Nie tędy droga

Nie tędy droga

Wbrew nadziejom samorządowców fundusze unijne „same z siebie” nie tworzą miejsc pracy ani trwałych podstaw rozwoju gospodarczego biedniejszych obszarów – pokazują badania Uniwersytetu Warszawskiego.

Wyborcza.biz pisze, że samorządowcy w całej Polsce marzą o szeroko rozumianej infrastrukturze: drogach, chodnikach, ścieżkach rowerowych, wyremontowanych szkołach, przychodniach, nowych wodociągach, kanalizacji, dworcach. Właśnie na takie rzeczy przez ostatnie siedem lat wydali większość funduszy europejskich – i chcą wydawać kolejne miliardy. „Gdy będzie infrastruktura, wtedy przyjdzie do nas inwestor. Gdy przyjdzie inwestor, wtedy powstaną nowe miejsca pracy i będziemy się bogacić” – tak portal streszcza typowe myślenie lokalnych włodarzy.

Niestety, powyższej tezy nie potwierdzają statystyki. Naukowcy z Centrum Europejskich Stosunków Regionalnych i Lokalnych UW zbadali, które regiony dostają najwięcej pieniędzy z Unii w przeliczeniu na mieszkańca, na co je wydają oraz jak te wydatki wpłynęły na ich rozwój (PKB, liczbę miejsc pracy itd.). Okazuje się, że prorozwojowy efekt funduszy unijnych to tylko mit. Przykładowo, na mieszkańca woj. świętokrzyskiego przypadło blisko 3,5 tys., a na mieszkańca Dolnego Śląska – od 1,2 do 2,6 tys. zł. Tymczasem w latach 2007-11 realny PKB Dolnego Śląska wzrósł o ponad 30 proc., zaś regionu świętokrzyskiego o mniej więcej 10 proc. Dokładniejsza analiza pokazuje, że środki z Brukseli nie mają wpływu na powstawanie nowych miejsc pracy w powiatach czy wzrost dochodów gmin.

– „Nie były w stanie przyspieszyć wzrostu w regionach najsłabiej rozwiniętych na tyle, by mogły dogonić regiony lepiej rozwinięte” – mówi prof. Grzegorz Gorzelak, autor raportu. Co więcej, gdy spojrzeć na rozkład funduszy unijnych w obrębie poszczególnych województw, okazuje się, że najwięcej pieniędzy zgarniają największe ośrodki. – „Duże miasta wykazują większy potencjał absorpcyjny niż słabiej rozwinięte obszary. Nie jest też wykluczone, że – jak to działo się w okresie socjalizmu – władza silniej inwestowała »wokół siebie« niż na terenach dalej położonych od jej siedziby” – tłumaczy badacz.Gdy naukowcy spytali samorządowców o rezultaty dofinansowania, ponad połowa z nich stwierdziła, że unijne pieniądze mają przeciętny lub mały wpływ na rozwój gospodarczy, na konkurencyjność lokalnych przedsiębiorstw, powstawanie nowych miejsc pracy czy napływ inwestorów. Ale gdy spytano ich, co należałoby zmienić, praktycznie wszyscy odparli, że… dać więcej środków na lokalną infrastrukturę.

Portal podkreśla, że kierowanie zewnętrznych funduszy do regionów słabiej rozwiniętych z nadzieją, że dzięki temu automatycznie przyspieszymy tam rozwój gospodarczy, z reguły się nie sprawdza. – „Nie znam żadnego regionu na całym świecie, gdzie to by się udało, o ile na zasoby takich regionów nie pojawi się zewnętrzne zapotrzebowanie – inwestorów, turystów, wykształconych osób. Nieważne, czy będzie tam droga, czy nie, inwestor tam nie przyjedzie” – dodaje profesor. Dodaje, że dzięki infrastrukturze ludziom żyje się lepiej, ale zdynamizowanie regionalnej gospodarki wymaga raczej długofalowego i przemyślanego inwestowania m.in. w edukację.

Bilansowi naszego członkostwa w Unii Europejskiej poświęcona jest znaczna część „Nowego Obywatela” nr 63.

Koniecznie czytaj także tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Konkuruj albo spadaj

Konkuruj albo spadaj

Aż jeden na pięciu uczestników globalnej ankiety zrezygnował z posady w wyniku nadmiernej rywalizacji w miejscu pracy. Dodatkowo, 26 proc. respondentów rozważa zmianę firmy z tego powodu.

„Czy kiedykolwiek odszedłeś z pracy lub rozważałeś możliwość jej zmiany z powodu rywalizacji ze współpracownikami?” – brzmiało pytanie w ankiecie przeprowadzonej przez Monster.com, o czym dowiadujemy się z gazetaprawna.pl. Odpowiedziało na nią ponad 3300 respondentów, z których 20 proc. przyznało, że rywalizacja zmusiła ich do rezygnacji ze stanowiska. Narodem, który najbardziej narzeka na presję konkurencji w pracy są Niemcy – aż 27 proc. ankietowanych z tego kraju twierdzi, że wymogła ona na nich porzucenie pracodawcy, a dla jednej trzeciej był to powód do rozważenia takiego kroku. Również pracownicy z Ameryki Północnej i Indii nie dają sobie rady z walką o pozycję w środowisku zawodowym – prawie połowa respondentów z tych części świata twierdzi, że taka sytuacja może ich w ostateczności zmusić do zwolnienia się.

W przypadku Polaków kwestia wygląda zupełnie inaczej. Zdecydowana większość nadwiślańskich pracowników (81 proc.) nigdy nie porzuciła pracy z powodu rywalizacji ani nie rozważała takiej decyzji. Należy jednak wziąć pod uwagę trudną sytuację na krajowym rynku zatrudnienia, która zniechęca pracowników do porzucania posad.

 

Socjalizm na odwrót

Socjalizm na odwrót

Brytyjczycy wierzą, że w ich państwie to krezusi płacą najwyższe podatki. W rzeczywistości dla najbiedniejszych są one o osiem punktów procentowych wyższe niż dla bogaczy – wynika z badań think tanku Equality Trust.

Pomimo progresywnego systemu fiskalnego – w kraju Beatlesów stawki podatku dochodowego od osób fizycznych wynoszą 10, 20, 40 i 50 proc. – to ubodzy najdotkliwiej odczuwają koszty utrzymania instytucji państwowych. Wyborcza.biz pisze, że najbiedniejsze 10 proc. gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii oddaje rocznie państwu 43 proc. swoich dochodów, 10 proc. najbogatszych – 35 proc. Autorzy badania porównali wszystkie stawki podatków płaconych przez Brytyjczyków, wliczając w to również składki na ubezpieczenie zdrowotne (nie uwzględnili natomiast kwoty wolnej od podatku, która wynosi na Wyspach 9440 funtów).

Badacze zapytali także swoich rodaków, jak ich zdaniem wygląda tamtejszy system podatkowy. Blisko 7 na 10 ankietowanych twierdzi, że 10 proc. najlepiej zarabiających płaci wyższe podatki niż 10 proc. najgorzej zarabiających. Co więcej, respondenci twierdzą, że średnia stawka podatku dla najbiedniejszych wynosi niewiele ponad 20 proc. Think tank oczekuje od rządu zmian w systemie fiskalnym i polityce informacyjnej. – „Opinia publiczna jest wprowadzana w błąd co do realnego kształtu systemu podatkowego w naszym kraju” – mówi Duncan Exley z Equality Trust. – „Ludzie myślą, że jeśli zarabiasz dużo, to płacisz wysokie podatki, a tak naprawdę jest na odwrót. Co więcej, w społeczeństwie istnieje tendencja do zwiększania progresji podatkowej” – dodaje.

Według autorów raportu największy wpływ na ciężar płaconych podatków mają podatki pośrednie, takie jak VAT i akcyza. Niewielką część obciążeń dochodów najbiedniejszych stanowią zaś podatki lokalne, np. podatek od nieruchomości. Ten ostatni, zdaniem Equality Trust, powinien mieć charakter progresywny.

A coraz dalej od B

A coraz dalej od B

Powiększają się różnice pomiędzy jakością życia w mieście i na wsi – takie wnioski płyną z raportu „Monitoring rozwoju obszarów wiejskich”, przygotowanego m.in. przez Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN.

Jak relacjonuje „Rzeczpospolita”, z raportu wynika, że zaledwie jedna trzecia gmin wiejskich lub miejsko-wiejskich jest w pełni skomunikowana jakąkolwiek formą transportu publicznego. Aż z co czwartej tego typu gminy dojazd do miasta wojewódzkiego zajmuje ponad dwie godziny.

Z opracowania dowiadujemy się także, że na ponad 10 proc. obszarów wiejskich odsetek dzieci objętych opieką przedszkolną nie przekracza 25 proc., a są takie miejsca, gdzie nie dochodzi do 5 proc. Tymczasem w miastach średnia wynosi 75 proc.

Do poważnych problemów polskiej wsi należy ponadto wyludnianie się. W aż 40 proc. gmin wiejskich (ok. 900) odnotowano w ostatnich latach ujemny przyrost naturalny. Tymczasem do niedawna na wsi dzieci rodziły się nieco częściej niż w miastach.