Nielegalni, więc wykorzystywani

Nielegalni, więc wykorzystywani

Chętnych do nielegalnego zatrudniania cudzoziemców nie brakuje, ponieważ kontrole nie są w stanie wykryć wszystkich nadużyć, a grzywny nakładane na nieuczciwych pracodawców nie są wysokie.

Gazetaprawna.pl pisze, że raport „Pracownicy bez granic” (Employees Beyond Borders), przygotowany przez Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, ocenia wdrożenie przez Polskę dyrektywy sankcyjnej nr 2009/52/WE w zakresie minimalnych kar dla pracodawców zatrudniających nielegalnych imigrantów. Według różnych szacunków liczba takich osób w Polsce oscyluje pomiędzy 50 a 450 tys. Przybywają przede wszystkim z Europy Wschodniej, Chin i Wietnamu, zatrudnienie znajdują najczęściej w przemyśle, handlu i budownictwie oraz jako pomoc domowa.

Kontrole Państwowej Inspekcji Pracy wykazały, że najbardziej skłonne do zatrudniania imigrantów bez umowy były mikrofirmy (do 9 pracowników); liczbę pracujących w prywatnych domach bez wymaganej zgody starosty trudno ocenić. PIP może ukarać za nielegalne zatrudnienie cudzoziemca grzywną w wysokości zaledwie 3-5 tys. zł (10 tys. zł w przypadku uporczywego naruszania przepisów). Jeśli jednak nielegalne zatrudnienie ma charakter wykorzystywania lub handlu ludźmi – grozi za to nawet 3-letnie więzienie. Z kolei ten, kto zatrudnia obcokrajowca nielegalnie przebywającego w Polsce jako osoba fizyczna, może zapłacić do 10 tys. zł. Od 2012 r. pracodawca ma obowiązek sprawdzić, czy cudzoziemiec, którego zatrudnia, przebywa w Polsce legalnie.

Obcokrajowiec, który nie otrzymał za swoją pracę wynagrodzenia, może – nawet jeśli przebywał w Polsce nielegalnie – skorzystać z ochrony prawnej. Ustawa, która implementowała przepisy wspomnianej dyrektywy, w takich wypadkach wprowadza domniemanie 3-miesięcznego zatrudnienia (chyba że dowody wskażą co innego).

W podsumowaniu raportu autorzy sugerują kilka zmian w przepisach, m.in. stworzenie prostych i szybkich ścieżek legalizacji pobytu przedstawicieli niektórych zawodów, np. sprzątaczek, pracowników sezonowych czy budowlanych. Przekonują także, że służby kontrolne powinny pełnić również funkcję edukacyjną, a nie wyłącznie karząca.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Biedny i schorowany? Niech cierpi

Biedny i schorowany? Niech cierpi

Tuż przed udaniem się na wakacje senatorowie odrzucili projekt ustawy przyznającej najbiedniejszym emerytom i rencistom prawo do bezpłatnych leków refundowanych.

„Fakt” pisze, że darmowe lekarstwa miały trafić do tych, którzy na miesiąc od państwa dostają nie więcej niż 844 zł 45 gr brutto (minimalna emerytura) i ukończyli 75 lat. – „Chcieliśmy ulżyć najbiedniejszym. Ludziom, którzy muszą przeżyć za 700 zł miesięcznie. Oni leków nie kupują, bo ich nie stać. A przecież chorują i cierpią tak samo jak inni” – mówi Włodzimierz Wołoszyński ze Stowarzyszenia Dzieci Wojny, które apelowało do władz o bezpłatne leki dla seniorów.

Niestety, senatorowie okazali się bezduszni. Na 76 głosujących aż 49 sprzeciwiło się takiej pomocy cierpiącym. – „Myślą tylko o własnej wygodzie i przywilejach. Starszych ludzi nie szanują” – nie kryje żalu Wołoszyński. – „Przegraliśmy głosowanie, bo senatorowie PO byli przeciwko darmowym lekom. Oczywiście poszło o pieniądze” – komentuje senator Robert Mamątow z PiS.

Roczny koszt bezpłatnych leków dla ok. miliona najbiedniejszych emerytów to 200 mln zł. W skali państwa nie jest to dużo – przekonuje gazeta.

Nożyce szeroko rozwarte

Nożyce szeroko rozwarte

Najbogatsi mieszkańcy globu są jeszcze bardziej majętni niż wynikało z dotychczasowych pomiarów – taki wniosek wypływa z najnowszych badań.

Forsal.pl za Bloombergiem podaje, że niezależne od siebie badania, prowadzone przez Philipa Vermeulena, ekonomistę z Europejskiego Banku Centralnego, oraz Gabriela Zucmana z London School of Economics, pokazują, że majątki krezusów są skutecznie poukrywane pod osłoną rajów podatkowych. Co więcej, bogacze unikają ankiet na temat poziomu ich bogactwa.

Korekta danych o dochodach najbogatszych prawie całkowicie niweluje postępy, które miały się dokonać w latach 1988-2008 jeśli chodzi o zmniejszanie różnic dochodowych pomiędzy nimi a najbiedniejszymi – wynika z badań Banku Światowego. Nieumiejętność w pozyskiwaniu trafnych pomiarów bogactwa oznacza, że ekonomiści i politycy nie zdają sobie sprawy ze skali istniejących różnic dochodowych, a co za tym idzie nie umieją podjąć odpowiednich działań, które mogłyby im przeciwdziałać, np. w sferze podatkowej – uważa Zucman. – „Jeśli nie wiesz, jak wygląda świat, ciężko jest wówczas określić, jakie mogą być efekty polityk państwa” – twierdzi Carter Price, starszy matematyk z Centrum Sprawiedliwego Wzrostu (Center for Equitable Growth) z Waszyngtonu.

Najbogatsi Amerykanie – 0,1 proc. społeczeństwa z majątkami wartymi co najmniej 20 mln dol. – w 2012 r. posiadali 23,5 proc. całego bogactwa USA. Dane te uzyskano już po korekcie o środki, które mogą być ukrywane w rajach podatkowych. Wcześniej odsetek ten szacowano na 21,5 proc. – wyjaśnia Zucman. Do podobnych wniosków doszedł Vermeulen. W świetle wyników jego badań, opublikowanych w lipcu tego roku, 1 proc. najbogatszych Amerykanów posiadał od 35 do 37 proc. bogactwa kraju w 2010 r. To więcej niż szacowane przez Rezerwę Federalną 34 proc. – „Większa koncentracja dochodów i bogactwa najbogatszych mogłaby pomóc wyjaśnić, dlaczego poziom wydatków konsumpcyjnych po zakończeniu recesji w czerwcu 2009 r. odbijał się bardzo powoli” – komentuje prof. Joseph Stiglitz. – „Niektóre problemy z systemem gospodarczym są powiązane z prawdziwym poziomem nierówności, a nie tym oficjalnym, mierzonym” – dodaje noblista.

Błędna ocena wartości majątków elit pieniądza może być większym problemem w Europie niż w USA. Na Startym Kontynencie bowiem ok. 10 proc. majątków najbogatszych znajduje się w rajach podatkowych, w USA jest to „tylko” ok. 4 proc. – wynika z badań. Plutokraci swoje zasoby lokują także w fundacjach i spółkach-córkach, co utrudnia obliczenia. Możliwe zatem, że niektóre kraje europejskie, a w szczególności Wielka Brytania, są równie lub nawet bardziej niż Stany Zjednoczone dotknięte problemem nierówności – dodaje Zucman.

Porozmawiajmy o umowach

Porozmawiajmy o umowach

Rząd chce „ozusować” umowy-zlecenia, by zwiększyć liczbę osób odprowadzających składki emerytalne. Tymczasem ekspert Instytutu Badań Strukturalnych zachęca do rozważenia alternatywnego rozwiązania, którym jest wprowadzenie instytucji kontraktu na pracę.

– „Jeden kontrakt jest koncepcją zaproponowaną kilka lat temu przez włoskich ekonomistów, mającą być odpowiedzią na problem istnienia na rynku pracy dwóch grup pracowników – jednej zatrudnionej na umowę o pracę, drugiej zatrudnionej czasowo” – tłumaczy Piotr Lewandowski na łamach PulsHR.pl. – „Idea takiego kontraktu polega na tym, że w miejsce obecnych rozwiązań, w których pracownik zatrudniony na umowę etatową od razu dostaje katalog uprawnień, które zniechęcają pracodawców do zatrudniania na etat, otrzymywał te uprawnienia w miarę upływu czasu”. Po trzech latach zatrudnienia na kontrakcie dochodzi się do pełni praw przysługujących przy obecnej umowie o pracę.

– „Uważamy jednocześnie, że z umów-zleceń i o dzieło powinno się w ogóle zrezygnować” – mówi ekspert. Jak tłumaczy, Polska jest jedynym krajem w Europie, gdzie ktoś może wykonywać swoje obowiązki jak normalny pracownik i nie mieć odprowadzanych żadnych składek. Precyzuje, przy jednym kontrakcie warunki związane z ubezpieczeniem społecznym byłyby takie same jak przy umowie o pracę. Wiążący się z tym wzrost kosztów pracy mógłby być złagodzony podniesieniem kosztów uzyskania przychodu. Spowoduje to, że przy tym samym wynagrodzeniu brutto pracownik na kontrakcie zarabiałby „na rękę” więcej, bo płaciłby mniej podatku dochodowego. Do listy korzyści należy dopisać fakt, że jeden kontrakt ułatwia zarządzanie zasobami pracy. – „Obecnie w Polsce zbyt często firmy zarządzają pracownikami groźbą zwolnienia” – dodaje Lewandowski.

Ekspert IBS przekonuje ponadto, że warto rozważyć zmianę tych przepisów Kodeksu pracy, które nie pomagają pracownikom, a podnoszą koszty pracy. Dobrym przykładem jest obowiązek przechowywania dokumentacji pracowniczej w formie papierowej. – „Mamy 10 podobnych propozycji” – mówi specjalista.