Nagłe hamowanie

Nagłe hamowanie

– Nie możemy liczyć na wymiar sprawiedliwości − powiedział związkowiec Leszek Miętek. I zaapelował do maszynistów o oddolną walkę o bezpieczeństwo ruchu na kolei: − Nie bójcie się zatrzymać pociągu, nie bójcie się opóźnić pociąg.

Łatwiej jest oskarżyć i skazać człowieka, niż naprawić system – powiedział Leszek Miętek, prezydent Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych, pod gmachem Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim.

23 października 2014 r. piotrkowski sąd ogłosił wyrok w sprawie maszynisty, który 12 sierpnia 2011 r. prowadził pociąg TLK relacji Warszawa Wschodnia – Katowice. Pociąg ten wykoleił się na stacji Baby, położonej między Koluszkami a Piotrkowem Trybunalskim. W wypadku dwie osoby poniosły śmierć, a 80 zostało rannych.

Sąd winnym katastrofy uznał maszynistę, skazując go na trzy lata i trzy miesiące pozbawienia wolności, dodatkowo orzekając czteroletni zakaz prowadzenia pojazdów kolejowych oraz zapłatę 20 tys. zł kosztów sądowych. Jest to wyrok pierwszej instancji.

Szok powypadkowy

W wyroku sądowym – podobnie jak w raporcie Państwowej Komisji Badania Wypadków Kolejowych i w prokuratorskim akcie oskarżenia – uznano, że pociąg wypadł z szyn dlatego, że maszynista nie zastosował się do wskazań semaforów i na stację Baby wjechał z prędkością 113 km/h, zamiast wymaganej 40 km/h. Pociąg powinien zwolnić, ponieważ na stacji Baby miała nastąpić zmiana toru (z przejechaniem na bok przez dwa rozjazdy).

Rejestrator rozmów radiotelefonicznych w Babach zachował zdanie, które maszynista natychmiast po wykolejeniu skierował do dyżurnego ruchu: „W rozjazd wjechałem z za dużą szybkością, nie, coś z semafora nie przyuważyłem”. PKBWK uznała, że słowa te stanowią klucz do wyjaśnienia przyczyn katastrofy – w raporcie powypadkowym wypowiedź przytoczono aż siedem razy.

Słowa wypowiedziane w szoku powypadkowym nadinterpretuje się, uznając je niejako za przyznanie się do winy – ocenił Leszek Miętek po opublikowaniu w lipcu 2012 r. raportu przez Państwową Komisję Badania Wypadków Kolejowych.

Sprzeczne sygnały

W trakcie wysłuchania przez komisję oraz podczas procesu sądowego maszynista oświadczył, że na kolejnych semaforach podane były sprzeczne sygnały, nie informujące o tym, że przy wjeździe na stację Baby nastąpi zmiana toru.

Według relacji maszynisty, na ostatnim semaforze odstępowym przed stacją widniało zielone światło, informujące, że wjazd na stację będzie mógł odbyć się z maksymalną prędkością. Na semaforze wjazdowym na stację widniało jedno światło pomarańczowe. To informacja, że następny semafor – zlokalizowany na wyjeździe ze stacji – wskazuje sygnał „stój”. Rychłą zmianę toru zwiastowałby natomiast sygnał z dwoma pomarańczowymi światłami (jazda z szybkością nieprzekraczającą 40 km/h, a przy następnym semaforze – „stój”). Maszynista dopiero wjeżdżając na stację zauważył, że pierwszy rozjazd ułożony jest na bok. Wtedy włączył nagłe hamowanie – było jednak już zbyt późno i za moment poczuł, że pociąg się wykoleja.

Ani państwowa komisja wypadkowa, ani sąd nie dały jednak wiary słowom maszynisty o nieprawidłowych sygnałach na semaforach. Obrońca maszynisty, adwokat Wojciech Kilanowski: – Wyrok stwarza precedens, że za wszystkie awarie urządzeń kolejowych może odpowiadać maszynista.

Zero tolerancji

Nie możemy liczyć na polski system wymiaru sprawiedliwości – stwierdził po zapadnięciu wyroku szef Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych Leszek Miętek. Następnie zaapelował do kolejarzy, którzy przyjechali do Piotrkowa Trybunalskiego wspierać swojego sądzonego kolegę: – Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, ażeby zadbać o bezpieczeństwo podróżnych – zero tolerancji na najmniejsze uchybienia w ruchu pociągów. Niestety będzie to kosztowało wiele opóźnień, odwołań pociągów, ale my nie mamy innego wyjścia. Bardzo proszę o przekazanie tych sugestii kolegom. Nie bójcie się zatrzymać pociągu, nie bójcie się opóźnić tego pociągu, jeżeli choć odrobinę będą nieprawidłowości w procesie sterowania ruchem pociągów.

Chodzi o to, by maszyniści – w obliczu wątpliwości dotyczących działania systemów sterowania ruchem kolejowym – nie obawiali się odmówić dalszej jazdy i żądać zwołania komisji, która wyjaśni sprawę.

Takie sytuacje miały już miejsce. Między innymi 11 grudnia 2013 r., kiedy to maszynista pociągu TLK „Janusz Korczak” z Białegostoku do Krakowa Płaszowa otrzymał przed stacją Kozłów sprzeczne sygnały na semaforach. Pierwszy semafor informował, że na kolejnym widnieć będzie sygnał „jazda z największą dozwoloną prędkością”. Tymczasem następny semafor – zlokalizowany za ograniczającym widoczność łukiem – nakazywał jazdę z prędkością nieprzekraczającą 40 km/h.

Oczekiwanie na członków komisji oraz wyjaśnianie przez nich sytuacji wiązały się z sześciogodzinnym postojem pociągu. Jak wówczas powiedział dwumiesięcznikowi „Z Biegiem Szyn” Maciej Dutkiewicz ze spółki PKP Polskie Linie Kolejowe, przyczyną wyświetlenia sprzecznych sygnałów na semaforach było „przepalenie bezpiecznika”

Urządzenia (nie) zawiodły

Sprzeczne sygnały na semaforach otrzymał także maszynista pociągu PKP Cargo relacji Kamieniec Ząbkowicki – Sochaczew. Miało to miejsce 18 kwietnia 2012 r. przed stacją Baby. Pierwszy semafor informował, że wjazd na stację będzie mógł odbyć się z największą prędkością, podczas gdy semafor wjazdowy nakazywał zmniejszenie prędkości z uwagi na zmianę toru.

Maszynista użył nagłego hamowania i zatrzymał skład. Następnie zażądał przyjazdu komisji. Wyjaśnienia trwały cztery godziny – przez ten czas ruch kolejowy między Częstochową a Koluszkami był zablokowany. Komisja potwierdziła, że sygnalizacja zawiodła i w związku z tym reakcja maszynisty była prawidłowa. Prezes PKP Cargo podjął nawet decyzję o przyznaniu nagrody swojemu pracownikowi.

Zdarzenie z kwietnia 2012 r. miało miejsce przy tej samej stacji Baby, na której osiem miesięcy wcześniej doszło przecież do wykolejenia pociągu TLK jadącego z Warszawy do Katowic (z tą tylko różnicą, że skład towarowy nadjeżdżał od strony Piotrkowa Trybunalskiego, a pociąg pasażerski od strony Koluszek).

Incydent ze sprzecznymi sygnałami dla pociągu towarowego nie przekonał ani Państwowej Komisji Badania Wypadków Kolejowych, ani Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim, że w sierpniu 2011 r. urządzenia sterowania ruchem kolejowym również mogły zawieść.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 6/74 (listopad-grudzień 2014), www.zbs.net.pl

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Potrzebujemy Was!

Potrzebujemy Was!

Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy zdecydowali się przekazać 1% swojego podatku wydawcy „Nowego Obywatela”. Nadal jednak potrzebujemy Waszej pomocy!

Ministerstwo Finansów podało niedawno, że obywatele przekazali za 2013 r. łącznie ponad pół miliarda zł z odpisów 1%. Choć uprawnionych podmiotów jest ok. 7,6 tys., aż ponad połowa tych środków trafiła do 50 dużych organizacji, rozpoznawalnych i posiadających duże budżety reklamowe. W dodatku ogromna część podatników nie przekazuje swojego 1% na działalność pożytku publicznego, lecz potrzebującym osobom prywatnym, które założyły subkonto w fundacji charytatywnej.

dziekujemy-za-wsparcie

Na wsparcie „Nowego Obywatela” przekazaliście w roku 2014 łącznie ok. 9 tys. zł. Każdy grosz się liczy, jednak tych groszy musi być zdecydowanie więcej, by możliwe było tworzenie naszej gazety oraz portalu internetowego. Nie można koncentrować się jednocześnie na tym oraz na wiecznej gonitwie za środkami na działalność naszego Stowarzyszenia. Dlatego apelujemy do wszystkich Czytelników o:
– przekazywanie, w miarę możliwości, darowizn na cele statutowe Stowarzyszenia „Obywatele Obywatelom” (np. w formie zlecenia stałego, choćby na niewielką kwotę),
nabywanie naszego pisma w prenumeracie oraz zachęcanie do tego innych,
– wspieranie nas w promocji studia graficznego Kooperatywa.org, z którego dochody wspierają wydawanie gazety.

No i oczywiście nie zapomnijcie o nas przy wypełnianiu PIT-u w 2015 r.

Z góry dziękujemy!

 

Nasz wywiad poświęcony idei 1% oraz temu, jak uległa ona wypaczeniu: kliknij tutaj

Banksterom po łapkach

Banksterom po łapkach

Pięć największych banków na świecie zostało ukaranych grzywnami wynoszącymi łącznie ponad 2,5 mld euro. To kara za manipulowanie kursami wymiany dziesięciu najczęściej używanych światowych walut.

„Nasz Dziennik” pisze, że wśród ukaranych są brytyjskie HSBC i Royal Bank of Scotland, amerykański Citibank i JP Morgan Chase oraz szwajcarski UBS. Śledztwo trwało ok. roku i dotyczyło podejrzeń, że w latach 2008-2013 banki i inne instytucje finansowe sprzedawały i kupowały waluty pomiędzy sobą, osiągając dzięki temu ogromne zyski.

Jest to kolejna kara dla wielkich banków. Oszustwa polegały na zmowie przy ustalaniu kursów londyńskiej stopy procentowej innych niż powinny być w rzeczywistości. Kursy te rzutują na bilionowe transakcje na całym świecie. Zyski banków osiągane w ten sposób dochodziły do setek miliardów dolarów – powiedział w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK. – Widać, że banki nie wyciągnęły żadnych wniosków z poprzednich światowych kryzysów, których były główną przyczyną – ocenia. – To jest kalkulacja wynikająca z bezkarności. Zyski są wyższe niż kary – dodaje.

Brytyjski regulator rynków finansowych FCA nałożył na każdy z pięciu banków grzywnę w wysokości ponad 200 mln funtów. Amerykański regulator CFTC orzekł kary dla każdego z banków w wysokości co najmniej 275 mln dolarów. Z kolei szwajcarski regulator FINMA nałożył grzywnę w wysokości 134 mln franków szwajcarskich dla banku UBS. – Jeżeli władze poszczególnych państw będą podchodzić do kontroli banków rygorystycznie, to możemy oczekiwać jeszcze wyższych kar. W tej chwili łączna kwota kar na wszystkie banki na świecie wynosi około 40 mld dolarów. Ta kwota w przyszłości może być podwojona lub potrojona – przewiduje Szewczak.

Kanclerz skarbu Wielkiej Brytanii George Osborne poinformował, że nadal prowadzone jest śledztwo w sprawie manipulacji kursami.

Marian nigdy się nie poddaje

Marian nigdy się nie poddaje

Marian Zagórny, lider Związku Zawodowego Rolników RP „Solidarni” i członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”, został zatrzymany przez policję podczas kolejnego protestu w obronie polskiej wsi.

26 listopada 2014 r. podlascy rolnicy okupowali siedzibę Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku, wylali też gnojowicę. Jak wyjaśnia Zagórny w swoim stanowisku, od wielu miesięcy walczą oni o ogłoszenie w swoim regionie stanu klęski żywiołowej, m.in. ze względu na trwającą od kwietnia suszę, brak skupu trzody chlewnej oraz duże zniszczenia w plonach dokonane przez dziki. 10 listopada na spotkaniu z wojewodą zostało zawarte porozumienie w tej sprawie i wystąpił on ze stosownym wnioskiem do Ewy Kopacz. Do 25 listopada rząd w żaden sposób nie zareagował.

Zagórny podkreśla, że policja traktowała go jak groźnego przestępcę. W areszcie został osadzony o 4:00 nad ranem, po wizytach na kilku komisariatach. O godz. 12:00 odbyło się przesłuchanie, po czym w trybie przyspieszonym postawiono mu zarzuty dokonania wybryku chuligańskiego, za co grożą nawet trzy lata za kratkami. W Sądzie Rejonowym w Białymstoku już o 14:00 odbyła się rozprawa. Zostałem kolejny raz skuty w kajdany, mimo tego że chodzę o dwóch kulach, i tak zostałem przewieziony do Sądu. Przed rozpoczęciem przewodu sądowego wyjaśniłem Wysokiemu Sądowi, że działałem w ramach ustawy o związkach zawodowych i ta akcja wylania gnojowicy była częścią akcji protestacyjnej, a nie jak wnioskował prokurator wybrykiem chuligańskim – pisze związkowiec.

Po wysłuchaniu wyjaśnień sąd wyznaczył rozprawę w normalnym trybie na 5 grudnia 2014 r.

Nasz wywiad z Marianem Zagórnym można przeczytać tutaj.