłaszaniu przetargów. Szef rządu mógłby łatwo podnieść standardy, potrzebne szczególnie przy zamawianiu usług ochrony i sprzątania” – dodaje.

Przypomnijmy przy okazji, że resort pracy przygotował zmiany, które mają przeciwdziałać nadużywaniu „śmieciówek” m.in. przez firmy ochroniarskie. Powszechnym zjawiskiem jest zaniżanie składek ZUS poprzez zawieranie kilku umów-zleceń. Nowelizacja przepisów, która trafiła już do Sejmu, nakaże płacić składki od kilku takich umów do wysokości co najmniej minimalnego wynagrodzenia.

Przypominamy nasz tekst o tym, jak ważną bronią w walce o sprawiedliwość społeczną mogą być odpowiednio konstruowane zamówienia publiczne: kliknij, aby przeczytać.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dreszcze Bieńkowskiej

Dreszcze Bieńkowskiej

Dlaczego rząd, promując efekty dziesięciu lat członkostwa Polski w Unii Europejskiej, postanowił nie wspominać o kolei?

Państwo są jacyś bardzo ponurzy. Ja za każdym razem mam dreszcze jak ten spot widzę. Naprawdę was nie ruszył?! – ze zdziwieniem dopytywała dziennikarzy wicepremier Elżbieta Bieńkowska po pierwszym pokazie spotu „10 lat świetlnych”, promującego dziesięciolecie członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Spot powstał na zlecenie kierowanego przez Bieńkowską Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju.

Jak czytamy w oficjalnym opisie spotu, „film promocyjny »10 lat świetlnych« pokazuje skok cywilizacyjny, który dokonał się na przestrzeni lat 2004-2014, w znaczącym stopniu dzięki wykorzystaniu Funduszy Europejskich. Celem filmu jest zobrazowanie wymiernych korzyści związanych z obecnością Polski w Unii Europejskiej oraz unaocznienie skoku cywilizacyjnego, który dzięki naszej akcesji do Unii Europejskiej, dokonał się w stosunkowo krótkim czasie”.

W filmie promocyjnym możemy zobaczyć wieżowce, zadbane starówki, wiatraki energetyczne, łany zbóż, a także koncerty, festyny, wydarzenia sportowe, kibiców, ludzi wypoczywających nad wodą oraz pokazy fajerwerków. Znamienne jest, że w spocie – który u wicepremier odpowiedzialnej za infrastrukturę wywołuje dreszcze – ani razu nie pojawia się kolej. Czterokrotnie pojawiają się za to inwestycje drogowe: autostrada, droga ekspresowa oraz dwa widowiskowe mosty drogowe.

W rozpędzonym pociągu

Niemal równocześnie z filmem promocyjnym wydany został obszerny raport Ministerstwa Spraw Zagranicznych pod tytułem „10 PL-UE. Polskie 10 lat w Unii”. Publikacja niejako stanowi merytoryczne rozwinięcie spotu, a przy tym – w przeciwieństwie do materiału filmowego – nie sprowadza zagadnienia skoku cywilizacyjnego głównie do koncertów, festynów i wydarzeń sportowych.

Na początku raportu możemy przeczytać, że „przystępując do UE w 2004 r., Polska wsiadła do »rozpędzonego pociągu«, poruszającego się według skomplikowanych mechanizmów i zasad gry wypracowanych w ciągu 50 lat procesu integracji”. I właściwie na tych słowach kończy się tematyka kolejowa w raporcie…

W dziale zatytułowanym „Rozbudowa infrastruktury” nie znajdziemy żadnego zdania dotyczącego kolei. Na dział poświęcony infrastrukturze składają się bowiem tylko takie oto rozdziały: „Autostrady i drogi ekspresowe”, „Po Polsce: szybciej i bezpieczniej” (odnoszący się wyłącznie do dróg), „Ochrona środowiska” (poświęcony oczyszczaniu ścieków), „Energetyka”, „Infrastruktura gazowa” oraz „Infrastruktura elektroenergetyczna”.

Publikacja na swoich 252 stronach tylko dwa razy podejmuje temat kolei. A właściwie jedynie się po nim prześlizguje. Pierwszy raz w rozdziale „Ramy prawne dobre dla firm”: „W Polsce pojawiły się także zupełnie nowe prawne rozwiązania, jak np. otwarcie rynku transportu kolejowego czy lotniczego”. Drugi raz w rozdziale „Nowa lotnicza infrastruktura”: „Zbudowano połączenia lotniska z aglomeracjami miejskimi. Tak powstało m.in. połączenie kolejowe z Dworca Centralnego na Lotnisko im. Fryderyka Chopina w Warszawie”.

Największy program w historii?

To, że w 252-stronicowym raporcie, w którego merytoryczne opracowanie były zaangażowane 24 osoby, temat kolei został właściwie pominięty, nie może być wynikiem przypadkowego niedopatrzenia.

Tym bardziej, że Grupa PKP chwali się, że „10 lat w Unii Europejskiej przyniosło ogromne zmiany na polskiej kolei”, podkreślając, że spółki kolejowe „należą do najważniejszych beneficjentów środków unijnych”. Prezes spółki PKP Polskie Linie Kolejowe Remigiusz Paszkiewicz mówi nawet o „największym w historii polskich kolei programie modernizacji, rewitalizacji i remontów”.

Według danych Grupy PKP, przez ostatnich 10 lat PKP PLK wydały na remonty infrastruktury ponad 26 mld zł. Środki te w większości pochodzą z funduszy europejskich. – „Dzięki ich efektywnemu wykorzystaniu realizowane są inwestycje w tabor, modernizowane linie kolejowe oraz dworce. Wszystkie te działania oznaczają szybszą i bardziej komfortową podróż pociągiem oraz obsługę podróżnych na europejskim poziomie” – chwali się PKP.

Balans w stronę dróg

Zapewnienia Grupy PKP kłócą się z danymi zaprezentowanymi przez Dyrekcję Generalną Mobilności i Transportu w Komisji Europejskiej. Dyrekcja niespełna miesiąc przed dziesiątą rocznicą wejścia Polski do Unii Europejskiej opublikowała „Tablicę wyników transportu w Unii Europejskiej” („EU Transport Scoreboard”). Z tego rankingu wcale nie wynika, by polska kolej mogła chwalić się osiągnięciem europejskiego poziomu.

Według zestawienia Komisji Europejskiej, wskaźnik jakości infrastruktury kolejowej – w skali od 1 (ekstremalnie nierozwinięta) do 7 (rozległa, sprawna i wydajna) – wynosi dla Polski 2,56. Polska, spośród 26 unijnych państw posiadających kolej, uplasowała się na 25. pozycji. Gorszy wynik osiągnęła jedynie Rumunia – 2,33.

Wciąż niski jest w Polsce również poziom bezpieczeństwa ruchu kolejowego. Wskaźnik dla Polski – mierzony liczbą ofiar śmiertelnych na milion pociągokilometrów – wynosi 2,24, co daje naszemu krajowi 23. pozycję. Gorzej jest tylko w Bułgarii (2,33), na Słowacji (2,48) oraz w Rumunii (2,86).

Wygląda na to, że wicepremier Elżbieta Bieńkowska wcale jednak nie zamierza traktować problemów kolei jako tych, które należy rozwiązać. Filozofia Bieńkowskiej sprowadza się do co jakiś czas wyrywających się jej słów o konieczności przesuwania funduszy unijnych z kolei na drogi. 7 lutego 2014 r. na spotkaniu z marszałkami województw w Kielcach wicepremier Bieńkowska powiedziała: „Potrzebujemy, aby balans był przechylony w stronę dróg, nie kolei”.

Jak widać, w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju kolej wciąż uważana jest za problem, który najlepiej omijać. Zamówiony przez resort spot promocyjny, w którym ani razu nie pojawia się kolej, tylko to potwierdza.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 3/71 (maj-czerwiec 2014), www.zbs.net.pl

Drgnęło?

Drgnęło?

Resort pracy, po serii artykułów prasowych, zadeklarował gotowość do poprawienia ustawy o pracy tymczasowej.

„Gazeta Wyborcza” przypomina, że na łamach „Dużego Formatu” opisała niedawno, jak niektóre hipermarkety i fabryki zwalniają z etatów, a następnie tych samych pracowników za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej przyjmują na umowy krótkoterminowe, za niższe wynagrodzenie. Tysiące ludzi są „wiecznymi tymczasowymi”, choć zgodnie z prawem nie powinni pracować tak dłużej niż półtora roku. Jest to możliwe, gdyż pracodawcy chwytają się różnych sztuczek, np. przed upływem ustawowych 18 miesięcy agencje przekazują sobie pracowników (jedynie formalnie, gdyż ich miejsce pracy się nie zmienia).

Dziennik uzupełnia, że „tymczasowi” muszą zostawać w firmie po godzinach, nie mają urlopów, a Państwowa Inspekcja Pracy, która ma pilnować ich praw, jest nieskuteczna. Przeprowadza bowiem za mało kontroli, a jej kary są dla pracodawców śmieszne (maksymalny mandat za recydywę w łamaniu prawa pracy to 5 tys. zł).

PIP informuje, że w 2013 r. przyjrzała się 349 agencjom i firmom korzystającym z ich usług, które zatrudniały prawie 30 tys. osób. – „Nieprawidłowości wykryliśmy w niemal dwóch trzecich przypadków” – mówi Jarosław Leśniewski, dyrektor Departamentu Legalności Zatrudnienia w Głównym Inspektoracie Pracy. Dodaje jednak, że inspektorzy, nawet jeśli widzą patologie, często nie mogą nic zrobić, bo ustawa o zatrudnianiu pracowników tymczasowych, przyjęta 10 lat temu, utrudnia dyscyplinowanie nieuczciwych pracodawców, np. bardzo wąsko określa, za co firma może być ukarana.

GIP od dekady zabiega o zmianę przepisów, nie ma jednak prawa inicjatywy ustawodawczej, a ministerstwo pracy ignoruje jego sugestie. Po publikacjach „Wyborczej” resort zmienił jednak zdanie. – „Jeśli otrzymamy prośbę z Inspekcji Pracy, na pewno zajmiemy się tą ustawą. Nie wykluczamy nowelizacji” – zapewnia Janusz Sejmej, rzecznik ministerstwa.

Aby skuteczniej bronić praw „czasowników”, PIP potrzebuje doprecyzowania przepisów tak, żeby o tymczasowości pracy decydował okres zatrudnienia w konkretnej firmie, a nie to, jak długo zatrudnia jedna agencja. Niezbędne jest też ograniczenie zatrudniania tymczasowego na umowach cywilnoprawnych do osób w wieku 16-18 lat, czyli młodocianych, np. roznoszących ulotki.

Przy okazji gazeta przypomina, że są też inne pozbawione opieki PIP grupy aktywnych zawodowo Polaków. To osoby na umowach cywilnoprawnych i samozatrudnieni. Łącznie około 3 mln ludzi, którzy nie mogą np. walczyć z nieuczciwym pracodawcą przed sądem pracy ani liczyć na wsparcie inspektora, gdy firma im nie płaci. Zgodnie z prawem nie są oni nawet pracownikami, dlatego bez zmian w prawie objęcie ich ochroną nie będzie możliwe.

Klikajmy na złość banksterom

Klikajmy na złość banksterom

Podpisz internetową petycję w sprawie wprowadzenia w Europie tzw. podatku Robin Hooda. Ma on sprawić, by bankierzy ponieśli sprawiedliwą część kosztów kryzysu, a także przynieść korzyści najbiedniejszym.

Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie informuje, że już za kilka dni europejscy przywódcy spotkają się, by zadecydować, czy wesprzeć wprowadzenie wspomnianego podatku. „Będą debatować pod dużą presją ze strony światowych banków i elity finansowej, którzy naciskają na zablokowanie wprowadzenia opłaty. Właśnie dlatego wyrażanie silnego społecznego poparcia dla inicjatywy jest tak ważne” – przekonuje Fundacja.

Dodaje, że podatek w wysokości zaledwie 0,05% wartości transakcji finansowych realizowanych przez banki kupujące lub sprzedające udziały lub obligacje, inwestujące na rynkach walut czy biorące udział w obrocie dobrami, oznaczałby w skali roku 37 mld euro na finansowanie usług publicznych, walkę z ubóstwem i skutkami zmian klimatu. „Ale w tym wszystkim nie chodzi tylko o pieniądze. Jeśli opłata ta zostanie wprowadzona, banki i rynki finansowe będę w końcu ponosiły koszty bałaganu, jaki nam wszystkim zgotowały. Zniwelowałoby to panującą niesprawiedliwość, gdzie największe koszty kryzysu finansowego ponoszą ci, którzy nie mają z nim nic wspólnego” – czytamy w petycji.

Poproś europejskich liderów, żeby wprowadzili podatek Robin Hooda i na zawsze zmienili Europę