Na co komu partycypacja?

Na co komu partycypacja?

Konsultacje społeczne dotyczące opieki zdrowotnej stanowią nieodłączny element funkcjonowania wielu państw europejskich. W Polsce wielokrotnie przebiegają one jednak na poziomie gotowych projektów, a społeczeństwo najczęściej reprezentują… urzędnicy.

Jak pisze portal RynekZdrowia.pl, zdaniem organizacji pacjentów konsultacje przynoszą obustronne korzyści. Podnoszą poziom świadomości społecznej, a dla rządzących stanowią ważny aspekt wizerunkowy, ponieważ są wyrazem rozwoju i dojrzałości administracji. Pozwalają uzyskać nie tylko zaufanie pacjentów, ale i przyczyniają się do zwiększenia poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z poziomu świadczonych usług zdrowotnych.

Za wzór aktywizacji społecznej stawiana jest Wielka Brytania, gdzie już od 2000 r. obowiązuje kodeks w zakresie konsultacji pisanych. Zgodnie z ustawą muszą być prowadzone w sposób umożliwiający realny wpływ na politykę, co w praktyce oznacza udział pacjentów już we wczesnym etapie planowania. Jednocześnie czas ich trwania nie może być krótszy niż 12 tygodni, a dokumenty powinny klarownie przedstawiać problematykę proponowanych zmian. Pacjenci uczestniczą nie tylko w pracach ustawodawczych, lecz mają wpływ na testowanie rozwiązań technologicznych w medycynie oraz angażują się w innowacyjne procesy badawcze oraz projektowanie protokołów badań klinicznych.

Rozwiązania w kwestii konsultacji z pacjentami wprowadzono również w Holandii i Szwecji. W obu krajach opinia społeczna służy podjęciu decyzji o zakwalifikowaniu konkretnych usług do koszyka świadczeń gwarantowanych. Dodatkowo w Szwecji przeprowadzane są debaty i badania ankietowe dotyczące podziału środków na konkretne dziedziny medycyny. Z punktu widzenia ustawodawcy istotne są nie tylko aspekty stricte zdrowotne, lecz również kwestie etyczne i moralne. Podobne rozwiązania zostały wprowadzone m. in. w Stanach Zjednoczonych – gdzie każdy zainteresowany mógł wziąć aktywny udział w pracach Federalnego Komitetu Koordynacyjnego do spraw badania efektywności terapii.

Ponadto pacjenci krajów Unii Europejskiej uczestniczą w pracach Komisji Europejskiej dotyczących ochrony zdrowia oraz partycypują w Komitecie Naukowym Europejskiej Agencji ds. Leków. Spośród 37 krajów ocenianych przez International Network of Agencies for Health Technology Assessment (INAHTA), blisko 57 proc. aktywizuje społeczeństwo w kwestii rozwiązań w medycynie.

Warto jednak zaznaczyć, że porównywanie odmiennych systemów zdrowotnych nie może być podstawą do wyciągnięcia uniwersalnych wniosków. W Polsce należy poszukać rozwiązań gwarantujących udział pacjentów w procesach decyzyjnych, jednak z wiodącą rolą instytucji publicznych – niezależnych od innych podmiotów.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Bo zupa była za słona

Bo zupa była za słona

Jadłodajnia w Słupsku musi zapłacić 1,1 mln zł – to kara za dodawanie przypraw do posiłków subsydiowanych przez Ministerstwo Finansów.

Jak informuje Radio Gdańsk, kara została naliczona za lata 2008-2012, choć pracownicy Izby Skarbowej początkowo nie mieli zastrzeżeń wobec słupskiego baru. Dopiero ponowne inspekcje, przeprowadzone przez tych samych urzędników, wykazały nieprawidłowości.

Zdaniem Eugenii Rębacz – właścicielki baru – obowiązujące prawo sprzyja manipulacjom, a skomplikowane przepisy pozwalają na krzywdzącą interpretację. Tymczasem egzekucja kary może doprowadzić do upadłości firmy. Do kosztów należy doliczyć narastające odsetki, wynagrodzenie dla 130 pracowników, rachunki oraz pozostałe należności.

Choć karę nałożoną na jadłodajnię skierowano już do firmy windykacyjnej, decyzja o płatności została tymczasowo wstrzymana przez Ministerstwo Finansów. Ostateczne stanowisko zostanie ogłoszone po zakończeniu postępowania administracyjnego.

Restrykcyjne przepisy Ministerstwa Finansów mają ulec zmianie 1 kwietnia. Do tego czasu do posiłków dofinansowywanych przez państwo nie można dodawać mięsa ani przypraw. Każdego roku z budżetu do jadłodajni trafia blisko 20 mln zł.

Monsanto nas truje

Monsanto nas truje

Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC) uznała pięć popularnych pestycydów i herbicydów zawierających glifosat za „prawdopodobnie rakotwórcze”.

Wyniki badań opublikowane 19 marca w medycznym czasopiśmie „Lancet Oncology” ujawniają, że te stosowane na dużą skalę w uprawach przemysłowych środki mogą być niebezpieczne dla zdrowia. Pestycydy, które IARC uznała za szkodliwe, są powszechnie używane m.in. w USA.

IARC posługuje się czterostopniową skalą przy ocenie ryzyka powodowania przez dany środek raka – glifosat znalazł się w drugiej grupie, co oznacza, że możliwe jest zawieranie przez niego czynników rakotwórczych. Według Agencji, stosowany jest on w ponad 750 środkach ochrony roślin.

Osławiony międzynarodowy koncern Monsanto produkuje herbicyd Roundup, oparty właśnie na tym składniku. Mimo upublicznienia wyników badań, rzecznik Monsanto Phil Miller zaprzecza szkodliwości produktów firmy. Twierdzi, że nie są one szkodliwe dla ludzkiego zdrowia. Amerykańska agencja ochrony środowiska ma jednak zamiar wziąć pod uwagę zalecenia IARC.

Przeczytaj wydaną przez nas książkę o tajemnicach Monsanto

Dziurawa tarcza antykorupcyjna w Służbie Celnej?

Dziurawa tarcza antykorupcyjna w Służbie Celnej?

Związek zawodowy pracowników Służby Celnej Celnicy.pl alarmuje: celnicy, którzy przekazują informacje o nieprawidłowościach, z jakimi spotykają się w pracy, są szykanowani. Ministerstwo Finansów zapewnia, że chroni sygnalistów i jak może zachęca do zgłaszania wszelkich nadużyć, ale jednocześnie – ustami wiceszefa resortu odpowiadającego za Służbę Celną – podważa ich wiarygodność.

Przewodniczący związku Sławomir Siwy podkreśla, że Służba Celna odpowiada za blisko 1/3 wpływów do budżetu państwa oraz za bezpieczeństwo granic Unii Europejskiej. Ochrona tzw. sygnalistów, czyli zgłaszających nadużycia czy korupcję, powinna być więc priorytetem dla tej formacji. Tymczasem dla wielu celników nagrodą za uczciwość były represje ze strony przełożonych. Siwy opowiedział PAP o różnego rodzaju konsekwencjach służbowych wyciąganych wobec sygnalistów: przenosi się [ich np.] do miejscowości oddalonej o 100-150 km. (…) Inną formą szykan jest np. pomijanie w awansach, w nagrodach etc. Jeszcze inną formą represji jest wszczynanie i długotrwałe prowadzenie postępowań dyscyplinarnych. Sygnaliści są też narażeni na ostracyzm ze strony przełożonych albo są po prostu zwalniani ze służby. Niestety, jak dodaje, udowodnienie, że zwolnienie czy inna forma dyscyplinowania pracownika jest odwetem właśnie za informowanie o nieprawidłowościach, jest bardzo trudne: nikt w Polsce nie wstawi się za sygnalistą, ani państwo, ani prawo [go] nie chroni.

Taka sytuacja ma fatalne konsekwencje dla ogólnej kondycji służby i morale jej pracowników, co z kolei przekładać się będzie na narastanie patologii i przyniesie negatywne konsekwencje dla budżetu państwa. Według Siwego, celnicy otrzymują „z góry” jasny sygnał, że lepiej się nie wychylać. W zmianie tego stanu rzeczy nie pomogły nowe procedury, związane z wprowadzeniem do Służby Celnej instytucji wybieranych przez załogi mężów zaufania: mobbing i dyskryminacja sygnalistów nie ustają.

Wiceminister finansów i szef Służby Celnej Jacek Kapica stanowczo odrzuca wysunięte przez związkowców zarzuty. – W roku 2013 uruchomiliśmy w Ministerstwie Finansów centralny telefon zgłoszeniowy dla każdego celnika. Każdy – niezależnie od drogi służbowej – może zgłosić zidentyfikowane przez siebie nieprawidłowości. Nie musi swego sygnału, spostrzeżenia zgłaszać bezpośredniemu przełożonemu, bo to może właśnie tego przełożonego dotyczyć, bądź jednostki w której pracuje. Każdy taki sygnał jest przez nas wyjaśniany, a osoba zgłaszającego podlega ochronie – zapewnia w wywiadzie udzielonym PAP. Deklaruje jednocześnie, że w resorcie podejmowane są kolejne działania na rzecz poprawy sytuacji sygnalistów. Przykładowo, od 2014 r. w każdej jednostce organizacyjnej Służby Celnej powołuje się tzw. osobę pierwszego kontaktu, specjalizującą się w przeciwdziałaniu korupcji, wybieraną w bezpośrednich, wolnych i tajnych wyborach.

Jednocześnie Kapica kwestionuje pobudki sygnalistów: Niestety w dużej części [przypadków] jest tak, że ktoś staje się sygnalistą, kiedy kłopoty jego dotyczą. Dostrzega problemy, jak jest w jakimś obszarze zainteresowania – naszym bądź innych służb. I wtedy – nie wcześniej – stara się być sygnalistą, żeby podnieść swoją wiarygodność. To nie znaczy, że nie ma racji w tym, co mówi, ale to nie znaczy, że to co mówi, będzie go usprawiedliwiało wobec innych służb bądź działań. Staramy się oddzielić zainteresowanie problemem, bez względu na to, kto zgłasza, ale jednocześnie nie możemy usprawiedliwiać nadużycia prawa tym, że ktoś staje się sygnalistą – przekonuje szef Służby Celnej.

Nasz tekst o polskich sygnalistach