Rzeczpospolita Niestabilna

Rzeczpospolita Niestabilna

Pomimo nie najgorszego wzrostu gospodarczego (3,3% w II kwartale) oraz niewielkiego spadku bezrobocia (z 12% do 11,9%), rynek pracy w Polsce za nic w świecie nie chce się zamienić w rynek pracownika, a polska praca nie chce stać się bardziej stabilna.

Wyżej wymienione wskaźniki przełożyły się nie na polepszenie sytuacji zatrudnionych, lecz głównie na… wyraźny wzrost obrotów agencji pracy tymczasowej. Agencje zrzeszone w Polskim Forum HR w II kwartale tego roku osiągnęły przychody wyższe aż o 26% w stosunku do analogicznego okresu roku 2013. Liczba zatrudnionych przez nie osób wzrosła w tym okresie o 9%, czyli o ponad 100 tysięcy.

Podobne dane podaje Europejska Konfederacja Prywatnych Agencji Zatrudnienia (Eurociett). Według niej w Polsce wystąpił zdecydowanie największy w Europie wzrost obrotów agencji zatrudnienia z tytułu pracy tymczasowej. Wyniósł on 21% rok do roku. W drugiej Danii wyniósł on już tylko 13%, a trzeba pamiętać, że w tym kraju pracownicy dysponują ogromnym, szczególnie na tle Polski, zabezpieczeniem z tytułu utraty pracy. W pozostałych badanych krajach wspomniany wzrost wynosił zaledwie kilka procent.

Brak stabilności zatrudnienia odbija się na słabszym wzroście produktywności oraz mniejszej skłonności do innowacji oraz podejmowania ryzyka przez pracowników, a więc wpływa negatywnie na całą gospodarkę. Jak widać to akurat pierwsze miejsce w Europie nie powinno cieszyć. Tym bardziej, że to kolejne z całej serii danych wskazujących na to, że mamy prawdopodobnie najmniej stabilny rynek pracy w Europie. Warto przy okazji dodać, że statystyczny polski bezrobotny szuka pracy prawie 13 miesięcy. Trwa to coraz dłużej: w II kwartale br. zajmowało o prawie 10 proc. więcej czasu niż przed rokiem.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nie mają wody? Niech piją szampana!

Nie mają wody? Niech piją szampana!

Sejmowa podkomisja odrzuciła propozycję zmian w prawie, które miały zniechęcić właścicieli kamienic do ich „czyszczenia” poprzez odcinanie lokatorom wody.

Gazeta.pl pisze, że wspomniana metoda jest nawet skuteczniejsza w zmuszaniu do wyprowadzki niż zastraszanie czy podrzucanie robaków: mało kto wytrzymuje dłużej niż kilka tygodni. Nadzór budowlany może zmusić kamienicznika np. do naprawienia wyciętych rur, ale nie może mu nakazać wznowienia dostaw wody. Dlatego poznański poseł PiS Tadeusz Dziuba zgłosił projekt legislacyjny, który przewidywał, że jeśli w budynku mieszkalnym odcięto celowo wodę i może to zagrażać zdrowiu lub życiu lokatorów, prokuratura na zawiadomienie nadzoru budowlanego będzie występować do sądu z pozwem o uruchomienie instalacji. – „Sąd w ramach zabezpieczenia powództwa mógłby w ciągu kilku dni nakazać właścicielowi włączenie wody. To skutecznie utrudniłoby pracę »czyścicieli«” – przekonywał Dziuba.

Projekt, złożony w Sejmie półtora roku temu, został właśnie rozpatrzony przez powołaną w tym celu podkomisję. Jej przewodniczący, poseł PO Tadeusz Jarmuziewicz, złożył wniosek o odrzucenie projektu, powołując się na negatywnie opinie rządu i sejmowych prawników. Ci ostatni uznali, że zmiany w prawie są niepotrzebne, a bez wody da się żyć. Twierdzili, że mieszkańcy „mogą przynieść wodę do picia z zewnątrz”, „dla zachowania higieny mogą udać się do znajomych lub rodziny”, mogą też się wyprowadzić (sic!).

Z kolei wiceminister infrastruktury Janusz Żbik argumentował, że nadzór budowlany nie ma uprawnień śledczych, a takie są potrzebne, by ocenić, z jakim zamiarem odcięto wodę. Nie przekonały go argumenty posła Dziuby, że inspektorzy nie muszą rozstrzygać, czy zrobiono to celowo, wystarczy, że mieliby takie podejrzenie – dalsze działania podejmowałaby prokuratura.

Karina Bednik, przedstawicielka Ministerstwa Sprawiedliwości, przekonywała, że „zakręcenie kurka trudno uznać za przestępstwo”. Jej również nie przekonał poznański parlamentarzysta, który mówił, że chodzi przecież o wystąpienie na drogę cywilną i że już dziś prokuratorzy mogą to robić – chodzi tylko o to, by w przypadku odcięcia wody mieli taki obowiązek. Merytoryczne wyjaśnienia Dziuby byłby zbywane, np. przez Jarmuziewicza, który w pewnym momencie po prostu mu przerwał („ Mam wrażenie, że nic nowego pan nie doda”). Ostatecznie pięciu na siedmiu posłów zagłosowało za odrzuceniem projektu.

Paweł Łukaszewski, szef poznańskiego nadzoru budowlanego, jest zdania, że uchwalenie propozycji posła PiS stworzyłoby narzędzie szybkiego i skutecznego działania. – „Była szansa powstrzymać »czyścicieli«. Szkoda, że z niej nie skorzystano” – ubolewa.

Na nielegalu

Na nielegalu

Polska znalazła się w grupie państw unijnych z najwyższym wskaźnikiem pracy na czarno, czyli nieopodatkowanej, nieobjętej składkami emerytalnymi i niegwarantującej zatrudnionym żadnych praw.

W metodologii badania przeprowadzonego przez firmę analityczną Randstad, przywołanego przez „Gazetę Wyborczą”, przyjęto, że praca na czarno to każda legalna i płatna, ale niezadeklarowana administracji publicznej praca. Autorzy oszacowali jej procentowy udział w PKB poszczególnych krajów. W 2013 r. wyniósł on nad Wisłą 23,8 proc. Zbliżoną wartość wskaźnika osiągnęły Słowenia (23,1 proc.) i Węgry (22,1 proc.). Najlepiej w UE wypada Austria (7,5 proc.), dalej jest Luksemburg (8 proc.), Holandia (9,1 proc.), Wielka Brytania (9,7 proc.) i Francja (9,9 proc.). Najwięcej powodów do wstydu mają Bułgaria, Rumunia i Litwa, gdzie udział pracy na czarno w PKB to odpowiednio 31,2, 28,4 oraz 28 proc. Dziennik dodaje, że w Ameryce praca nierejestrowana to 6,6 proc. PKB, w Nowej Zelandii 8 proc., w Japonii 8,1 proc., w Australii – 9,4 proc.

W badaniu wypunktowano metody na zmniejszanie udziału pracy na czarno, wśród których znalazły się m.in. szkolenia, wsparcie zatrudnienia oraz aktywizacja bezrobotnych. Autorzy zaznaczają także, że im większy poziom wydatków socjalnych na głowę, tym mniejszy udział pracy nierejestrowanej.

Dużo pracy, dużo Facebooka, mało przyjaciół

Dużo pracy, dużo Facebooka, mało przyjaciół

Statystyczny Polak pracuje ponad pół godziny dłużej niż dekadę temu, dlatego ma coraz mniej czasu na życie towarzyskie. Co gorsza sam z niego rezygnuje, wybierając rozrywkę przed monitorem – wynika z badań GUS.

„Metro” pisze, że badacze GUS przez cały zeszły rok szczegółowo przepytywali Polaków z 30 tys. gospodarstw domowych, dzięki czemu poznali ich dobowe grafiki niemal co do minuty. Wcześniej podobne badania robiono 10 lat temu, dzięki czemu możliwe jest uchwycenie zmian. I tak, dekadę temu praca zajmowała nam średnio 7 godzin i 7 minut na dobę – teraz 7 godzin i 38 minut. Ekonomiści interpretują to tak, że przybywa nam w pracy obowiązków i spędzamy w niej więcej czasu, bo bardziej niż dawniej boimy się zwolnienia.

Wspomniane 2,5 h godziny tygodniowo „urwaliśmy” nie ze snu i nie z czasu poświęcanego na realizację osobistych zainteresowań. Jak się okazuje, ograniczamy przede wszystkim życie towarzyskie. Maleje odsetek osób, które systematycznie umawiają się ze znajomymi na wspólne wypady do kina czy pubu. Dziesięć lat temu robiło tak 64 proc. z nas, dziś – zaledwie 52 proc.