Bo zupa była za słona

Bo zupa była za słona

Jadłodajnia w Słupsku musi zapłacić 1,1 mln zł – to kara za dodawanie przypraw do posiłków subsydiowanych przez Ministerstwo Finansów.

Jak informuje Radio Gdańsk, kara została naliczona za lata 2008-2012, choć pracownicy Izby Skarbowej początkowo nie mieli zastrzeżeń wobec słupskiego baru. Dopiero ponowne inspekcje, przeprowadzone przez tych samych urzędników, wykazały nieprawidłowości.

Zdaniem Eugenii Rębacz – właścicielki baru – obowiązujące prawo sprzyja manipulacjom, a skomplikowane przepisy pozwalają na krzywdzącą interpretację. Tymczasem egzekucja kary może doprowadzić do upadłości firmy. Do kosztów należy doliczyć narastające odsetki, wynagrodzenie dla 130 pracowników, rachunki oraz pozostałe należności.

Choć karę nałożoną na jadłodajnię skierowano już do firmy windykacyjnej, decyzja o płatności została tymczasowo wstrzymana przez Ministerstwo Finansów. Ostateczne stanowisko zostanie ogłoszone po zakończeniu postępowania administracyjnego.

Restrykcyjne przepisy Ministerstwa Finansów mają ulec zmianie 1 kwietnia. Do tego czasu do posiłków dofinansowywanych przez państwo nie można dodawać mięsa ani przypraw. Każdego roku z budżetu do jadłodajni trafia blisko 20 mln zł.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dziurawa tarcza antykorupcyjna w Służbie Celnej?

Dziurawa tarcza antykorupcyjna w Służbie Celnej?

Związek zawodowy pracowników Służby Celnej Celnicy.pl alarmuje: celnicy, którzy przekazują informacje o nieprawidłowościach, z jakimi spotykają się w pracy, są szykanowani. Ministerstwo Finansów zapewnia, że chroni sygnalistów i jak może zachęca do zgłaszania wszelkich nadużyć, ale jednocześnie – ustami wiceszefa resortu odpowiadającego za Służbę Celną – podważa ich wiarygodność.

Przewodniczący związku Sławomir Siwy podkreśla, że Służba Celna odpowiada za blisko 1/3 wpływów do budżetu państwa oraz za bezpieczeństwo granic Unii Europejskiej. Ochrona tzw. sygnalistów, czyli zgłaszających nadużycia czy korupcję, powinna być więc priorytetem dla tej formacji. Tymczasem dla wielu celników nagrodą za uczciwość były represje ze strony przełożonych. Siwy opowiedział PAP o różnego rodzaju konsekwencjach służbowych wyciąganych wobec sygnalistów: przenosi się [ich np.] do miejscowości oddalonej o 100-150 km. (…) Inną formą szykan jest np. pomijanie w awansach, w nagrodach etc. Jeszcze inną formą represji jest wszczynanie i długotrwałe prowadzenie postępowań dyscyplinarnych. Sygnaliści są też narażeni na ostracyzm ze strony przełożonych albo są po prostu zwalniani ze służby. Niestety, jak dodaje, udowodnienie, że zwolnienie czy inna forma dyscyplinowania pracownika jest odwetem właśnie za informowanie o nieprawidłowościach, jest bardzo trudne: nikt w Polsce nie wstawi się za sygnalistą, ani państwo, ani prawo [go] nie chroni.

Taka sytuacja ma fatalne konsekwencje dla ogólnej kondycji służby i morale jej pracowników, co z kolei przekładać się będzie na narastanie patologii i przyniesie negatywne konsekwencje dla budżetu państwa. Według Siwego, celnicy otrzymują „z góry” jasny sygnał, że lepiej się nie wychylać. W zmianie tego stanu rzeczy nie pomogły nowe procedury, związane z wprowadzeniem do Służby Celnej instytucji wybieranych przez załogi mężów zaufania: mobbing i dyskryminacja sygnalistów nie ustają.

Wiceminister finansów i szef Służby Celnej Jacek Kapica stanowczo odrzuca wysunięte przez związkowców zarzuty. – W roku 2013 uruchomiliśmy w Ministerstwie Finansów centralny telefon zgłoszeniowy dla każdego celnika. Każdy – niezależnie od drogi służbowej – może zgłosić zidentyfikowane przez siebie nieprawidłowości. Nie musi swego sygnału, spostrzeżenia zgłaszać bezpośredniemu przełożonemu, bo to może właśnie tego przełożonego dotyczyć, bądź jednostki w której pracuje. Każdy taki sygnał jest przez nas wyjaśniany, a osoba zgłaszającego podlega ochronie – zapewnia w wywiadzie udzielonym PAP. Deklaruje jednocześnie, że w resorcie podejmowane są kolejne działania na rzecz poprawy sytuacji sygnalistów. Przykładowo, od 2014 r. w każdej jednostce organizacyjnej Służby Celnej powołuje się tzw. osobę pierwszego kontaktu, specjalizującą się w przeciwdziałaniu korupcji, wybieraną w bezpośrednich, wolnych i tajnych wyborach.

Jednocześnie Kapica kwestionuje pobudki sygnalistów: Niestety w dużej części [przypadków] jest tak, że ktoś staje się sygnalistą, kiedy kłopoty jego dotyczą. Dostrzega problemy, jak jest w jakimś obszarze zainteresowania – naszym bądź innych służb. I wtedy – nie wcześniej – stara się być sygnalistą, żeby podnieść swoją wiarygodność. To nie znaczy, że nie ma racji w tym, co mówi, ale to nie znaczy, że to co mówi, będzie go usprawiedliwiało wobec innych służb bądź działań. Staramy się oddzielić zainteresowanie problemem, bez względu na to, kto zgłasza, ale jednocześnie nie możemy usprawiedliwiać nadużycia prawa tym, że ktoś staje się sygnalistą – przekonuje szef Służby Celnej.

Nasz tekst o polskich sygnalistach

Pacjenci walczą!

Pacjenci walczą!

Rodzice dzieci chorych na rzadkie i nietypowe choroby (napady wysokiej gorączki, choroby autoimmunologiczne, brak odporności) wygrali w ostatnich dwóch latach 11 spraw sądowych przeciw Ministerstwu Zdrowia, dotyczących refundacji drogich zagranicznych leków na te schorzenia.

Prawo mówi, że jeśli lek jest dopuszczony do obrotu w UE, oznacza to również dopuszczenie go na rynek polski, Ministerstwo jednak twierdzi, że istnieje podstawa do sprowadzania (i finansowania, bo nie jest to tożsame) jedynie tych leków, których nie ma w polskich aptekach. Resort zdrowia może takie leki sprowadzać, jednak robi to niechętnie – krytycy przekonują, że urzędnicy interpretują zapisy na niekorzyść pacjentów. Decyzje co do finansowania leków w konkretnych przypadkach podejmowane są niespójnie, brak jednej wykładni przepisów – informuje Forsal.pl.

Zdesperowani rodzice (koszty leczenia niektórych schorzeń to nawet 3 mln zł rocznie) wytaczają ministerstwu sprawy sądowe – i zazwyczaj je wygrywają. Jeśli resort nie odwoła się do Najwyższego Sądu Administracyjnego, musi wydać zgodę na sprowadzenie leku i finansowanie leczenia. Zgoda ta jednak jest w mocy tylko przez trzy kolejne miesiące. Po tym czasie rodzice chorych dzieci muszą ponownie wystąpić z wnioskiem.

Zdaniem sądu minister powinien w takich przypadkach szukać prawnych podstaw do finansowania – podstawą taką może być np. art. 40 ustawy o refundacji, który przewiduje możliwość refundacji leku poza wskazaniami (off-label). Ministerstwo broni się jednak, twierdząc, iż chodzi tu o bardzo drogie leki i otwarcie tej furtki mogłoby spowodować lawinę wniosków. Pytanie, co mają w takim przypadku zrobić rodzice ciężko chorych dzieci…

Inwestorze, tnij ile chcesz!

Inwestorze, tnij ile chcesz!

Według Najwyższej Izby Kontroli polskie miasta i powiaty nie chronią skutecznie swoich terenów zielonych. Problem stanowi w szczególności wycinka drzew na terenach przeznaczonych pod inwestycje.

Wedle informacji uzyskanych w toku kontroli, przy ponad 201 zbadanych inwestycjach złożono 25 tys. wniosków o wycinkę, a urzędnicy odmówili wydania zezwolenia zaledwie w… 59 przypadkach. Decyzje organów samorządowych dotyczące wycinki drzew mają charakter uznaniowy, a przy ich wydawaniu bierze się pod uwagę przede wszystkim informacje i dowody przedkładane przez inwestorów. Burmistrzowie i starostowie nie wykorzystują przy tym dostępnych im narzędzi wpływu na planowanie i gospodarkę przestrzenną: nie badają wartości przyrodniczej drzew (biegłych powołano w zaledwie 2 przypadkach!) ani nie proponują rozwiązań alternatywnych wobec proponowanych przez inwestorów. Ich postępowanie, choć zgodne z prawem o ochronie przyrody, NIK ocenia jako często nierzetelne.

O ile administracja lokalna nakłada zwykle na inwestorów obowiązek nasadzenia nowych drzew (najczęściej wedle zasady „jedno za jedno”), o tyle Izba negatywnie ocenia skuteczność kompensacji przyrodniczej. Inwestorzy ograniczają bowiem koszty kupując niskiej jakości sadzonki, niedopasowane do otoczenia, a następnie pozostawiają je bez odpowiedniej opieki. Nasadzone drzewa, nie dość że ich szanse na przeżycie są nikłe, do ukończenia 10 lat podlegają wycince bez zezwolenia. W ponad połowie zbadanych spraw urzędnicy nie weryfikowali nawet deklaracji inwestorów o przeprowadzeniu nasadzeń. Rzadko obarczali ich opłatami za usunięcie drzew, a te nałożone w znacznej części przypadków były umarzane. Inspekcja wykazała ponadto, że władze samorządowe nie prowadzą należytej inwentaryzacji terenów zielonych (nie gromadzą np. danych o stanie ilościowym poszczególnych gatunków), która umożliwiłaby im podejmowanie racjonalnych ze społecznego i przyrodniczego punktu widzenia decyzji w tego typu sprawach.

Brakuje również koordynacji pomiędzy organami wydającymi zezwolenia a wydziałami urzędów zajmującymi się planowaniem przestrzennym. W swoich rekomendacjach NIK sugeruje, że współpraca między odpowiednimi komórkami organizacyjnymi pomogłaby wypracować spójne i kompleksowe zalecenia dla inwestora już na etapie wydawania decyzji o warunkach zabudowy – a tym samym ochronić możliwie największą liczbę drzew. Przede wszystkim jednak konieczne są zmiany w ustawie o ochronie przyrody, przede wszystkim zapisów dotyczących ustalania i egzekwowania kompensacji przyrodniczej – ocenili kontrolerzy.