Nie mają wody? Niech piją szampana!

Nie mają wody? Niech piją szampana!

Sejmowa podkomisja odrzuciła propozycję zmian w prawie, które miały zniechęcić właścicieli kamienic do ich „czyszczenia” poprzez odcinanie lokatorom wody.

Gazeta.pl pisze, że wspomniana metoda jest nawet skuteczniejsza w zmuszaniu do wyprowadzki niż zastraszanie czy podrzucanie robaków: mało kto wytrzymuje dłużej niż kilka tygodni. Nadzór budowlany może zmusić kamienicznika np. do naprawienia wyciętych rur, ale nie może mu nakazać wznowienia dostaw wody. Dlatego poznański poseł PiS Tadeusz Dziuba zgłosił projekt legislacyjny, który przewidywał, że jeśli w budynku mieszkalnym odcięto celowo wodę i może to zagrażać zdrowiu lub życiu lokatorów, prokuratura na zawiadomienie nadzoru budowlanego będzie występować do sądu z pozwem o uruchomienie instalacji. – „Sąd w ramach zabezpieczenia powództwa mógłby w ciągu kilku dni nakazać właścicielowi włączenie wody. To skutecznie utrudniłoby pracę »czyścicieli«” – przekonywał Dziuba.

Projekt, złożony w Sejmie półtora roku temu, został właśnie rozpatrzony przez powołaną w tym celu podkomisję. Jej przewodniczący, poseł PO Tadeusz Jarmuziewicz, złożył wniosek o odrzucenie projektu, powołując się na negatywnie opinie rządu i sejmowych prawników. Ci ostatni uznali, że zmiany w prawie są niepotrzebne, a bez wody da się żyć. Twierdzili, że mieszkańcy „mogą przynieść wodę do picia z zewnątrz”, „dla zachowania higieny mogą udać się do znajomych lub rodziny”, mogą też się wyprowadzić (sic!).

Z kolei wiceminister infrastruktury Janusz Żbik argumentował, że nadzór budowlany nie ma uprawnień śledczych, a takie są potrzebne, by ocenić, z jakim zamiarem odcięto wodę. Nie przekonały go argumenty posła Dziuby, że inspektorzy nie muszą rozstrzygać, czy zrobiono to celowo, wystarczy, że mieliby takie podejrzenie – dalsze działania podejmowałaby prokuratura.

Karina Bednik, przedstawicielka Ministerstwa Sprawiedliwości, przekonywała, że „zakręcenie kurka trudno uznać za przestępstwo”. Jej również nie przekonał poznański parlamentarzysta, który mówił, że chodzi przecież o wystąpienie na drogę cywilną i że już dziś prokuratorzy mogą to robić – chodzi tylko o to, by w przypadku odcięcia wody mieli taki obowiązek. Merytoryczne wyjaśnienia Dziuby byłby zbywane, np. przez Jarmuziewicza, który w pewnym momencie po prostu mu przerwał („ Mam wrażenie, że nic nowego pan nie doda”). Ostatecznie pięciu na siedmiu posłów zagłosowało za odrzuceniem projektu.

Paweł Łukaszewski, szef poznańskiego nadzoru budowlanego, jest zdania, że uchwalenie propozycji posła PiS stworzyłoby narzędzie szybkiego i skutecznego działania. – „Była szansa powstrzymać »czyścicieli«. Szkoda, że z niej nie skorzystano” – ubolewa.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dużo pracy, dużo Facebooka, mało przyjaciół

Dużo pracy, dużo Facebooka, mało przyjaciół

Statystyczny Polak pracuje ponad pół godziny dłużej niż dekadę temu, dlatego ma coraz mniej czasu na życie towarzyskie. Co gorsza sam z niego rezygnuje, wybierając rozrywkę przed monitorem – wynika z badań GUS.

„Metro” pisze, że badacze GUS przez cały zeszły rok szczegółowo przepytywali Polaków z 30 tys. gospodarstw domowych, dzięki czemu poznali ich dobowe grafiki niemal co do minuty. Wcześniej podobne badania robiono 10 lat temu, dzięki czemu możliwe jest uchwycenie zmian. I tak, dekadę temu praca zajmowała nam średnio 7 godzin i 7 minut na dobę – teraz 7 godzin i 38 minut. Ekonomiści interpretują to tak, że przybywa nam w pracy obowiązków i spędzamy w niej więcej czasu, bo bardziej niż dawniej boimy się zwolnienia.

Wspomniane 2,5 h godziny tygodniowo „urwaliśmy” nie ze snu i nie z czasu poświęcanego na realizację osobistych zainteresowań. Jak się okazuje, ograniczamy przede wszystkim życie towarzyskie. Maleje odsetek osób, które systematycznie umawiają się ze znajomymi na wspólne wypady do kina czy pubu. Dziesięć lat temu robiło tak 64 proc. z nas, dziś – zaledwie 52 proc.

Czesi się bronią

Czesi się bronią

Władze Czech rozważają wprowadzenie w tym kraju pracy w niepełnym wymiarze godzin. Ma to być sposób na samoobronę przed kryzysem.

Rzecznik rządu naszego południowego sąsiada, Martin Ayrer, potwierdził, że gabinet Bohuslava Sobotki „intensywnie myśli” nad takim rozwiązaniem. Już w najbliższych dniach ma się on zająć rekomendacjami ekspertów w tej sprawie. Media podkreślają, że w wypadku wprowadzenia pracy w niepełnym wymiarze państwo będzie częściowo rekompensować zatrudnionym utratę zarobków. Związki zawodowe i organizacje pracodawców zasygnalizowały gotowość poparcia rządowego planu.

Jego opracowanie jest bezpośrednim następstwem zakazu importu, jakim Rosja objęła wiele artykułów z państw Unii Europejskiej w odpowiedzi na sankcje nałożone przez Brukselę po agresji na Ukrainę. Silnie odbiło się to na czeskiej gospodarce, zwłaszcza na dochodach producentów żywności.

Koniecznie czytaj także tutaj.

NIK o ściąganiu należności przez ZUS

NIK o ściąganiu należności przez ZUS

Ważny głos w dyskusji nad emeryturami Polaków zabrała Najwyższa Izba Kontroli. I uczyniła to od często pomijanej strony: nieściągniętych należności ZUS z tytułu składek, które w 2013 r. przekroczyły 55 mld zł.

Jeszcze w 2012 r. zaległości składkowe wynosiły „jedynie” ok. 34 mld zł i mniej więcej na tym poziomie utrzymywały się od 2010 r. Inaczej mówiąc, zaległości wobec publicznego ubezpieczyciela w rok wzrosły o, bagatela, ponad 20 mld zł.

Opisując tą sytuacje NIK zwraca uwagę przede wszystkim na zbyt niską ściągalność w trybie egzekucyjnym. W wyniku takich działań w I półroczu 2013 r. odzyskano zaledwie 1,2 mld zł, co jest drobnym ułamkiem wszystkich nieściągniętych wymagalnych należności. W latach 2010-2012 ZUS egzekwował średnio ok. 6% zaległości, co jest wynikiem dużo poniżej oczekiwań oraz możliwości.

Według Izby niska ściągalność należnych kwot to jedna z głównych przyczyn deficytu w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, obok niżu demograficznego oraz emigracji. W zwiększeniu skuteczności działań egzekucji administracyjnej NIK widzi szansę na polepszenie kondycji FUS. Podkreśla, że wzrost poziomu ściągalności o zaledwie 1 punkt procentowy mógłby rocznie przynieść ZUS nawet 500 mln zł. Oznacza to, że gdyby ściągalność składek poprawiła się o 10 punktów procentowych, wówczas system ubezpieczeń społecznych miałby dodatkowe 5 mld zł rocznie.