Mądry Norweg po szkodzie

Mądry Norweg po szkodzie

Przykłady z Zachodu i Północy pokazują, że tzw. remunicypalizacja usług publicznych, czyli ich przejmowanie przez władze lokalne po okresie prywatyzacji i podzlecania, przynosi świetne efekty społeczne i ekonomiczne.

Dr Dawid Sześciło pisze na stronie Instytutu Obywatelskiego, że prywatyzacja (w tym kontraktowanie) usług publicznych okazała się mieć tyle skutków ubocznych, że dziś nie sposób obronić tezy, że jest to najlepszy znany sposób zaspokajania potrzeb lokalnych społeczności. Nierzadko jest to sposób najgorszy – powierzając prywatnemu operatorowi zarządzanie samorządową szkołą, wodociągami czy szpitalem, ryzykujemy ograniczenie dostępności usług, wzrost kosztów i spadek jakości.

Sześciło dowodzi, że bodaj najbardziej konsekwentnym i udanym pomysłem na odzyskanie usług publicznych dla lokalnej społeczności może się pochwalić norweskie Trondheim. „Pomysł wyszedł od lokalnej federacji związków zawodowych, która przed wyborami samorządowymi w 2002 r. opracowała i przedstawiła wszystkim partiom politycznym 19-punktowy plan nastawiony głównie na odwrócenie reform, które lokalny system usług publicznych oparły na masowym kontraktowaniu. Wybory zakończyły się zwycięstwem ugrupowań, które wcześniej podpisały się pod większością postulatów związkowców. Szybko przystąpiono do ich realizacji. Miasto odkupiło udziały w sprywatyzowanym miejskim przedsiębiorstwie autobusowym, cofnęło decyzję o sprzedaży prywatnemu inwestorowi sieci miejskich kin i nie przedłużyło kontraktu na prowadzenie przez prywatną spółkę domu opieki dla osób starszych. Zwiększono fundusze na inwestycje w szkołach i wsparcie osób poszukujących pracy. Zadbano też o nowe gwarancje partycypacji obywateli w podejmowaniu kluczowych decyzji dotyczących lokalnego systemu usług publicznych” – pisze badacz z Zakładu Nauki Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje, że w Norwegii filozofia odwrotu od polityki outsourcingu przebiła się do programu rządu: w 2005 r., tuż przed wyborami parlamentarnymi, późniejszy premier Jens Stoltenberg ogłosił: „Trondheim jest dla nas inspiracją”.

Dalej czytamy, że w niemieckim Bergkamen sprywatyzowana kilkanaście lat wcześniej spółka odpowiedzialna za odbiór i przetwarzanie odpadów komunalnych została odkupiona przez samorząd, co pozwoliło na spadek o 30 proc. kosztów ponoszonych przez gminę i mieszkańców przy zachowaniu stanu zatrudnienia i poziomu płac w owej spółce. Z kolei w Paryżu już w pierwszym roku po remunicypalizacji zaopatrzenia w wodę miasto zaoszczędziło ponad 30 mln euro, będąc jednocześnie w stanie zredukować opłaty za wodę o 8 proc. Sześciło podaje, że w ślad za stolicą ponad czterdzieści gmin zdecydowało się nie przedłużać umów z operatorami sieci wodociągowej, a ponadto tamtejsze samorządy zaczęły wycofywać się z kontraktów, na podstawie których prywatni przewoźnicy obsługiwali miejskie linie autobusowe.

Z kolei w Finlandii, wedle badań z 2011 r., co najmniej 1/5 samorządów lokalnych zdecydowała się na przywrócenie publicznej kontroli nad przedsiębiorstwami świadczącymi rozmaite usługi, lub na porzucenie outsourcingu na rzecz zapewniania usług przez osoby zatrudniane w przedsiębiorstwach samorządowych (sprzątanie, usługi z zakresu pomocy społecznej, prowadzenie stołówek szkolnych itd.).

„W Polsce możemy znów odebrać naszą »premię za zapóźnienie«, tzn. uniknąć błędów związanych z bezładną prywatyzacją usług publicznych. Nie poszliśmy w tej kwestii jeszcze zbyt daleko, jeśli porównać nas z innymi państwami europejskimi” – pisze dr Sześciło. „W wymarzonej samorządowej kampanii wyborczej ten temat widzę na samym szczycie agendy debaty publicznej. Remunicypalizacja usług publicznych to może mało atrakcyjne hasło na kampanię, ale pomysł, w którym da się ująć niemal wszystkie najważniejsze dla każdego wyborcy sprawy”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Co trzeciego pacjenta nie stać na wykupienie przepisanych lekarstw

Co trzeciego pacjenta nie stać na wykupienie przepisanych lekarstw

Polskich emerytów nie stać na refundowane leki, mimo że są one tańsze niż w innych państwach Unii Europejskiej. Powodem są bardzo niskie emerytury naszych seniorów. Pod tym względem jesteśmy w ogonie UE.

Piotr Brukiewicz, prezes Śląskiej Izby Aptekarskiej przyznaje, że w Polsce ceny leków refundowanych należą do jednych z najniższych w Europie. I jest to niestety jedyna dobra informacja, bo sporej grupy emerytów i tak nie stać na wykupienie recept. – „Z przyczyn ekonomicznych dla wielu osób starszych leczenie przewlekłych chorób, polegające na systematycznym zażywaniu leków, jest trudne do zrealizowania. Mimo że lekarstwa są refundowane, a ich cena należy do najniższych w Europie, to odpłatność pacjenta i tak jest dość wysoka w porównaniu z możliwościami finansowymi ludzi starszych. Sprawa komplikuje się wtedy, gdy dana osoba choruje na więcej niż jedno schorzenie, co w starszym wieku ma często miejsce” – mówi Piotr Brukiewicz. Według lekarzy ok. 90 proc. osób po 70. roku życia cierpi na jakąś przewlekłą chorobę. Najczęściej jest to cukrzyca, nadciśnienie lub choroba układu krążenia. Zaniechanie leczenia tego typu chorób może prowadzić do poważnych, bardzo groźnych powikłań.

Rezygnuje co trzeci
Tymczasem jak wynika z badań przeprowadzonych przez Naczelną Izbę Aptekarską, w Polsce z realizacji recepty rezygnuje co trzeci pacjent. Ponad połowę spośród tych, którzy odchodzą od okienek z kwitkiem, stanowią emeryci i renciści. Zdaniem NIA problem z roku na rok staje się poważniejszy. Jeszcze w 2009 r. 25 proc. pacjentów przyznawało się, że nie wykupiło leków. Obecnie jest ich ponad 33 proc. – „Zdarza się, że ludzie starsi najpierw pytają o cenę wszystkich leków przepisanych przez lekarza, a potem z części z nich rezygnują. Decydują się na te, bez których we własnej ocenie nie są w stanie funkcjonować. Są też tacy, którzy po usłyszeniu ceny mówią, że przyjdą później, ale nie pojawiają się wcale” – mówi pracownica jednej z jaworznickich aptek. Podkreśla, że ludzie starsi coraz częściej przyznają się do tego, że nie stać ich na leki. Seniorzy w innych krajach UE takiego problemu nie mają. W Polsce średnia emerytura wynosi ok. 1,9 tys. zł brutto. W Niemczech po przeliczeniu 8,1 tys. zł, w Danii 7,2 tys. zł, a w Wielkiej Brytanii 6,2 tys. zł.

Inni pomagają
Z jednej strony polscy emeryci mają jedne z najniższych świadczeń w Europie, z drugiej – państwo im nie pomaga. Innym krajom europejskim udało się wypracować systemy wsparcia seniorów. Przykładem może być tutaj m.in. Grecja oraz Hiszpania, Holandia czy Wielka Brytania. W Grecji pacjenci za leki na receptę płacą maksymalnie 25 proc. ich ceny. W Hiszpanii emeryci i renciści mają prawo do darmowych leków. W Holandii leki są w pełni refundowane. Pacjent płaci tylko wtedy, gdy istnieje tańszy odpowiednik danego leku, a on chciałby otrzymać ten droższy. W takiej sytuacji jest zobligowany do pokrycia różnicy w cenie między oboma medykamentami. Inne rozwiązania przyjęły Niemcy i Wielka Brytania. Za naszą zachodnią granicą za lekarstwa nie płacą kobiety w ciąży oraz dzieci do 18. roku życia. Natomiast cena leków dla pozostałych pacjentów nie może być wyższa niż 10 euro, czyli ok. 42 zł. W Wielkiej Brytanii oprócz dzieci do 18. roku życia i ciężarnych kobiet prawo do leków w pełni refundowanych mają emeryci. Pozostali chorzy za każdy przepisany lek płacą po 6,40 funta, to w przeliczeniu ok. 34 zł.

Senatorowie PO odrzucili
W Polsce również pojawił się projekt ustawy, który zakładał, że najbiedniejsi emeryci i renciści po ukończeniu 75 lat będą mieli prawo do darmowych leków. Jednak na ostatnim przed wakacjami posiedzeniu wyższej izby parlamentu, senatorowie PO wrzucili ten projekt do kosza. Wniosek o odrzucenie ustawy złożył senator Jan Filip Libicki, niepełnosprawny polityk, który jest m.in. członkiem Senackiej Komisji Rodziny, Polityki Senioralnej i Społecznej. Jak wynika z informacji umieszczonych na stronie Senatu, komisja ta powinna zajmować się polityką socjalną państwa oraz polityką państwa dotyczącą osób starszych.

Agnieszka Konieczny

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego

Kto dłużej pracuje, niech dłużej odpoczywa

Kto dłużej pracuje, niech dłużej odpoczywa

Unijni urzędnicy chcą wydłużenia urlopów w tych krajach, w których wiek emerytalny wynosi 67 lat lub więcej, a więc również w Polsce.

„Głos Wielkopolski” pisze, że podniesienie wieku emerytalnego ma uratować system świadczeń, jednak część polityków i urzędników doszła do wniosku, że trzeba ludziom pracy dać coś w zmian – najlepiej dodatkowy urlop. W Brukseli trwają prace nad przygotowaniem nowej dyrektywy w tej sprawie. Zgodnie z nowymi przepisami pracownikowi będzie przysługiwało 35 lub 37 dni urlopu rocznie (w zależności od tego, czy wiek emerytalny wynosi 67, czy 68 lat).

– „Z tymi nowymi przepisami jeszcze się nie zapoznałam” – mówi Krystyna Łybacka, wielkopolska posłanka do Parlamentu Europejskiego. – „Jednak w UE jest zbyt dużo dysproporcji w liczbie dni wolnych, czy też możliwości przechodzenia na emeryturę”. Wystąpiła więc do Komisji Europejskiej z pytaniami dotyczącymi możliwości wprowadzenia bardziej jednolitych przepisów. – „Chodzi szczególnie o zawody, do wykonywania których trzeba w różnych krajach przejść podobne szkolenia lub mieć stosowne uprawnienia” – wyjaśnia. Przykładowo, pielęgniarki wszędzie muszą mieć uprawnienia do wykonywania zawodu, a jednak w różnych krajach na emeryturę przechodzą w różnym wieku. – „W Polsce jak będą miały 67 lat, a w niektórych krajach wiek emerytalny osiągają już w 55. roku życia. Jest to niesprawiedliwe i potrzebne są zmiany” – stwierdza Łybacka.

Propozycje zmian mają zostać doprecyzowane w tym roku, później zostaną przedstawione europarlamentarzystom.

Kierunek konsolidacja?

Kierunek konsolidacja?

Rząd wstrzymał się z oszczędnościowymi cięciami w górnictwie i analizuje związkowy pomysł na konsolidację branży.

Po raz kolejny spotkanie premiera Donalda Tuska z przedstawicielami związków zawodowych działających w górnictwie nie zaowocowało decyzjami, które mogłyby pomóc branży wyjść z kryzysu. Dobrą wiadomością jest to, że nie zapadły też decyzje mogące górnictwo pogrążyć. A w ocenie związkowców taki scenariusz był kreślony. Mowa o programie naprawczym przygotowanym przez zarząd Kompanii Węglowej, który – jak zaznacza NSZZ „Solidarność” – sprowadza się do „ślepych cięć i likwidacji”. Co gorsza, analizy pokazują, że podobne działania miałyby być podejmowane w innych spółkach węglowych.

Jakby tego było mało, rządowi eksperci chętnie dokonaliby zmian właścicielskich, które de facto zakończyłyby się wyniszczającą walką o przetrwanie pomiędzy kopalniami. Rząd postanowił jednak wziąć oddech i przemyśleć alternatywne rozwiązanie dla branży, które przygotowali związkowcy. Chodzi o konsolidację branży górniczej. Polegałaby ona na powołaniu na bazie Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego jednego podmiotu z udziałem Węglokoksu. Kolejnym krokiem byłoby połączenie takiego konsorcjum z sektorem energetycznym. Takie rozwiązanie w ocenie „Solidarności” rozstrzygnęłoby problem konkurencyjności cenowej polskiego węgla, bo wyeliminowałoby pośredników w handlu nim. Nad propozycją zastanowi się teraz zespół roboczy złożony z przedstawicieli rządu, związków zawodowych i pracodawców. Jego prace potrwają około tygodnia. Później dojdzie do kolejnego spotkania z premierem.

Jak zaznacza w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Dominik Kolorz, szef śląsko-dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”, jest duża szansa, że szczegółowe rozwiązania, jakie zaprezentuje związek, zostaną poddane rzeczowej analizie. – „Jest to rozwiązanie, na które musieliśmy być przygotowani w kontekście złych społecznie pomysłów prezesów spółek węglowych, sądzę, że po cichu wspieranych przez organ właścicielski” – ocenia. W jego przekonaniu, konsolidacja jest rozwiązaniem ekonomicznie uzasadnionym, choć zapewne pojawi się wiele głosów przeciwnych konkretnym rozwiązaniom, związanych m.in. z faktem, że ograniczone zostaną możliwości obsadzania swoich ludzi na intratnych stanowiskach i żerowania na górnictwie.

– „Spodziewamy się tego, że nastąpi gremialny atak na naszą koncepcję, ale ona ma silne podstawy. Cztery lata temu z naszej strony wyszły podobne pomysły na konsolidację branży. Wówczas gospodarczo naszych pomysłów nikt nie był w stanie zakwestionować, ale wygrała polityka i interesy tzw. górniczego establishmentu” – przypomina nasz rozmówca.

Równolegle trwają prace nad innymi rozwiązaniami, które odbiją się na kondycji branży. To m.in. szczegóły ekonomiczno-finansowe dla górnictwa czy ustalenia w sprawie tzw. polskiego miksu energetycznego. Tu jednak decyzje będą zapadały pod koniec roku, po unijnym szczycie klimatyczno-energetycznym. Pojawiły się za to nowe propozycje związane z ograniczeniem nadmiernego importu węgla z Rosji. Te jednak muszą zostać przedyskutowane na forum Międzyresortowego Zespołu ds. Funkcjonowania Górnictwa Węgla Kamiennego.

Górnicze związki otrzymały też zapewnienie, że branża znajdzie się na liście podmiotów strategicznych dla polskiej gospodarki. Jak tłumaczył rząd, aktualny wykaz 22 spółek przygotowywał minister Skarbu Państwa i umieścił w nim tylko podmioty będące w jego nadzorze właścicielskim. Kopalnie, jak tłumaczono, leżą w kompetencji ministra gospodarki i to jego zadaniem będzie uzupełnienie listy o firmy górnicze.

Marcin Austyn

_____

Przedruk za stroną „Naszego Dziennika”