Stop rozbiórkom altan!

Stop rozbiórkom altan!

Polski Związek Działkowców apeluje o wsparcie dla obywatelskiej akcji sprzeciwu wobec „delegalizacji” nawet 900 tys. altan stojących na terenie rodzinnych ogrodów działkowych.

Na początku roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok stawiający pod znakiem zapytania dalsze istnienie prawie wszystkich altan w ogrodach działkowych. NSA poparł stanowisko nadzoru budowlanego, iż z ustawy prawo budowlane wynika, że bez decyzji o pozwoleniu na budowę w ogrodzie działkowym można postawić jedynie altanę pozbawioną litych ścian. Wszystkie obiekty niespełniające tych warunków są według nadzoru budowlanego samowolą budowlaną. „Od 9 stycznia br. praktycznie każdy z działkowców powinien więc mieć świadomość, że – w opinii urzędników – złamał prawo budowlane. Aby uniezależnić się od uznaniowych decyzji urzędników musimy doprowadzić do nowelizacji prawa budowlanego” – pisze PZD.

Organizacja wyjaśnia, że obywatelska inicjatywa ustawodawcza jest konieczna, gdyż 6 miesięcy po kontrowersyjnym wyroku, pomimo nagłośnienia sprawy przez media, żaden z podmiotów władzy publicznej nie skierował nowelizacji do Sejmu. Związek przypomina, że wcześniej dzięki zebraniu miliona podpisów obywateli pod projektem ustawy o rodzinnych ogrodach działkowych, uchwalonym przez Sejm 13 grudnia 2013 r., udało się ocalić tę cenną formę zielonych terenów rekreacyjnych.

Obywatelski projekt zakłada, że budynki rekreacyjno-wypoczynkowe o powierzchni zabudowy do 35 m2 i wysokości 5 m (przy dachu płaskim 4 m) nie będą objęte obowiązkiem uzyskania pozwolenia na budowę. Co najważniejsze, ustawa objęłaby ochroną także obiekty zbudowane dotychczas. Stowarzyszenie pyta przy okazji, gdzie był nadzór budowlany przez poprzednie dziesięciolecia i co spowodowało przebudzenie urzędników. „Czy ta swoista »wtórna« delegalizacja postępowania miliona polskich działkowców ma coś wspólnego z ponawianymi od kilku lat próbami ograniczania ochrony prawnej ogrodów i ich wykreślaniem z planów zagospodarowania miast? Czy rację mają ci, którzy twierdzą, że niespodziewana wolta w interpretacji prawa budowlanego ma obniżyć koszty likwidacji ROD na cele komercyjne – bo kto zapłaci działkowcom za »nielegalne« altany? A może chodzi o »obcięcie« kosztów państwa i miast przy likwidacji ROD z powodu roszczeń byłych właścicieli, np. w Warszawie, w której znajduje się altana objęta kontrowersyjnym wyrokiem NSA?”.

Związek pisze, że wiarygodnej odpowiedzi na powyższe pytania raczej się nie doczekamy, jednak zamiast przyglądać się rozwojowi wypadków lepiej przejść do legislacyjnej kontrofensywy, pod hasłem „Stop rozbiórkom altan!”.

Więcej na temat sprawy można przeczytać tutaj, zaś informacje o możliwościach włączenia się w zbiórkę podpisów znajdują się pod tym adresem.

„Nowym Obywatelu” nr 64 opublikowaliśmy obszerny tekst na temat rodzinnych ogrodów działkowych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Biedny i schorowany? Niech cierpi

Biedny i schorowany? Niech cierpi

Tuż przed udaniem się na wakacje senatorowie odrzucili projekt ustawy przyznającej najbiedniejszym emerytom i rencistom prawo do bezpłatnych leków refundowanych.

„Fakt” pisze, że darmowe lekarstwa miały trafić do tych, którzy na miesiąc od państwa dostają nie więcej niż 844 zł 45 gr brutto (minimalna emerytura) i ukończyli 75 lat. – „Chcieliśmy ulżyć najbiedniejszym. Ludziom, którzy muszą przeżyć za 700 zł miesięcznie. Oni leków nie kupują, bo ich nie stać. A przecież chorują i cierpią tak samo jak inni” – mówi Włodzimierz Wołoszyński ze Stowarzyszenia Dzieci Wojny, które apelowało do władz o bezpłatne leki dla seniorów.

Niestety, senatorowie okazali się bezduszni. Na 76 głosujących aż 49 sprzeciwiło się takiej pomocy cierpiącym. – „Myślą tylko o własnej wygodzie i przywilejach. Starszych ludzi nie szanują” – nie kryje żalu Wołoszyński. – „Przegraliśmy głosowanie, bo senatorowie PO byli przeciwko darmowym lekom. Oczywiście poszło o pieniądze” – komentuje senator Robert Mamątow z PiS.

Roczny koszt bezpłatnych leków dla ok. miliona najbiedniejszych emerytów to 200 mln zł. W skali państwa nie jest to dużo – przekonuje gazeta.

Nożyce szeroko rozwarte

Nożyce szeroko rozwarte

Najbogatsi mieszkańcy globu są jeszcze bardziej majętni niż wynikało z dotychczasowych pomiarów – taki wniosek wypływa z najnowszych badań.

Forsal.pl za Bloombergiem podaje, że niezależne od siebie badania, prowadzone przez Philipa Vermeulena, ekonomistę z Europejskiego Banku Centralnego, oraz Gabriela Zucmana z London School of Economics, pokazują, że majątki krezusów są skutecznie poukrywane pod osłoną rajów podatkowych. Co więcej, bogacze unikają ankiet na temat poziomu ich bogactwa.

Korekta danych o dochodach najbogatszych prawie całkowicie niweluje postępy, które miały się dokonać w latach 1988-2008 jeśli chodzi o zmniejszanie różnic dochodowych pomiędzy nimi a najbiedniejszymi – wynika z badań Banku Światowego. Nieumiejętność w pozyskiwaniu trafnych pomiarów bogactwa oznacza, że ekonomiści i politycy nie zdają sobie sprawy ze skali istniejących różnic dochodowych, a co za tym idzie nie umieją podjąć odpowiednich działań, które mogłyby im przeciwdziałać, np. w sferze podatkowej – uważa Zucman. – „Jeśli nie wiesz, jak wygląda świat, ciężko jest wówczas określić, jakie mogą być efekty polityk państwa” – twierdzi Carter Price, starszy matematyk z Centrum Sprawiedliwego Wzrostu (Center for Equitable Growth) z Waszyngtonu.

Najbogatsi Amerykanie – 0,1 proc. społeczeństwa z majątkami wartymi co najmniej 20 mln dol. – w 2012 r. posiadali 23,5 proc. całego bogactwa USA. Dane te uzyskano już po korekcie o środki, które mogą być ukrywane w rajach podatkowych. Wcześniej odsetek ten szacowano na 21,5 proc. – wyjaśnia Zucman. Do podobnych wniosków doszedł Vermeulen. W świetle wyników jego badań, opublikowanych w lipcu tego roku, 1 proc. najbogatszych Amerykanów posiadał od 35 do 37 proc. bogactwa kraju w 2010 r. To więcej niż szacowane przez Rezerwę Federalną 34 proc. – „Większa koncentracja dochodów i bogactwa najbogatszych mogłaby pomóc wyjaśnić, dlaczego poziom wydatków konsumpcyjnych po zakończeniu recesji w czerwcu 2009 r. odbijał się bardzo powoli” – komentuje prof. Joseph Stiglitz. – „Niektóre problemy z systemem gospodarczym są powiązane z prawdziwym poziomem nierówności, a nie tym oficjalnym, mierzonym” – dodaje noblista.

Błędna ocena wartości majątków elit pieniądza może być większym problemem w Europie niż w USA. Na Startym Kontynencie bowiem ok. 10 proc. majątków najbogatszych znajduje się w rajach podatkowych, w USA jest to „tylko” ok. 4 proc. – wynika z badań. Plutokraci swoje zasoby lokują także w fundacjach i spółkach-córkach, co utrudnia obliczenia. Możliwe zatem, że niektóre kraje europejskie, a w szczególności Wielka Brytania, są równie lub nawet bardziej niż Stany Zjednoczone dotknięte problemem nierówności – dodaje Zucman.

Porozmawiajmy o umowach

Porozmawiajmy o umowach

Rząd chce „ozusować” umowy-zlecenia, by zwiększyć liczbę osób odprowadzających składki emerytalne. Tymczasem ekspert Instytutu Badań Strukturalnych zachęca do rozważenia alternatywnego rozwiązania, którym jest wprowadzenie instytucji kontraktu na pracę.

– „Jeden kontrakt jest koncepcją zaproponowaną kilka lat temu przez włoskich ekonomistów, mającą być odpowiedzią na problem istnienia na rynku pracy dwóch grup pracowników – jednej zatrudnionej na umowę o pracę, drugiej zatrudnionej czasowo” – tłumaczy Piotr Lewandowski na łamach PulsHR.pl. – „Idea takiego kontraktu polega na tym, że w miejsce obecnych rozwiązań, w których pracownik zatrudniony na umowę etatową od razu dostaje katalog uprawnień, które zniechęcają pracodawców do zatrudniania na etat, otrzymywał te uprawnienia w miarę upływu czasu”. Po trzech latach zatrudnienia na kontrakcie dochodzi się do pełni praw przysługujących przy obecnej umowie o pracę.

– „Uważamy jednocześnie, że z umów-zleceń i o dzieło powinno się w ogóle zrezygnować” – mówi ekspert. Jak tłumaczy, Polska jest jedynym krajem w Europie, gdzie ktoś może wykonywać swoje obowiązki jak normalny pracownik i nie mieć odprowadzanych żadnych składek. Precyzuje, przy jednym kontrakcie warunki związane z ubezpieczeniem społecznym byłyby takie same jak przy umowie o pracę. Wiążący się z tym wzrost kosztów pracy mógłby być złagodzony podniesieniem kosztów uzyskania przychodu. Spowoduje to, że przy tym samym wynagrodzeniu brutto pracownik na kontrakcie zarabiałby „na rękę” więcej, bo płaciłby mniej podatku dochodowego. Do listy korzyści należy dopisać fakt, że jeden kontrakt ułatwia zarządzanie zasobami pracy. – „Obecnie w Polsce zbyt często firmy zarządzają pracownikami groźbą zwolnienia” – dodaje Lewandowski.

Ekspert IBS przekonuje ponadto, że warto rozważyć zmianę tych przepisów Kodeksu pracy, które nie pomagają pracownikom, a podnoszą koszty pracy. Dobrym przykładem jest obowiązek przechowywania dokumentacji pracowniczej w formie papierowej. – „Mamy 10 podobnych propozycji” – mówi specjalista.