Klienci pany!

Klienci pany!

Polscy konsumenci dostali pod choinkę sporo nowych przepisów, mocniej chroniących ich interesy.

„Kupiłem w sieci bluzę, ale okazała się koloru czerwonego, a nie różowego”. „Nie poinformowano mnie, że przysługuje mi gwarancja” – teraz klient, który znajdzie się w takiej sytuacji, ma prawo uznać transakcję za nieważną i żądać zwrotu pieniędzy – pisze Wyborcza.biz. Tak wynika z nowej Ustawy o prawach konsumenta, która reguluje relacje na linii sprzedawca – klient zarówno w przypadku zakupów w sklepie, jak i poza nim oraz na odległość (w Internecie i przez telefon). Stanowi ona przeszczepienie na polski grunt unijnej dyrektywy.

Art. 12 ustawy zawiera 21 informacji, które sprzedawca musi podać przed zawarciem umowy. To bat na nieuczciwych handlowców, głównie sprzedających poza lokalem i przez Sieć. Przykładowo, senior, który kupi na pokazie zestaw garnków, obowiązkowo musi dostać cały pakiet informacji o reklamacjach, dodatkowych opłatach itd. – w przeciwnym wypadku transakcja będzie traktowana jako zawarta niezgodnie z prawem.

Trudniejsza będzie też sprzedaż przez telefon. Wyobraźmy sobie sytuację: klient zgadza się w rozmowie telefonicznej na zakup książek – teraz to wcale nie znaczy, że umowę zawarto. Telemarketer musi wysłać na trwałym nośniku (czyli np. mailem w pliku PDF) treść umowy oraz niezbędne informacje, a klient musi odesłać oświadczenie, że chce tę umowę zawrzeć. Wtedy transakcja jest finalizowana – pisze portal.

Z kolei e-handlarze muszą wszystkie te informacje zawrzeć w regulaminach, zaś informacja, że towar lub usługa jest płatna, musi być dobrze wyeksponowana. Izba Gospodarki Elektronicznej rekomenduje dwa rodzaje przycisków w momencie zamówienia towaru: „Kupuję i płacę” lub „Potwierdzam zamówienie. Zamówienie wiąże się z obowiązkiem zapłaty”. Jeśli na stronie sklepu internetowego nie będzie jasnej i czytelnej informacji, że za towar trzeba płacić, klient ma prawo uznać, że jest on darmowy, a przedsiębiorca nie może wymagać od niego zapłaty.

Gdy zamówiony przez Internet towar dotrze do nas uszkodzony, to o ile przy zakupie wybraliśmy sposób przesyłki proponowany przez sprzedawcę, np. współpracującego z nim kuriera, to odpowiedzialność za nią bierze na siebie sprzedawca (nie może się zasłaniać twierdzeniem, że wysłał pełnowartościowy produkt, który zniszczył się w toku dostawy).

Gdy kupimy przez Internet np. ubranie, możemy zrezygnować w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. Można ten termin wydłużyć: najpierw wysłać informację o odstąpieniu od umowy, a potem odesłać sam towar; na każdą z tych czynności mamy 14 dni. Termin na zwrot liczy się od następnego dnia po otrzymaniu towaru. Co więcej, jeśli sprzedawca nie poinformował o 14-dniowym okresie na odstąpienie, termin wydłuża się do roku i dwóch tygodni. Gdy sprzedawca odbierze towar lub dostanie potwierdzenie jego wysyłki, ma 14 dni na zwrot pieniędzy. Jeśli zwracany towar nosi ślady używania, zwracana jest niepełna kwota.

Nieco inaczej jest w przypadku rezygnacji z umów o świadczenie usług, takich jak telekomunikacyjne, internetowe, dostawy gazu czy energii elektrycznej. 14-dniowy okres na odstąpienie liczy się od kolejnego dnia po podpisaniu umowy. Jeśli usługę włączono od razu po dobiciu targu, to za korzystanie z niej musisz płacić już w okresie ochronnym. Czyli: zamówiłeś nową taryfę internetową 1 marca, a 2 marca już z nowego łącza korzystałeś. Czas na odstąpienie masz do 16 marca, ale wypowiadasz umowę 10. Korzystałeś z internetu osiem dni i za ten okres musisz zapłacić – czytamy.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

To czytają obywatele

To czytają obywatele

Przygotowaliśmy zestawienie 10 tekstów opublikowanych na stronie „Nowego Obywatela”, które w minionym roku odnotowały największą liczbę wyświetleń. Trzy pierwsze miejsca zajęły felietony naszego stałego współpracownika, Piotra Wójcika.

Poniżej znajduje się wspomniane zestawienie. Wszystkim, którzy przegapili któryś z wymienionych materiałów z czystym sumieniem polecamy nadrobienie zaległości, naprawdę warto. A naszemu koledze, którego felietony o tematyce ekonomicznej znalazły żywy oddźwięk w Internecie – szczerze gratulujemy!

1. Piotr Wójcik, Nie musieliśmy zaczynać od zera

2. Piotr Wójcik, Polska ekonomia absurdu

3. Piotr Wójcik, Neokolonializm nasz powszedni

4. Nie płacz Tesco, bo tu miejsca brak

5. Karol Trammer, Raport ze znikającego państwa

6. Pokolenie utraconych możliwości

7. Ludzie tak nie wyglądają

8. ZUS > OFE

9. Krzysztof Wołodźko, Trzecia Rzecz Wykluczająca

10, Jim Keoghan, Jak korporacyjny futbol wykończył kluby, które kochaliśmy

Tani, ale kiepscy

Tani, ale kiepscy

Prawie 1,1 mln zł wyniosły roszczenia sądów wobec Polskiej Grupy Pocztowej, prywatnego operatora, który od roku wspólnie z InPostem i z Ruchem dostarcza korespondencję w imieniu wymiaru sprawiedliwości.

TOK FM przypomina, że od początku było wiele zastrzeżeń do sposobu realizacji kontraktu. Obywatele skarżyli się m.in. na konieczność odbioru awizowanych przesyłek w miejscach bardzo oddalonych od miejsca zamieszkania, sądy – że nie otrzymują potwierdzeń, że korespondencja dotarła do adresatów. Choć z czasem sytuacja nieco się poprawiła, nadal wielu sędziów i prokuratorów, a także sam resort skarży się na niską jakość usług świadczonych przez niepublicznego doręczyciela. Wioletta Olszewska z Wydziału Komunikacji Społecznej Ministerstwa Sprawiedliwości poinformowała, że łączna liczba reklamacji wyniosła 170 tysięcy. Z powodu ewidentnych błędów w doręczaniu korespondencji uchylono co najmniej sześć wyroków.

Lubelski sąd elektroniczny (e-sąd) to jedyny taki sąd w Polsce. Wydaje on nakazy zapłaty np. za niezapłacone rachunki za prąd czy mieszkanie. Sędzia Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie, poinformował, że do PGP z e-sądu skierowano roszczenia na blisko milion złotych. Większość z nich dotyczy zagubionych przesyłek – takich reklamacji jest 6600 na łączną kwotę 950 tys. zł. – Nigdy poprzednio nie było tylu spraw zgłaszanych do policji w sprawie zaginięcia przesyłek czy też podrobienia podpisów na doręczanej korespondencji – mówi Ozimek.

W przypadku e-sądu wiele reklamacji (w sumie ponad 30 tysięcy) dotyczy też zwrotnych poświadczeń odbioru, a chodzi m.in. o wydanie przesyłki osobie nieuprawnionej; nieprecyzyjne określenie, kto dany list odebrał (np. zaznaczono dwie wykluczające się opcje – adresat i dorosły domownik, bo adresata nie było); niepełne dane osoby odbierającej list czy brak daty odbioru przesyłki – czytamy na stronie radia. Problemem jest też to, że przy rozpatrywaniu reklamacji operator nie stosuje się do przepisów: nie udziela odpowiedzi w terminie 30 dni oraz nie wypłaca w terminie należnego odszkodowania.

Sąd w Opolu zwraca uwagę na coś jeszcze: utrudniony kontakt z adresem mailowym bok@pgpsa.pl, pod którym pracownicy biura obsługi klienta powinni na bieżąco udzielać wszelkich informacji. Z danych z Opola wynika też, że z opóźnieniem kierowane są tu do wykonania prawomocne orzeczenia.

Obecnie resort sprawiedliwości oczekuje na wyniki kontroli realizacji kontraktu, przeprowadzonej przez Urząd Komunikacji Elektronicznej.

W „Nowym Obywatelu” nr 66 będzie można przeczytać obszerny tekst na temat prywatnych i państwowego operatora pocztowego.

Pozorne zmiany na lepsze

Pozorne zmiany na lepsze

Drastycznie spada liczba przetargów, w których jedynym kryterium wyboru oferty jest cena. Nie ma się jednak z czego cieszyć, gdyż dodatkowe wymogi nie są w stanie wpłynąć na wynik postępowania.

Wyborcza.biz przypomina, że przepisy obowiązujące od października nakazują, by najniższa cena przestała być jedynym kryterium wyboru oferty w postępowaniu przetargowym. Urząd Zamówień Publicznych opublikował statystyki, które pozwalają sprawdzić, jak nowe wytyczne przekładają się na rzeczywistość. Okazuje się, że wśród mniejszych przetargów odsetek tych, w których jedynym kryterium jest cena, spadł z 93 do 33 proc., wśród „dużych” z 85 do 45 proc.

Portal studzi ewentualny entuzjazm. Okazuje się bowiem, że z reguły zamawiający idzie po linii najmniejszego oporu i stosuje – poza ceną – tylko jedno dodatkowe kryterium. Najczęściej (w 31 proc. przypadków) jest to termin realizacji umowy albo (w 30 proc. przypadków) czas trwania gwarancji. Jakość wykonania usługi/dostawy miała znaczenie tylko w 8 proc. przypadków. Do tego to drugie kryterium było bardzo słabo punktowane. Dawało ono nie więcej niż 11 proc. punktów – pisze. Przykładem jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, która nieco zmieniła kryteria w połowie 2013 r. i obecnie kiedy wyłania wykonawców robót budowlanych w 90 proc. decyduje cena, zaś w 10 proc. termin realizacji i gwarancja jakości.

Zamawiający jako autorzy specyfikacji i gospodarze postępowania są silniejszą stroną – komentuje Robert Jaroszewski, współtwórca bloga Prawo-zamówień-publicznych.pl. – Wyniosłość zamawiających objawia się w zaporowych wymaganiach. Startujesz, to je spełnisz za wszelką cenę. Nie startujesz, nie dostaniesz nic. Nikt nie wystartuje, powtórzymy przetarg. Za drogo – unieważnimy postępowanie – opisuje.

Jeszcze ostrzej sytuację ocenia Jakub Baraniewski, adwokat, autor bloga www.udzielanie-zamowien-publicznych.pl. Jego zdaniem najniższa cena to proste kryterium, dzięki któremu jedna osoba może zajmować się przetargami z jakiejkolwiek dziedziny. – Nie trzeba się znać na przedmiocie zamówienia, żeby dostrzec, która oferta zawiera najniższą cenę. Znacznie bardziej skomplikowane jest stworzenie opisu przedmiotu zamówienia, który na pierwszym miejscu stawia wysoką jakość realizacji określonego zadania – wówczas trzeba już mieć fachową wiedzę dotyczącą przedmiotu zamówienia.

Niestety, urzędnicy nie potrafią w sposób wymierny określić innych kryteriów, więc próbują obejść ten zapis poprzez wpisywanie kryterium ceny na poziomie 99 proc., a pozostały 1 proc. przypisując terminowi płatności, gwarancji itp. „bezpiecznym” z punktu widzenia urzędnika kryteriom – ocenia Marek Kowalski z Konfederacji Lewiatan. Jego zdaniem sytuacja będzie się poprawiać, głównie dlatego, że zgodnie z przepisami to właśnie urzędnik będzie musiał się wytłumaczyć np. przed sądem, dlaczego nie skorzystał z możliwości zastosowania kryteriów innych niż cena.

Być może urzędnicza zachowawczość wynika ze strachu przed nadzorem. W ustawie o finansach publicznych zapisano, że środki publiczne powinny być wydatkowane w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem zasad uzyskiwania najlepszych efektów z danych nakładów oraz optymalnego doboru metod i środków służących osiągnięciu założonych celów. – Często, niestety, wszystkie podmioty nadzorujące utożsamiają te zasady wyłącznie z najniższą ceną, co nie ułatwia zadania nawet tym zamawiającym, którzy próbują się wyłamywać z utartych schematów – komentuje Wojciech Hartung z kancelarii DZP.

Nasz tekst o tym, jak powinny wyglądać zamówienia publiczne