Raport z frontu… pracy

Raport z frontu… pracy

W polskich zakładach pracy nie tylko wylewa się pot i łzy, ale też dosyć szerokim strumieniem leje się krew. Liczba śmiertelnych ofiar wypadków w pracy sięga nawet kilkuset rocznie.

W Polsce dochodzi aż do około 2 tys. wypadków w pracy tygodniowo. To liczba zdecydowanie za wysoka, podobnie jak liczba poszkodowanych. W 2013 r. w wypadkach przy pracy mniejsze lub często większe urazy odniosło ponad 88 tys. pracowników. Najwięcej nieszczęść miało miejsce w województwach śląskim (12 tys. zdarzeń), wielkopolskim (11,1 tys.) i mazowieckim (10,8 tys.), co jest o tyle zrozumiałe, że w tych regionach także samo zatrudnienie jest wysokie. Łącznie w tego rodzaju wypadkach zginęło aż 267 osób. Zważywszy na to, że podczas całej misji w Afganistanie zginęło 44 Polaków, można dojść do wniosku, że w polskich zakładach pracy panują warunki niemalże wojenne.

Niestety zdecydowanie zbyt mało mówi się u nas o warunkach BHP. Tymczasem aż 20 proc. pracowników doświadczyło w trakcie pracy rażących naruszeń przepisów, zaś według przeprowadzonego w lipcu br. na zlecenie Koalicji Bezpieczni w Pracy badania „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2014” 67 proc. Polaków uważa, że charakter ich zatrudnienia wiąże się z zagrożeniem dla zdrowia lub życia. Bezpieczeństwo powszechnie pada ofiarą modelu rozwoju opartego o cięcie kosztów za wszelką cenę, co nieraz kończy się tragicznie.

Relatywnie często dyskutuje się publicznie o niskim poziomie bezpieczeństwa na polskich drogach. Skoro zabici w zakładach pracy liczą się w setkach rocznie, najwyższy czas, by także ten rodzaj zagrożeń znalazł w debacie ważne miejsce.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Wybory samorządowe 2014 – stanowisko redakcji „Nowego Obywatela”

Wybory samorządowe 2014 – stanowisko redakcji „Nowego Obywatela”

Już za kilka dni wybory samorządowe. Oprócz znanych i nielubianych – wiecznych prezydentów, lokalnych baronów, bezideowych działaczy zasilających szeregi największych partii politycznych itp. – wystartują w nich, po raz pierwszy na tak dużą skalę, reprezentanci ruchów miejskich i niezależnych ruchów lokalnych. Uważamy, że przynajmniej część z nich zasługuje na szansę i poparcie ze strony wyborców.

Zjawisko ruchów miejskich wywołuje w debacie publicznej dość ambiwalentny odzew. Pojawiło się wokół nich również sporo stereotypów. Z jednej strony ich reprezentantów docenia się często za młodość i ideowość, za wniesienie nowych postulatów i nowego sposobu myślenia o mieście. Z drugiej – kwestionuje się ich kompetencje lub sugeruje, że oderwani są od problemów „zwykłych ludzi”. Medialny obraz sytuacji – młodzi, ideowi aktywiści miejscy kontra pragmatyczni, doświadczeni i kompetentni politycy samorządowi – zafałszowuje rzeczywisty stan rzeczy. Uważamy, że ani zawodowi politycy nie są z definicji profesjonalni, ani działacze spoza świata partii politycznych nie muszą być ideowi i odporni na pokusy zjawisk degenerujących politykę lokalną. Zarówno partie polityczne, jak i inicjatywy oddolne mogą być dobrymi środkami do osiągania wartościowych celów – obie formy organizacji mogą też zamiast tego służyć karierom wąskiej grupy liderów albo interesom lokalnych układów. Uczciwie należy zwrócić uwagę na fakt, że w zależności od lokalnej specyfiki pod szyldem niezależnych inicjatyw lokalnych nierzadko do wyborów idą skorumpowani starzy wyjadacze partyjni i samorządowi, którzy w retoryce antypartyjnej dostrzegają szansę na zbicie politycznego kapitału. Bywa również tak, że działacze faktycznie zasłużeni dla społeczności lokalnych przyjmują miejsca na listach partii politycznych.

Mimo wszystkich tych zawiłości i rozterek, chcielibyśmy wyrazić satysfakcję z faktu, że w tegorocznych wyborach samorządowych w wielu miejscowościach będziemy mieli możliwość zagłosowania na środowiska i ludzi autentycznie zaangażowanych w sprawy publiczne. Są to nierzadko kandydaci bliscy wyznawanym przez nas ideom samorządności, wprowadzający do krajowego życia politycznego postulaty i tematykę, którą od lat poruszaliśmy na łamach „Nowego Obywatela”, związaną np. z powszechnie dostępnymi usługami publicznymi, powstrzymaniem procesu prywatyzacji przestrzeni i mienia publicznego czy z dbałością o środowisko i jakość życia w miastach. Zaangażowanie wielu środowisk prospołecznych w politykę lokalną przynosi efekty już dziś, niezależnie od ich wyborczych sukcesów czy porażek. Za sprawą realizowanych przez nie w ostatnich latach funkcji kontrolnych oraz imponującej pracy programowej, niejeden włodarz miasta i urzędnik zmuszony był ustąpić zorganizowanym mieszkańcom lub podchwycić ich postulaty. Mimo zastrzeżeń do części szczegółowych rozpoznań programowych czy wyborów personalnych oraz hierarchii celów wyznaczanych przez poszczególne komitety, zachęcamy do docenienia tych ważnych osiągnięć ruchów miejskich i wsparcia wartościowych kandydatów swoim głosem.

Wśród kandydatów na radnych z różnych list związanych z szeroko pojmowanymi „ruchami miejskimi” czy inicjatywami lokalnymi znajdują się w tym roku także ludzie bliscy środowisku „Nowego Obywatela”, znani z takich czy innych form współpracy z naszym środowiskiem. Do Rady Miasta Krakowa kandydują Krzysztof Wołodźko (KWW Kraków Przeciw Igrzyskom, okręg 1, miejsce 2), Daria Gosek (KWW Kraków Przeciw Igrzyskom, okręg 3, miejsce 4) i Krzysztof Posłajko (KWW Kraków Przeciw Igrzyskom, okręg 4, miejsce 5); do Rady Miasta Poznania Lech Mergler (KWW Koalicja Prawo do Miasta, okręg 1, miejsce 1); do Rady Miasta i rad dzielnic Warszawy: Aleksandra Bilewicz (KW Partia Zieloni, okręg 5, miejsce 5), Maciej Łapski (KW Warszawa Społeczna, Rada Dzielnicy Mokotów, okręg 1, miejsce 1), Anna Mieszczanek (KWW Inicjatywa Mieszkańców Miasto Jest Nasze, Rada Dzielnicy Praga Południe, okręg 1, miejsce 5), Bartosz Wieczorek (KWW Miasto Jest Nasze – Targówek Zacisze Bródno, Rada Dzielnicy Targówek, okręg 3, miejsce 1) i Marcelina Zawisza (KW Partia Zieloni, okręg 9, miejsce 1). Szczególnie te osoby chcielibyśmy zarekomendować uwadze naszych Czytelników-wyborców.

Redakcja „Nowego Obywatela”

Markety i dyskonty niemile widziane

Markety i dyskonty niemile widziane

Węgierski rząd zamierza wprowadzić przepisy, które uderzą w wielkie zagraniczne sieci handlowe. Planowane są m.in. zmiany w systemie podatkowym oraz zakaz handlu w niedziele.

Wyborcza.biz pisze, że oficjalnie prace nad zmianami w prawie jeszcze trwają, jednak jest już trochę przecieków. Pod koniec października pojawiły się informacje o planach wprowadzenia tzw. podatku Tesco, czyli podatku od obrotów, którego wysokość byłaby zależna od wielkości firmy handlowej. Podatek ma chronić małe węgierskie sklepy, których roczne obroty nie przekraczają 500 mln forintów (6,83 mln zł) – one nie zapłacą nic. Kolejne stawki ustalono na poziomie 0,1 proc., 1 proc. (obroty powyżej 50 mld forintów) i potem 1 pkt proc. za każde dodatkowe 50 mld forintów. Maksymalna stawka podatku miałaby wynieść 6 proc. obrotów dla firm, których obroty na Węgrzech przekraczają 300 mld forintów (4,1 mld zł). Według ubiegłorocznych obrotów sieć Tesco musiałaby zapłacić 25,5 mld forintów (348 mln zł), na drugim miejscu byłby holenderski Spar (12 mld forintów).

Niedawno telewizja Hir24 poinformowała, że rząd chce uchwalić prawo, na mocy którego będzie mógł zamykać sklepy, które przez dwa lata z rzędu wykazują straty. Ten zapis może najmocniej uderzyć we francuską sieć Auchan, Spara, a także niemiecką sieć dyskontów Aldi.

Z nieoficjalnych źródeł wiadomo ponadto, że madziarskie władze chcą wypędzić zagraniczne sieci z okolic największych atrakcji turystycznych: od 1 stycznia 2016 r. w pobliżu obiektów znajdujących się na liście UNESCO nie będą mogły działać żadne dyskonty, supermarkety ani hipermarkety. Co więcej, rząd zakaże kursowania darmowych autobusów, które dowożą klientów do sklepów, co praktykuje m.in. Tesco.

Wreszcie, propozycję wprowadzenia całkowitego zakazu handlu w niedziele złożył do parlamentu Péter Harrach, przewodniczący chadeckiej partii KDNP, która jest w koalicji rządowej z Fideszem. Według niego projekt popiera premier Viktor Orbán.

Eventy nie zastąpią muzeów

Eventy nie zastąpią muzeów

Drabina feudalna – tak pracownicy muzeów określają system zależności obowiązujący w instytucjach kultury. Muzealnicy oceniają swoją sytuację jako dramatyczną i domagają się natychmiastowego zwiększenia płac i dotacji dla swoich placówek oraz wstrzymania prac legislacyjnych nad uwolnieniem zawodu muzealnika.

Zorganizowane przez mazowiecką „Solidarność” protesty odbyły się 28 października w trzech punktach stolicy. Uczestniczyli w nich przedstawiciele kilkunastu placówek muzealnych.

Zorganizowany przez Sekcję Branżową Nr 20 NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze protest odbył się równolegle w trzech punktach Warszawy – przed stołecznym Ratuszem, przed ministerstwem kultury oraz przed siedzibą władz sejmiku województwa mazowieckiego. Muzealnicy przekazali swoje postulaty na ręce ministra kultury i dziedzictwa narodowego Małgorzaty Omilanowskiej, prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, marszałka województwa mazowieckiego Adama Struzika oraz Tomasza Siemoniaka, ministra obrony narodowej.

Koneksje zamiast kompetencji

– „Bolączki wszystkich muzeów są chyba takie same – niskie pensje i zatrudnianie niekompetentnych ludzi na stanowiskach decyzyjnych” – wskazywała w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” Marzena Milewska, kustosz Muzeum Niepodległości. Coraz częściej występującą prawidłowością jest obejmowanie stanowisk kierowniczych przez ludzi zupełnie do tego nieprzygotowanych, często delegowanych do pełnienia danej funkcji według klucza partyjnego. Zdaniem muzealników planowane przez rząd uwolnienie tego zawodu może ów proceder w znacznym stopniu nasilić.

Jak podkreślił w rozmowie z TS Karol Karasiewicz z Muzeum Powstania Warszawskiego, przedstawiciel sekcji regionalnej muzeów NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze, w muzealnictwie zdarza się coraz częściej, iż koneksje zaczynają być ważniejsze od kompetencji. – „Mamy w Polsce wielu muzealników rzeczywiście dbających o dobra kultury. Nierzadko czują się oni wykorzystywani” – stwierdził Karasiewicz. – „Muzeum Powstania Warszawskiego nie zmaga się akurat z większymi problemami, jest placówką bardzo popularną, o znanej marce. Jesteśmy tu jednak po to, aby wyrazić solidarność z naszymi kolegami z innych placówek. Nie wszyscy mogą liczyć na hojne dotacje i przychylność władz. Tymczasem dbać należy o każde, nawet najmniejsze, regionalne muzeum. Wszystkie one świadczą o naszym dorobku kulturowym i cywilizacyjnym” – spuentował Karasiewicz.

Agnieszka Żurek

_____

Przedruk za stroną „Tygodnika Solidarność”