Tani, ale kiepscy

Tani, ale kiepscy

Prawie 1,1 mln zł wyniosły roszczenia sądów wobec Polskiej Grupy Pocztowej, prywatnego operatora, który od roku wspólnie z InPostem i z Ruchem dostarcza korespondencję w imieniu wymiaru sprawiedliwości.

TOK FM przypomina, że od początku było wiele zastrzeżeń do sposobu realizacji kontraktu. Obywatele skarżyli się m.in. na konieczność odbioru awizowanych przesyłek w miejscach bardzo oddalonych od miejsca zamieszkania, sądy – że nie otrzymują potwierdzeń, że korespondencja dotarła do adresatów. Choć z czasem sytuacja nieco się poprawiła, nadal wielu sędziów i prokuratorów, a także sam resort skarży się na niską jakość usług świadczonych przez niepublicznego doręczyciela. Wioletta Olszewska z Wydziału Komunikacji Społecznej Ministerstwa Sprawiedliwości poinformowała, że łączna liczba reklamacji wyniosła 170 tysięcy. Z powodu ewidentnych błędów w doręczaniu korespondencji uchylono co najmniej sześć wyroków.

Lubelski sąd elektroniczny (e-sąd) to jedyny taki sąd w Polsce. Wydaje on nakazy zapłaty np. za niezapłacone rachunki za prąd czy mieszkanie. Sędzia Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie, poinformował, że do PGP z e-sądu skierowano roszczenia na blisko milion złotych. Większość z nich dotyczy zagubionych przesyłek – takich reklamacji jest 6600 na łączną kwotę 950 tys. zł. – Nigdy poprzednio nie było tylu spraw zgłaszanych do policji w sprawie zaginięcia przesyłek czy też podrobienia podpisów na doręczanej korespondencji – mówi Ozimek.

W przypadku e-sądu wiele reklamacji (w sumie ponad 30 tysięcy) dotyczy też zwrotnych poświadczeń odbioru, a chodzi m.in. o wydanie przesyłki osobie nieuprawnionej; nieprecyzyjne określenie, kto dany list odebrał (np. zaznaczono dwie wykluczające się opcje – adresat i dorosły domownik, bo adresata nie było); niepełne dane osoby odbierającej list czy brak daty odbioru przesyłki – czytamy na stronie radia. Problemem jest też to, że przy rozpatrywaniu reklamacji operator nie stosuje się do przepisów: nie udziela odpowiedzi w terminie 30 dni oraz nie wypłaca w terminie należnego odszkodowania.

Sąd w Opolu zwraca uwagę na coś jeszcze: utrudniony kontakt z adresem mailowym bok@pgpsa.pl, pod którym pracownicy biura obsługi klienta powinni na bieżąco udzielać wszelkich informacji. Z danych z Opola wynika też, że z opóźnieniem kierowane są tu do wykonania prawomocne orzeczenia.

Obecnie resort sprawiedliwości oczekuje na wyniki kontroli realizacji kontraktu, przeprowadzonej przez Urząd Komunikacji Elektronicznej.

W „Nowym Obywatelu” nr 66 będzie można przeczytać obszerny tekst na temat prywatnych i państwowego operatora pocztowego.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pozorne zmiany na lepsze

Pozorne zmiany na lepsze

Drastycznie spada liczba przetargów, w których jedynym kryterium wyboru oferty jest cena. Nie ma się jednak z czego cieszyć, gdyż dodatkowe wymogi nie są w stanie wpłynąć na wynik postępowania.

Wyborcza.biz przypomina, że przepisy obowiązujące od października nakazują, by najniższa cena przestała być jedynym kryterium wyboru oferty w postępowaniu przetargowym. Urząd Zamówień Publicznych opublikował statystyki, które pozwalają sprawdzić, jak nowe wytyczne przekładają się na rzeczywistość. Okazuje się, że wśród mniejszych przetargów odsetek tych, w których jedynym kryterium jest cena, spadł z 93 do 33 proc., wśród „dużych” z 85 do 45 proc.

Portal studzi ewentualny entuzjazm. Okazuje się bowiem, że z reguły zamawiający idzie po linii najmniejszego oporu i stosuje – poza ceną – tylko jedno dodatkowe kryterium. Najczęściej (w 31 proc. przypadków) jest to termin realizacji umowy albo (w 30 proc. przypadków) czas trwania gwarancji. Jakość wykonania usługi/dostawy miała znaczenie tylko w 8 proc. przypadków. Do tego to drugie kryterium było bardzo słabo punktowane. Dawało ono nie więcej niż 11 proc. punktów – pisze. Przykładem jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, która nieco zmieniła kryteria w połowie 2013 r. i obecnie kiedy wyłania wykonawców robót budowlanych w 90 proc. decyduje cena, zaś w 10 proc. termin realizacji i gwarancja jakości.

Zamawiający jako autorzy specyfikacji i gospodarze postępowania są silniejszą stroną – komentuje Robert Jaroszewski, współtwórca bloga Prawo-zamówień-publicznych.pl. – Wyniosłość zamawiających objawia się w zaporowych wymaganiach. Startujesz, to je spełnisz za wszelką cenę. Nie startujesz, nie dostaniesz nic. Nikt nie wystartuje, powtórzymy przetarg. Za drogo – unieważnimy postępowanie – opisuje.

Jeszcze ostrzej sytuację ocenia Jakub Baraniewski, adwokat, autor bloga www.udzielanie-zamowien-publicznych.pl. Jego zdaniem najniższa cena to proste kryterium, dzięki któremu jedna osoba może zajmować się przetargami z jakiejkolwiek dziedziny. – Nie trzeba się znać na przedmiocie zamówienia, żeby dostrzec, która oferta zawiera najniższą cenę. Znacznie bardziej skomplikowane jest stworzenie opisu przedmiotu zamówienia, który na pierwszym miejscu stawia wysoką jakość realizacji określonego zadania – wówczas trzeba już mieć fachową wiedzę dotyczącą przedmiotu zamówienia.

Niestety, urzędnicy nie potrafią w sposób wymierny określić innych kryteriów, więc próbują obejść ten zapis poprzez wpisywanie kryterium ceny na poziomie 99 proc., a pozostały 1 proc. przypisując terminowi płatności, gwarancji itp. „bezpiecznym” z punktu widzenia urzędnika kryteriom – ocenia Marek Kowalski z Konfederacji Lewiatan. Jego zdaniem sytuacja będzie się poprawiać, głównie dlatego, że zgodnie z przepisami to właśnie urzędnik będzie musiał się wytłumaczyć np. przed sądem, dlaczego nie skorzystał z możliwości zastosowania kryteriów innych niż cena.

Być może urzędnicza zachowawczość wynika ze strachu przed nadzorem. W ustawie o finansach publicznych zapisano, że środki publiczne powinny być wydatkowane w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem zasad uzyskiwania najlepszych efektów z danych nakładów oraz optymalnego doboru metod i środków służących osiągnięciu założonych celów. – Często, niestety, wszystkie podmioty nadzorujące utożsamiają te zasady wyłącznie z najniższą ceną, co nie ułatwia zadania nawet tym zamawiającym, którzy próbują się wyłamywać z utartych schematów – komentuje Wojciech Hartung z kancelarii DZP.

Nasz tekst o tym, jak powinny wyglądać zamówienia publiczne

Czy będziemy jeszcze odpoczywać?

Czy będziemy jeszcze odpoczywać?

Komisja Europejska zajmie się zmianą dyrektywy dotyczącej organizacji czasu pracy. W tym celu przeprowadzi konsultacje społeczne, które potrwają do 15 marca 2015 r. W przygotowanej ankiecie zawarła pytania dotyczące najbardziej palących i kontrowersyjnych problemów.

Jednym z zagadnień jest problem stosowania norm dotyczących czasu pracy, takich jak przeciętnie 48-godzinny tydzień pracy czy 11-godzinny dobowy odpoczynek, w sytuacji zatrudnienia na podstawie kilku umów. Obecnie należy stosować je oddzielnie do każdego z takich kontraktów, co powoduje, że podpisywanie wielu umów stało się sposobem na obchodzenie norm czasu pracy. Dlatego też jednym z postulatów jest stosowanie tych norm łącznie do wszystkich umów, co lepiej zabezpieczałoby prawo zatrudnionych do odpoczynku.

Kolejnym istotnym problemem, który zostanie poruszony w konsultacjach, jest możliwość wydłużenia rozliczania czasu pracy. KE chce się przyjrzeć rozwiązaniom przyjętym w różnych krajach. Przedstawiciele związków zawodowych zwracają uwagę na konieczność ścisłego doprecyzowania warunków i okoliczności pozwalających na wydłużenie okresu rozliczeniowego.

W dyrektywie mogą pojawić się także nowe tematy, którym również zamierza przyjrzeć się KE. Mowa tu przede wszystkim o nowych formach zatrudnienia, takich jak telepraca czy funkcjonujące w Wielkiej Brytanii „kontrakty zerowe”, które oznaczają de facto pracę na wezwanie. Obowiązująca dyrektywa ma już 20 lat, dlatego niezbędna jest jej aktualizacja o niedawno powstałe zjawiska.

W świetle ostatnich zakusów pracodawców na jedną z ostatnich zdobyczy ruchu pracowniczego, która jeszcze się ostała, jaką jest ściśle uregulowany czas pracy, należy stwierdzić, że dobrze się stało, że Komisja Europejska zamierza ponownie przyjrzeć się tematowi. Tym bardziej, że jeśli ktoś jeszcze broni pracowników w naszym kraju, to oprócz związków zawodowych są to właśnie instytucje europejskie (jako przykład można dać niedawne wezwanie KE do polskich władz ws. nadużywania nad Wisłą umów śmieciowych). Chyba jednak nie należy się łudzić, że poruszony zostanie coraz częściej pojawiający się postulat skrócenia czasu pracy. Na takie „ekstrawagancje” urzędnicy europejscy raczej nie są jeszcze przygotowani. Pytanie, czy kiedykolwiek będą.

Gazownictwo w opałach

Gazownictwo w opałach

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo znalazło się w trudnej sytuacji, co będzie się wiązało z cięciem kosztów oraz redukcją zatrudnienia. Jedną z przyczyn jest liberalizacja rynku gazu.

Rozwój spółki w dużej mierze blokują stare długoterminowe kontrakty na zakup gazu, które w obliczu spadku cen surowców na rynku wyraźnie się zdezaktualizowały. Mowa przede wszystkim o kontrakcie jamalskim, który firma po raz kolejny renegocjuje, oraz kontrakcie z Katarczykami, którego realizację udało się niedawno przesunąć w czasie. Tymczasem za naszą zachodnią granicą tzw. spotowe ceny gazu spadły nawet o 30 proc., przez co opłacalność jego importu z Niemiec bardzo wzrosła. PGNiG nie może jednak z tego skorzystać, gdyż w pierwszej kolejności musi zakupić zakontraktowaną ilość gazu z Rosji w formule take or pay, która oznacza, że trzeba płacić nawet w sytuacji nieodebrania surowca. A trzeba pamiętać, że dawno zakontraktowany gaz z Kataru, którego odebranie udało się opóźnić, będzie jeszcze droższy od rosyjskiego.

Innym problemem, który dobija PGNiG, jest istnienie tzw. obliga gazowego, będącego elementem liberalizacji rynku gazu w Polsce. Zmusza ono spółkę do sprzedaży co najmniej 55 proc. gazu przez giełdę. Obecne ceny rynkowe są na takim poziomie, że PGNiG kupujące drogi gaz od Rosjan ponad połowę surowca musi sprzedawać ze stratą. By je ograniczyć, firma stworzyła spółkę-córkę, której głównym zadaniem jest… kupowanie gazu na rynku od spółki-matki, tak by wypełnić obligo.

Wydaje się, że decydujący dla losów przedsiębiorstwa będzie przyszły rok. Wiele zależy od wyników renegocjacji kontraktu jamalskiego, który będzie ciążył spółce jeszcze przez 7 lat. Tym bardziej, że na horyzoncie widać już kolejne kłopoty, jak nowy podatek od węglowodorów, który będzie obowiązywał od 2015 r., oraz powolny spadek wydobycia w związku z wyczerpywaniem się własnych złóż.