Nieznana strona „śmieciówek”

Nieznana strona „śmieciówek”

Najwyższa Izba Kontroli przestrzega instytucje samorządowe przed nadużywaniem możliwości zatrudniania na podstawie umów-zleceń. Osoby pracujące na kontraktach cywilnych nie są bowiem objęte regulacjami, które mają na celu zapewnienie rzetelnego i bezstronnego wykonywania zadań publicznych.

Systematyczne kontrole Izby w samorządach pokazują, że kierownicy jednostek często decydują się na taką formę powierzania zadań. „Dziennik Gazeta Prawna” podkreśla, że w wielu przypadkach zgodna ze stanem faktycznym byłaby raczej umowa o pracę, której podpisania osoby na umowach cywilnoprawnych mogą się domagać przed sądem. Stosowanie kodeksowych form zatrudnienia, choć łączy się z wyższymi kosztami (składki ubezpieczeniowe, premie), jest jednak także w interesie samych samorządów. NIK zwraca uwagę na to, że forma umowy-zlecenia faktycznie wyłącza stosowanie m.in. przepisów dotyczących pracowników samorządowych.

Wynika to przede wszystkim z tego, że osoby realizujące zadania na podstawie kontraktu cywilnego, w odróżnieniu od urzędników, nie mają statusu funkcjonariusza publicznego. A to oznacza, że nie ponoszą odpowiedzialności karnej m.in. za niedochowanie tajemnicy służbowej, poświadczenie nieprawdy czy działanie na szkodę interesu publicznego. – „Obawy NIK są uzasadnione, bo umowy cywilnoprawne w urzędach administracji publicznej powinny być stosowane tylko w wyjątkowych sytuacjach. Na przykład jeśli brakuje specjalisty do załatwienia określonej sprawy” – wyjaśnia dr Aleksander Proksa, radca prawny, b. prezes Rządowego Centrum Legislacji.

Jest też jeszcze inny negatywny aspekt popularności umów cywilnych w sektorze publicznym. – „W ostatniej kontroli budżetowej wskazujemy, aby bez potrzeby nie dochodziło do zlecania określonych zadań na zewnątrz, jeśli pokrywają się one z zakresem obowiązków osoby zatrudnionej w urzędzie na etacie” – mówi Paweł Biedziak, rzecznik prasowy NIK. – „Przestrzegamy urzędy przed takimi praktykami, bo mogą narażać szefów tych jednostek na zarzut niegospodarności” – dodaje.

– „Nie istnieją żadne hamulce etyczne, bo przepisy ustaw nie wprowadzają wymogu, że np. stanowiska urzędnicze muszą zajmować etatowi pracownicy albo że umowy cywilnoprawne powinny być stosowane w ograniczonym zakresie” – komentuje cały problem dr Stefan Płażek, adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Złodziejom po łapkach

Złodziejom po łapkach

Nowelizacja ustawy o CIT i PIT, którą uchwalił dziś Sejm, ma pozwolić na ukrócenie procederu wyprowadzania zysków do rajów podatkowych. Teraz trafi ona pod obrady Senatu.

Ministerstwo finansów w uzasadnieniu aktu podkreśliło, że jego celem jest zwalczanie szkodliwej konkurencji ze strony niektórych państw oraz przeciwdziałanie odraczaniu lub unikaniu opodatkowania przy wykorzystaniu mechanizmu przesuwania dochodów do spółek zależnych zlokalizowanych w krajach o preferencyjnych systemach podatkowych.

Sedno nowelizacji stanowi wprowadzenie obowiązku ujmowania w dodatkowym zeznaniu podatkowym dochodów zagranicznych kontrolowanych spółek i objęcie ich 19-proc. podatkiem. Dochody z kontrolowanych spółek zagranicznych (tzw. CFC) będą opodatkowane w Polsce, jeżeli firma krajowa posiada w podmiocie zagranicznym ponad 25 proc. udziałów. Zasada ta będzie stosowana pod warunkiem, że podatek za granicą byłby niższy o co najmniej 25 proc. niż w Polsce, a spółka nie prowadzi tam rzeczywistej działalności.

Co więcej, za zagraniczną spółkę kontrolowaną uznany będzie każdy podmiot zarejestrowany w państwie wymienionym w ministerialnym wykazie krajów i terytoriów stosujących szkodliwą konkurencję podatkową – lub w kraju, z którym Polska nie wymienia informacji podatkowych. Nowe przepisy nie będą stosowane wobec podatników kontrolujących spółki mające siedzibę w państwach UE oraz należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, jeśli tylko będą one tam prowadziły rzeczywistą działalność. Dodatkowe wyłączenia obejmą m.in. zagraniczne spółki osiągające przychody mniejsze niż 250 tys. euro rocznie.

Zmiany dotkną także dywidendy (wyłączenie możliwości zwolnienia z podatku CIT dywidend czy wypłat z zysku, jeżeli nie podlegały one opodatkowaniu w państwie, w którym działa spółka je wypłacająca).

Za uchwaleniem ustawy, podobnej do rozwiązań stosowanych m.in. w Szwecji, Niemczech, Francji, USA czy Chinach, zagłosowało 437 posłów, przeciw było 3 (w tym Leszek Miller i Przemysław Wipler), a 2 wstrzymało się od głosu. Ma ona wejść w życie – z wyjątkami – 1 stycznia 2015 r.

Warto dodać, że podczas parlamentarnej debaty przywołano fakt, że według badań NBP w Polsce w 2010 r. najwięcej inwestowały podmioty z… Luksemburga i Cypru.

Drogie koszty utrzymania mieszkań w Polsce

Drogie koszty utrzymania mieszkań w Polsce

W Polsce koszt utrzymania mieszkań należy do najwyższych w Europie – takie dane Eurostatu przytacza „Dziennik Gazeta Prawna”. Na opłaty związane z ogrzewaniem, elektrycznością, wodą, odprowadzaniem nieczystości, wywozem śmieci, zarządzaniem nieruchomościami Polacy przeznaczają aż 1/5 zarobków.

Według badania, więcej na utrzymanie mieszkań wydają tylko Niemcy (22,2 proc.) i Słowacy (21,7 proc.). Nasz kraj zajmuje jedno z czołowych miejsc wśród 32 przebadanych krajów.

Jesteśmy liderem pod względem wydatków na bieżące konserwacje i remonty nieruchomości oraz energię. Jak podaje „DGP” koszty m.in. gazu i elektryczności mają aż 9,7-proc. udział w naszych wydatkach.

Jak tłumaczy cytowany przez „DGP” Bartosz Turek, kierownik działu analiz Lion’s Bank, kiepska pozycja Polski w zestawieniu nie świadczy o wysokich kosztach utrzymania mieszkań, ale raczej o naszych niskich zarobkach. – „Zgodnie z danymi Eurostatu w całym 2013 r. przeciętny Polak pracujący na etacie otrzymał na rękę ok. 7,4 tys. euro. Gorzej było tylko w pięciu europejskich krajach, a średnie wynagrodzenie w Unii było trzykrotnie wyższe” – zauważa.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność”

Nie tędy droga

Nie tędy droga

Wbrew nadziejom samorządowców fundusze unijne „same z siebie” nie tworzą miejsc pracy ani trwałych podstaw rozwoju gospodarczego biedniejszych obszarów – pokazują badania Uniwersytetu Warszawskiego.

Wyborcza.biz pisze, że samorządowcy w całej Polsce marzą o szeroko rozumianej infrastrukturze: drogach, chodnikach, ścieżkach rowerowych, wyremontowanych szkołach, przychodniach, nowych wodociągach, kanalizacji, dworcach. Właśnie na takie rzeczy przez ostatnie siedem lat wydali większość funduszy europejskich – i chcą wydawać kolejne miliardy. „Gdy będzie infrastruktura, wtedy przyjdzie do nas inwestor. Gdy przyjdzie inwestor, wtedy powstaną nowe miejsca pracy i będziemy się bogacić” – tak portal streszcza typowe myślenie lokalnych włodarzy.

Niestety, powyższej tezy nie potwierdzają statystyki. Naukowcy z Centrum Europejskich Stosunków Regionalnych i Lokalnych UW zbadali, które regiony dostają najwięcej pieniędzy z Unii w przeliczeniu na mieszkańca, na co je wydają oraz jak te wydatki wpłynęły na ich rozwój (PKB, liczbę miejsc pracy itd.). Okazuje się, że prorozwojowy efekt funduszy unijnych to tylko mit. Przykładowo, na mieszkańca woj. świętokrzyskiego przypadło blisko 3,5 tys., a na mieszkańca Dolnego Śląska – od 1,2 do 2,6 tys. zł. Tymczasem w latach 2007-11 realny PKB Dolnego Śląska wzrósł o ponad 30 proc., zaś regionu świętokrzyskiego o mniej więcej 10 proc. Dokładniejsza analiza pokazuje, że środki z Brukseli nie mają wpływu na powstawanie nowych miejsc pracy w powiatach czy wzrost dochodów gmin.

– „Nie były w stanie przyspieszyć wzrostu w regionach najsłabiej rozwiniętych na tyle, by mogły dogonić regiony lepiej rozwinięte” – mówi prof. Grzegorz Gorzelak, autor raportu. Co więcej, gdy spojrzeć na rozkład funduszy unijnych w obrębie poszczególnych województw, okazuje się, że najwięcej pieniędzy zgarniają największe ośrodki. – „Duże miasta wykazują większy potencjał absorpcyjny niż słabiej rozwinięte obszary. Nie jest też wykluczone, że – jak to działo się w okresie socjalizmu – władza silniej inwestowała »wokół siebie« niż na terenach dalej położonych od jej siedziby” – tłumaczy badacz.Gdy naukowcy spytali samorządowców o rezultaty dofinansowania, ponad połowa z nich stwierdziła, że unijne pieniądze mają przeciętny lub mały wpływ na rozwój gospodarczy, na konkurencyjność lokalnych przedsiębiorstw, powstawanie nowych miejsc pracy czy napływ inwestorów. Ale gdy spytano ich, co należałoby zmienić, praktycznie wszyscy odparli, że… dać więcej środków na lokalną infrastrukturę.

Portal podkreśla, że kierowanie zewnętrznych funduszy do regionów słabiej rozwiniętych z nadzieją, że dzięki temu automatycznie przyspieszymy tam rozwój gospodarczy, z reguły się nie sprawdza. – „Nie znam żadnego regionu na całym świecie, gdzie to by się udało, o ile na zasoby takich regionów nie pojawi się zewnętrzne zapotrzebowanie – inwestorów, turystów, wykształconych osób. Nieważne, czy będzie tam droga, czy nie, inwestor tam nie przyjedzie” – dodaje profesor. Dodaje, że dzięki infrastrukturze ludziom żyje się lepiej, ale zdynamizowanie regionalnej gospodarki wymaga raczej długofalowego i przemyślanego inwestowania m.in. w edukację.

Bilansowi naszego członkostwa w Unii Europejskiej poświęcona jest znaczna część „Nowego Obywatela” nr 63.

Koniecznie czytaj także tutaj.