Podatki sprawiedliw(sz)e społecznie?

Podatki sprawiedliw(sz)e społecznie?

Z interesującą inicjatywą reformy systemu podatkowego wyszli posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Zamiast zapowiadanego wcześniej podwyższenia kwoty wolnej od podatku proponują oni wprowadzenie nowej, zerowej stawki PIT dla najbiedniejszych. Według relacji portalu wnp.pl na poświęconej projektowi ustawy konferencji prasowej politycy SLD zadeklarowali m.in., że zgodnie z ich propozycją zeroprocentowy podatek objąłby ok. 3 mln najbiedniejszych Polaków – 2,5 mln emerytów i rencistów oraz pół miliona osób, których zarobki nie przekraczają minimalnego wynagrodzenia.

„Podatku nie płaciliby zarabiający 21 tys. zł rocznie i mniej. Dla osób zarabiających rocznie powyżej 21 tys. zł do 75 tys. zł, czyli powyżej 1750 zł do 6250 zł miesięcznie, pozostałaby stawka 18 proc. oraz kwota wolna od podatku” – tłumaczył ekspert ekonomiczny Sojuszu Wojciech Szewko. Kwota wolna od podatku przestałaby natomiast obowiązywać zarabiających powyżej 75 tys. zł. Według wyliczeń autorów projektu zmiany te nie będą wiązały się z obciążeniami dla budżetu państwa.

Pierwotnie SLD zapowiadało inicjatywę podwyższenia kwoty wolnej od podatku do poziomu 6700 zł (obecnie wynosi ona 3 tys. zł) oraz corocznej jej indeksacji. Po trwających ok. miesiąc konsultacjach społecznych Sojusz zdecydował się jednak na zgłoszenie alternatywnego projektu, który bardziej pomoże najbiedniejszym. „Podniesienie kwoty wolnej od podatku byłoby swoistym prezentem, ale dla najbogatszych” – podsumował w nietypowy dla przedstawicieli swojej formacji sposób rzecznik Dariusz Joński. Poseł Wincenty Elsner zwrócił natomiast uwagę, że zreformowany w postulowany przez SLD sposób system podatkowy w pełniejszy sposób realizowałby konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej. Projekt ustawy ma trafić do Sejmu już w maju bieżącego roku.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nauczyciele mówią: „Dość tego!”

Nauczyciele mówią: „Dość tego!”

Pod tym hasłem 18 kwietnia odbyła się w Warszawie ogólnopolska manifestacja Związku Nauczycielstwa Polskiego. Nauczyciele nie zgadzają się m.in. na likwidację placówek oświatowych, zmniejszenie nakładów na oświatę, oraz żądają podwyżek.

Jak pisze portal polskatimes.pl, ponad 20 tysięcy członków ZNP przeszło pod siedzibę Ministerstwa Edukacji Narodowej, gdzie wyszła do nich minister Joanna Kluzik-Rostkowska. Protestujący wręczyli jej petycję z żądaniami oraz balony z napisem: „Joanna robi nas w balona”. Na liście postulatów znajdują się m.in. podwyżki od 2016r. Minister tradycyjnie odparła, że resort nie ma na nie pieniędzy. Związkowcy komentowali, że ministerstwo jest po to, by te środki znaleźć.

Przed budynkiem MEN ustawiona została platforma, skąd przedstawiciele ZNP z różnych rejonów Polski wygłaszali swoje zastrzeżenia do pracy ministerstwa i sytuacji polskiej edukacji. „Obserwujemy niesamowity bałagan w oświacie, dziką prywatyzację, łamanie prawa, przymykanie oka przez Ministerstwo Edukacji na to, co dzieje się z likwidacją szkół. Nikt nie liczy się z opinią nauczycieli” – powiedziała Ewa Ziółkowska, prezes oddziału ZNP w Piotrkowie Trybunalskim.

Szeroko komentowana była również nieobecność premier Ewy Kopacz, która przebywała w tym czasie z wizytą we Włoszech. „Jeśli pani premier uważa, że teraz ma ważniejsze sprawy, niż problemy w kraju, to gratuluję jej dobrego samopoczucia. W tej chwili mamy postępującą degradację szkolnictwa i pozycji nauczyciela. Jeśli w Polsce nie będzie autorytetów i nie będziemy mieli się na czym oprzeć, to nie zbudujemy dobrego demokratycznego państwa” – dodała Ziółkowska.

Protest nauczycieli i ich udział w marszu gwiaździstym były częścią większej manifestacji, zorganizowanej przez OPZZ. W marszu, prócz nauczycieli, udział wzięli strażacy, rolnicy i policjanci.

OPZZ złożyło na ręce ministra pracy, Władysława Kosiniaka-Kamysza, petycję, w której wylicza błędne decyzje rządu – wydłużenie wieku emerytalnego, zamrożenie wynagrodzeń w budżetówce, uelastycznienie rynku pracy. Przypomniało też podstawowe postulaty: wzrost minimalnej płacy do połowy przeciętnego wynagrodzenia i ustalenie minimalnej stawki godzinowej, bez względu na formę zatrudnienia, wyeliminowanie umów śmieciowych, samozatrudnienia i bezpłatnych staży. Związkowcy domagają się również skrócenia wieku emerytalnego i możliwości przechodzenia na emeryturę w zależności od przepracowanego okresu, a nie jedynie od wieku.

Outsourcing bez wypaczeń?

Outsourcing bez wypaczeń?

Są pierwsze pozytywne skutki przyjętej pod koniec ubiegłego roku reformy prawa dotyczącego przetargów publicznych. 31 firm sprzątających porozumiało się co do wspólnych standardów zatrudnienia przy realizacji zamówień dla sektora publicznego. W efekcie aż 100 tys. osób zyska szansę na stabilną pracę.

Jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, przedsiębiorcy zadeklarowali też m.in. wspólne działania na rzecz ograniczania szarej strefy i stosowania umów cywilnoprawnych w swojej branży. Pod porozumieniem podpisali się przedstawiciele firm stanowiących łącznie 1/3 rynku usług porządkowych. „To bardzo dobra wiadomość” – skomentował te wiadomości przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Piotr Duda. „Po to «Solidarność» walczyła o lepsze przepisy, żeby teraz przy przetargach publicznych wymagano zatrudniania na podstawie umowy o pracę. Oby inni brali z tego przykład” – dodał.

Przewodniczący „Solidarności” odniósł się w ten sposób do zainicjowanej przez przedstawicieli związków zawodowych oraz organizacji pracodawców nowelizacji ustawy o zamówieniach publicznych. Przewiduje ona m.in. wprowadzanie do publicznych przetargów klauzul społecznych, dzięki którym podwykonawcy zadań zleconych przez państwo zmuszani będą do poprawy warunków swoich pracowników – chociażby poprzez zatrudnianie na umowę o pracę czy zapewnienie godziwych płac. Jak do tej pory rezultaty nowych rozwiązań były niestety skromne – według portalu solidarnosc.org.pl klauzule społeczne zastosowano w mniej niż 1 proc. ogółu przetargów rozpisanych przez podmioty publiczne.

Koniec oszpecania miast!

Koniec oszpecania miast!

Ustawa krajobrazowa została poprawiona po protestach prezydentów miast, organizacji społecznych i mieszkańców. Nowa, ostrzejsza wersja pozwoli nareszcie wytoczyć skuteczną walkę dzikiej reklamie, szpecącej polski krajobraz.

Jak informuje serwis wyborcza.pl, pod listem otwartym do Senatu z apelem o poprawienie ustawy podpisało się ponad 13 tys. osób.

Do tej pory samorządy w walce z nielegalną reklamą były bezsilne. Procedury usuwania płacht wielkoformatowych zasłaniających całe kwartały miast trwały latami i nie przynosiły żadnych rezultatów. Reklamy znikały na kilka dni, a gdy wracały, całą procedurę trzeba było zacząć od nowa, bo, zgodnie z interpretacją przepisów, nowa reklama jest nową samowolą budowlaną.

Kwestia obecności reklam w przestrzeni publicznej zostanie wkrótce rozwiązana. Teraz o tym, co pojawi się na budynkach miast, będą decydować radni na podstawie jednolitych audytów krajobrazowych, które samorządy będą miały obowiązek sporządzać co trzy lata, a których zadaniem będzie ułatwienie oceny obszarów pod kątem estetyki.

Jak informuje „Newsweek”, zmieniono definicje kilku istotnych pojęć: reklamy, szyldu, krajobrazu kulturowego i krajobrazu priorytetowego. Sejmiki województw będą ma miały także możliwość ustalania norm dotyczących wysokości, kształtu budynków i ewentualnie stosowania materiałów miejscowych lub tradycyjnej architektury.

Najważniejsza zmiana, którą zaproponował Senat do ustawy, dotyczy naliczania kar za nielegalne reklamy. Zgodnie z poprawką Senatu byłaby to 40-krotność opłaty reklamowej, której wysokość będzie zależała od stawek określonych przez samorządy. Senator Janusz Sepioł, przewodniczący komisji samorządu terytorialnego i administracji państwowej, powiedział, że ustawa określa stawki maksymalne, jakie mogą przyjąć gminy. Jest to 2,5 zł opłaty stałej za dzień postawienia reklamy plus 20 gr za każdy metr kwadratowy powierzchni reklamy (także naliczane dziennie).

W poprzedniej, popartej przez posłów wersji ustawy, kary za nielegalne reklamy mogły wynosić najwyżej 5 tys. zł. W obecnej wersji kara dla reklamy o powierzchni 100 m kw. wyniesie do 27 tys. zł miesięcznie.

Zgodnie z propozycją Senatu, dodatkowa opłata byłaby naliczana za czas, w którym właściciel reklamy zewnętrznej będzie ją likwidował. Ma to przyspieszyć działania ukaranych. Kary będą w pierwszej kolejności nakładane na podmioty, które umieściły reklamę. Jeśli ich ustalenie nie będzie możliwe, karani mają być właściciele nieruchomości, na których stoją reklamy.

„Zdecydowany głos samorządów oraz organizacji pozarządowych przyniósł efekt. Ta ustawa to pierwszy krok na drodze do realizacji iście herkulesowego zadania, jakim jest uporządkowanie polskiej przestrzeni” – mówi Wojciech Wagner, naczelnik wydziału estetyki przestrzeni publicznej warszawskiego ratusza.

W trakcie prac nad ustawą pojawiły się również szkodliwe głosy tych, którzy w obwieszaniu wszelkich dostępnych powierzchni reklamami dopatrują się nie oszpecania kraju, lecz szans na łatwy zarobek – jeden z posłów PO proponował wypłacanie odszkodowań właścicielom zdelegalizowanych przez samorząd reklam wielkoformatowych. Inny bezskutecznie żądał wyłączenia z ustawy reklam wyborczych.

„W miastach mogą i powinny funkcjonować reklamy, ale nowoczesne, nie tak agresywne i zaśmiecające przestrzeń, jak reklamy wielkoformatowe” – mówi wiceprezydent stolicy Jacek Wojciechowicz.

Ustawa reguluje także kwestie szyldów (rady miast będą mogły określić ich rozmiary), specyfikuje również szczegóły dotyczące reklam przy drogach, jak choćby fakt, że niedopuszczalne będzie wyświetlanie na nich ruchomych, rozpraszających kierowców obrazów.