Czy będziemy jeszcze odpoczywać?

Czy będziemy jeszcze odpoczywać?

Komisja Europejska zajmie się zmianą dyrektywy dotyczącej organizacji czasu pracy. W tym celu przeprowadzi konsultacje społeczne, które potrwają do 15 marca 2015 r. W przygotowanej ankiecie zawarła pytania dotyczące najbardziej palących i kontrowersyjnych problemów.

Jednym z zagadnień jest problem stosowania norm dotyczących czasu pracy, takich jak przeciętnie 48-godzinny tydzień pracy czy 11-godzinny dobowy odpoczynek, w sytuacji zatrudnienia na podstawie kilku umów. Obecnie należy stosować je oddzielnie do każdego z takich kontraktów, co powoduje, że podpisywanie wielu umów stało się sposobem na obchodzenie norm czasu pracy. Dlatego też jednym z postulatów jest stosowanie tych norm łącznie do wszystkich umów, co lepiej zabezpieczałoby prawo zatrudnionych do odpoczynku.

Kolejnym istotnym problemem, który zostanie poruszony w konsultacjach, jest możliwość wydłużenia rozliczania czasu pracy. KE chce się przyjrzeć rozwiązaniom przyjętym w różnych krajach. Przedstawiciele związków zawodowych zwracają uwagę na konieczność ścisłego doprecyzowania warunków i okoliczności pozwalających na wydłużenie okresu rozliczeniowego.

W dyrektywie mogą pojawić się także nowe tematy, którym również zamierza przyjrzeć się KE. Mowa tu przede wszystkim o nowych formach zatrudnienia, takich jak telepraca czy funkcjonujące w Wielkiej Brytanii „kontrakty zerowe”, które oznaczają de facto pracę na wezwanie. Obowiązująca dyrektywa ma już 20 lat, dlatego niezbędna jest jej aktualizacja o niedawno powstałe zjawiska.

W świetle ostatnich zakusów pracodawców na jedną z ostatnich zdobyczy ruchu pracowniczego, która jeszcze się ostała, jaką jest ściśle uregulowany czas pracy, należy stwierdzić, że dobrze się stało, że Komisja Europejska zamierza ponownie przyjrzeć się tematowi. Tym bardziej, że jeśli ktoś jeszcze broni pracowników w naszym kraju, to oprócz związków zawodowych są to właśnie instytucje europejskie (jako przykład można dać niedawne wezwanie KE do polskich władz ws. nadużywania nad Wisłą umów śmieciowych). Chyba jednak nie należy się łudzić, że poruszony zostanie coraz częściej pojawiający się postulat skrócenia czasu pracy. Na takie „ekstrawagancje” urzędnicy europejscy raczej nie są jeszcze przygotowani. Pytanie, czy kiedykolwiek będą.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Gazownictwo w opałach

Gazownictwo w opałach

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo znalazło się w trudnej sytuacji, co będzie się wiązało z cięciem kosztów oraz redukcją zatrudnienia. Jedną z przyczyn jest liberalizacja rynku gazu.

Rozwój spółki w dużej mierze blokują stare długoterminowe kontrakty na zakup gazu, które w obliczu spadku cen surowców na rynku wyraźnie się zdezaktualizowały. Mowa przede wszystkim o kontrakcie jamalskim, który firma po raz kolejny renegocjuje, oraz kontrakcie z Katarczykami, którego realizację udało się niedawno przesunąć w czasie. Tymczasem za naszą zachodnią granicą tzw. spotowe ceny gazu spadły nawet o 30 proc., przez co opłacalność jego importu z Niemiec bardzo wzrosła. PGNiG nie może jednak z tego skorzystać, gdyż w pierwszej kolejności musi zakupić zakontraktowaną ilość gazu z Rosji w formule take or pay, która oznacza, że trzeba płacić nawet w sytuacji nieodebrania surowca. A trzeba pamiętać, że dawno zakontraktowany gaz z Kataru, którego odebranie udało się opóźnić, będzie jeszcze droższy od rosyjskiego.

Innym problemem, który dobija PGNiG, jest istnienie tzw. obliga gazowego, będącego elementem liberalizacji rynku gazu w Polsce. Zmusza ono spółkę do sprzedaży co najmniej 55 proc. gazu przez giełdę. Obecne ceny rynkowe są na takim poziomie, że PGNiG kupujące drogi gaz od Rosjan ponad połowę surowca musi sprzedawać ze stratą. By je ograniczyć, firma stworzyła spółkę-córkę, której głównym zadaniem jest… kupowanie gazu na rynku od spółki-matki, tak by wypełnić obligo.

Wydaje się, że decydujący dla losów przedsiębiorstwa będzie przyszły rok. Wiele zależy od wyników renegocjacji kontraktu jamalskiego, który będzie ciążył spółce jeszcze przez 7 lat. Tym bardziej, że na horyzoncie widać już kolejne kłopoty, jak nowy podatek od węglowodorów, który będzie obowiązywał od 2015 r., oraz powolny spadek wydobycia w związku z wyczerpywaniem się własnych złóż.

Solą w oczy

Solą w oczy

Kucharze w barach mlecznych będą zmuszeni do gotowania bez przypraw, nie licząc soli. W przeciwnym razie jadłodajnia nie otrzyma dofinansowania ze środków publicznych.

Biztok.pl pisze, że spis podstawowych produktów spożywczych, z których od 1 stycznia 2015 r. mają gotować bary mleczne – tracąc prawo do dotacji, jeśli dodadzą cokolwiek spoza rozpiski – wywróci tę branże do góry nogami. Na liście, stanowiącej załącznik do projektu rozporządzenia, z przypraw znalazła się tylko sól; brak np. mielonego pieprzu, kminku, cynamonu, ziela angielskiego czy papryki sprawia, że kucharze staną przed nie lada wyzwaniem. – Sól to tak naprawdę nie przyprawa, a tylko proteza wzmacniająca smak. Bez pieprzu też można sobie w kuchni poradzić, ale brak jakichkolwiek innych ziołowych przypraw to jest katastrofa. Bez tego nie da się gotować. Nie ma kuchni bez przypraw. To one przecież decydują o charakterze potraw – komentuje znany kucharz Karol Okrasa.

Resort tłumaczy, że celem nowelizacji jest jedynie doprecyzowanie przepisów i wyeliminowanie oczywistych pomyłek, takich jak dwukrotne figurowanie ryżu na wcześniej obowiązującej liście. Od dawna wątpliwości budzi też pietruszka. W kuchni stosuje się bowiem jej nać oraz korzeń – część izb skarbowych uznaje, że dofinansowanie należy się tylko do części podziemnej, a więc dodanie natki oznacza przepadek dotacji do danej potrawy. Urzędnicy wydają też sprzeczne interpretacje i nie mogą się zdecydować, czy kukurydza powinna być klasyfikowana jako warzywo czy zboże, a od tego zależy dofinansowanie. Problemem jest i cukier wanilinowy – na liście omyłkowo figurował kilkunastokrotnie droższy, naturalny cukier waniliowy.

Zdecydowanie większym problemem był jednak pomysł, aby bary mleczne biły się o pieniądze. Projekt rozporządzenia zakładał bowiem, że gdy zacznie brakować środków na dofinansowania, to dyrektor danej izby skarbowej wypłacić je tylko tym, którzy pierwsi złożyli dokumenty. Sęk w tym, że „mleczaki” najpierw sprzedają produkty z niską marżą, a dopiero później starają się o pieniądze. Mogłoby się więc okazać, że sprzedawały poniżej swoich kosztów. Ostatecznie zrezygnowano z tego zapisu, być może w reakcji na pytania dziennikarzy.

Choć pierwszy projekt pojawił się 21 listopada, to szybko odpowiedziały na niego same bary mleczne. Wszystkie krytykują pomysły. Zwracają uwagę na brak przypraw czy wody na liście składników, piszą o problemach z ewidencjonowaniem dotowanych produktów i braku rozwiązań rzeczywistych kłopotów. Żadnych ich uwag nie uwzględniono jednak w dokumencie przedłożonym do podpisu ministrowi Szczurkowi. Nie ma tam nawet najdrobniejszej informacji o zgłoszonych przez bary problemach.

Portal przypomina, że kłopoty zaczęły się około półtora roku temu. To wtedy izby skarbowe z niejasnych przyczyn zaczęły kwestionować utarte przez kilkanaście lat schematy rozliczeń i nakazały barom zwracanie dotacji za ostatnie lata, mimo że były one wcześniej zatwierdzone przez urzędników.

Inspektor nie zapuka dwa razy

Inspektor nie zapuka dwa razy

Posłowie chcą, by inspektorzy pracy mogli wchodzić do firm bez wcześniejszego uprzedzania o swojej wizycie i jej celu.

„Dziennik Gazeta Prawna” pisze, że na pierwsze czytanie czeka poselski projekt nowelizacji ustawy z 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej. Przewiduje on zniesienie obowiązku uprzedzania z 7-dniowym wyprzedzeniem pracodawców o planowanej kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, ale także zwolnienie inspektorów z obowiązku okazania upoważnienia do przeprowadzania działań na terenie zakładu.

W ocenie posłów SLD, którzy przygotowali projekt, obowiązujące zasady wszczynania kontroli ograniczają skuteczność działań inspekcji. Zapowiedziana kontrola najczęściej uniemożliwia ustalenie rzeczywistego stanu przestrzegania prawa pracy i zasad bhp.

Dyskusja nad ograniczeniami dotyczącymi formalności związanych z kontrolą PIP jest potrzebna. Moim zdaniem niewątpliwie należy podjąć prace w kierunku zwiększenia skuteczności inspekcji. Choć pewnie trudno będzie znaleźć złoty środek, który z jednej strony pozwoli inspektorom skutecznie przeprowadzać kontrole, a z drugiej nie będzie dezorganizował funkcjonowania firmy – stwierdza Aleksander Sosna, poseł PO, który zawodowo jest inspektorem pracy. – Po kilku latach obowiązywania ograniczeń w sposobie prowadzenia kontroli przez PIP warto sprawdzić, czy przepisy pozwalają inspekcji na skuteczną realizację powierzonych jej zadań. Owszem, swoboda działalności gospodarczej jest ważna, ale jej zapewnienie nie może blokować możliwości weryfikacji warunków pracy i bezpieczeństwa załogi – podkreśla Józef Zych, poseł PSL. Inicjatywę popierają też posłowie PiS.

Wielokrotnie wskazywano, że wcześniejsze powiadomienie o kontroli zazwyczaj niweczy efekty, jakie można by osiągnąć, wszczynając działania bez uprzedzenia – mówi Iwona Hickiewicz, główny inspektor pracy. Dodaje, że wprowadzenie obowiązku dostarczania upoważnień do przeprowadzenia kontroli wywarło istotny negatywny wpływ na skuteczność działań PIP.