Miasto „solidarności”

Miasto „solidarności”

Zachęcamy do podpisywania internetowej petycji przeciwko bezprawnej eksmisji gdańskich Romów.

Autorzy listu otwartego do samorządowców zwracają uwagę, że „miasto solidarności” szczyci się ideami demokracji, braterstwa i dialogu, jednak kiedy na jego terenie pojawiają się imigranci, jedyną odpowiedzią władz jest wyburzenie ich mieszkań. „Władze Gdańska konsekwentnie odmawiają dostrzeżenia obecności imigrantów w swoim mieście, nazywając ich »turystami«, a działania eksmisyjne podjęte wobec rodziny rumuńskich Romów porządkowaniem terenu ze śmieci. Zamiast dążyć do dialogu, wysyłają urzędników grożących im deportacją lub odebraniem dzieci, policję, straż miejską oraz straż graniczną” – czytamy.

Jedyną odpowiedzią Urzędu Miasta jest odsyłanie Romów, tymczasem nie ma żadnego konkretnego kraju, do którego mogliby „wrócić”. W wypadku byłych mieszkańców osady przy ul. Bursztynowej powrót „do domu” często nie oznacza już rumuńskich wiosek i miast. Część z nich większość życia spędziła na terenie Polski, ich dzieci urodziły się już nad Wisłą.

„Tylko kilku z nich, poza językiem romani, posługuje się także polskim. Nie potrafią jednak czytać i pisać. Jednocześnie wszystkie czynności urzędowe, które ich dotyczą, są prowadzone w języku polskim, mimo obowiązku zapewnienia im tłumacza. Są ofiarami systemowej dyskryminacji, która odbiera im możliwość korzystania z przysługujących im praw” – dowiadujemy się z listu, w którym znajduje się także przypomnienie, że każdy obywatel Rumunii może korzystać m.in. ze swobodnego, bezwizowego przekraczania granic wewnątrz Unii Europejskiej.

„W trakcie kolejnej nielegalnej eksmisji Romów w dniu 26 sierpnia wiceprezydent miasta Maciej Lisicki przypominał, że reprezentuje władzę wybraną przez mieszkańców. Swoje nielegalne działania tłumaczył wypełnianiem woli społeczeństwa. Nie mówił jednak o woli uzyskanej podczas konsultacji społecznych, mówił o woli wyrażanej w rasistowskich komentarzach pod doniesieniami prasowymi. My, niżej podpisani, stanowczo sprzeciwiamy się legitymizowaniu dyskryminacyjnej polityki wobec imigrantów pseudo-poparciem społecznym. (…) Apelujemy do władz miasta Gdańska o podjęcie rozmów z Romami, innymi mieszkańcami miasta oraz przedstawicielami niezależnych instytucji i zadośćuczynienie krzywd wypędzonej rodzinie. Kiedy władza wydaje 227 mln złotych na budowę Europejskiego Centrum Solidarności, my zbudujmy solidarność sprzeciwu wobec systemowego wykluczenia wszystkich imigrantów”.

List można przeczytać w całości – oraz podpisać – klikając w ten odnośnik. Nasz wywiad poświęcony polityce imigracyjnej można przeczytać tutaj, zaś w numerze 65 opublikujemy obszerny tekst na ten temat.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nie mają wody? Niech piją szampana!

Nie mają wody? Niech piją szampana!

Sejmowa podkomisja odrzuciła propozycję zmian w prawie, które miały zniechęcić właścicieli kamienic do ich „czyszczenia” poprzez odcinanie lokatorom wody.

Gazeta.pl pisze, że wspomniana metoda jest nawet skuteczniejsza w zmuszaniu do wyprowadzki niż zastraszanie czy podrzucanie robaków: mało kto wytrzymuje dłużej niż kilka tygodni. Nadzór budowlany może zmusić kamienicznika np. do naprawienia wyciętych rur, ale nie może mu nakazać wznowienia dostaw wody. Dlatego poznański poseł PiS Tadeusz Dziuba zgłosił projekt legislacyjny, który przewidywał, że jeśli w budynku mieszkalnym odcięto celowo wodę i może to zagrażać zdrowiu lub życiu lokatorów, prokuratura na zawiadomienie nadzoru budowlanego będzie występować do sądu z pozwem o uruchomienie instalacji. – „Sąd w ramach zabezpieczenia powództwa mógłby w ciągu kilku dni nakazać właścicielowi włączenie wody. To skutecznie utrudniłoby pracę »czyścicieli«” – przekonywał Dziuba.

Projekt, złożony w Sejmie półtora roku temu, został właśnie rozpatrzony przez powołaną w tym celu podkomisję. Jej przewodniczący, poseł PO Tadeusz Jarmuziewicz, złożył wniosek o odrzucenie projektu, powołując się na negatywnie opinie rządu i sejmowych prawników. Ci ostatni uznali, że zmiany w prawie są niepotrzebne, a bez wody da się żyć. Twierdzili, że mieszkańcy „mogą przynieść wodę do picia z zewnątrz”, „dla zachowania higieny mogą udać się do znajomych lub rodziny”, mogą też się wyprowadzić (sic!).

Z kolei wiceminister infrastruktury Janusz Żbik argumentował, że nadzór budowlany nie ma uprawnień śledczych, a takie są potrzebne, by ocenić, z jakim zamiarem odcięto wodę. Nie przekonały go argumenty posła Dziuby, że inspektorzy nie muszą rozstrzygać, czy zrobiono to celowo, wystarczy, że mieliby takie podejrzenie – dalsze działania podejmowałaby prokuratura.

Karina Bednik, przedstawicielka Ministerstwa Sprawiedliwości, przekonywała, że „zakręcenie kurka trudno uznać za przestępstwo”. Jej również nie przekonał poznański parlamentarzysta, który mówił, że chodzi przecież o wystąpienie na drogę cywilną i że już dziś prokuratorzy mogą to robić – chodzi tylko o to, by w przypadku odcięcia wody mieli taki obowiązek. Merytoryczne wyjaśnienia Dziuby byłby zbywane, np. przez Jarmuziewicza, który w pewnym momencie po prostu mu przerwał („ Mam wrażenie, że nic nowego pan nie doda”). Ostatecznie pięciu na siedmiu posłów zagłosowało za odrzuceniem projektu.

Paweł Łukaszewski, szef poznańskiego nadzoru budowlanego, jest zdania, że uchwalenie propozycji posła PiS stworzyłoby narzędzie szybkiego i skutecznego działania. – „Była szansa powstrzymać »czyścicieli«. Szkoda, że z niej nie skorzystano” – ubolewa.

Na nielegalu

Na nielegalu

Polska znalazła się w grupie państw unijnych z najwyższym wskaźnikiem pracy na czarno, czyli nieopodatkowanej, nieobjętej składkami emerytalnymi i niegwarantującej zatrudnionym żadnych praw.

W metodologii badania przeprowadzonego przez firmę analityczną Randstad, przywołanego przez „Gazetę Wyborczą”, przyjęto, że praca na czarno to każda legalna i płatna, ale niezadeklarowana administracji publicznej praca. Autorzy oszacowali jej procentowy udział w PKB poszczególnych krajów. W 2013 r. wyniósł on nad Wisłą 23,8 proc. Zbliżoną wartość wskaźnika osiągnęły Słowenia (23,1 proc.) i Węgry (22,1 proc.). Najlepiej w UE wypada Austria (7,5 proc.), dalej jest Luksemburg (8 proc.), Holandia (9,1 proc.), Wielka Brytania (9,7 proc.) i Francja (9,9 proc.). Najwięcej powodów do wstydu mają Bułgaria, Rumunia i Litwa, gdzie udział pracy na czarno w PKB to odpowiednio 31,2, 28,4 oraz 28 proc. Dziennik dodaje, że w Ameryce praca nierejestrowana to 6,6 proc. PKB, w Nowej Zelandii 8 proc., w Japonii 8,1 proc., w Australii – 9,4 proc.

W badaniu wypunktowano metody na zmniejszanie udziału pracy na czarno, wśród których znalazły się m.in. szkolenia, wsparcie zatrudnienia oraz aktywizacja bezrobotnych. Autorzy zaznaczają także, że im większy poziom wydatków socjalnych na głowę, tym mniejszy udział pracy nierejestrowanej.

Dużo pracy, dużo Facebooka, mało przyjaciół

Dużo pracy, dużo Facebooka, mało przyjaciół

Statystyczny Polak pracuje ponad pół godziny dłużej niż dekadę temu, dlatego ma coraz mniej czasu na życie towarzyskie. Co gorsza sam z niego rezygnuje, wybierając rozrywkę przed monitorem – wynika z badań GUS.

„Metro” pisze, że badacze GUS przez cały zeszły rok szczegółowo przepytywali Polaków z 30 tys. gospodarstw domowych, dzięki czemu poznali ich dobowe grafiki niemal co do minuty. Wcześniej podobne badania robiono 10 lat temu, dzięki czemu możliwe jest uchwycenie zmian. I tak, dekadę temu praca zajmowała nam średnio 7 godzin i 7 minut na dobę – teraz 7 godzin i 38 minut. Ekonomiści interpretują to tak, że przybywa nam w pracy obowiązków i spędzamy w niej więcej czasu, bo bardziej niż dawniej boimy się zwolnienia.

Wspomniane 2,5 h godziny tygodniowo „urwaliśmy” nie ze snu i nie z czasu poświęcanego na realizację osobistych zainteresowań. Jak się okazuje, ograniczamy przede wszystkim życie towarzyskie. Maleje odsetek osób, które systematycznie umawiają się ze znajomymi na wspólne wypady do kina czy pubu. Dziesięć lat temu robiło tak 64 proc. z nas, dziś – zaledwie 52 proc.