Statystyki (nie) kłamią

Statystyki (nie) kłamią

Najczęściej podawane przez środki masowego przekazu statystyki dotyczące zarobków Polaków mają niewiele wspólnego z realiami, w jakich funkcjonuje większość obywateli. Ale wystarczy wczytać się w dostępne w GUS dane, by dowiedzieć się, że wynagrodzenia dwóch trzecich naszych współobywateli nie przekraczają „średniej krajowej”, a najczęstsze na polskim rynku pracy uposażenie ledwo przewyższa płacę minimalną.

„Z Kulczykiem średnio powodzi nam się świetnie” –  w ten dosadny sposób manipulowanie statystykami ośmieszało przed paroma laty hasło przewodnie kampanii społecznej Młodych Socjalistów. Tym razem nad danymi dotyczącymi struktury wynagrodzeń Polaków pochylili się dziennikarze „Gazety Wyborczej”. By uzyskać pełniejszy obraz sytuacji materialnej polskiego społeczeństwa, zauważają, warto zwrócić uwagę na inne niż średnia parametry statystyczne. O ile ta pierwsza osiągnęła w 2012 r. (w firmach zatrudniających powyżej 9 osób) poziom 3895,72 zł brutto, czyli 2,78 tys. zł na rękę, o tyle mediana zarobków Polaków, która wyznacza precyzyjną granicę między bogatszą a biedniejszą połową społeczeństwa, wyniosła wówczas 3115,11 zł brutto (2,2 tys. zł na rękę). Najczęściej spotykanym w polskiej gospodarce AD 2012 wynagrodzeniem (w języku statystyki – dominantą) było zaś 2189,11 zł brutto, czyli niecałe 1600 na rękę. Przyczyny zafałszowania obrazu zarobków Polaków tkwią według dziennikarzy „Wyborczej” w fakcie, że o ile GUS regularnie informuje o wysokości średniej krajowej pensji (której miarodajność w istotny sposób zaburzają skrajne wartości), to już bardziej szczegółowe dane o strukturze zarobków upublicznia zaledwie raz na dwa lata.

W raporcie GUS „Struktura wynagrodzeń według zawodów” nie brakuje także innych interesujących danych. Dziennikarze zwracają uwagę m.in. na fakt, iż do najbiedniejszych 10 proc. pracowników kwalifikowały w 2012 r. zarobki poniżej 1,6 tys. zł brutto (pensja minimalna wynosiła wówczas 1,5 tys. zł brutto). Najzamożniejsze 10 proc. zaczynało się zaś od poziomu 6,5 tys. (4,6 tys. na rękę). Więcej niż 10 tys. zł. brutto miesięcznie zarabiało już tylko 3,47 proc. zatrudnionych. Średnie zarobki w sektorze publicznym wyniosły 4,1 tys. zł brutto, a więc o 9 proc. więcej niż pracowników sektora prywatnego. Mężczyźni zarabiali przeciętnie o 20 proc. więcej od kobiet. Do najsłabiej wynagradzanych statystycznie zawodów należały w 2012 r. pomoce i sprzątaczki domowe, biurowe oraz hotelowe (ok. połowy średniej krajowej). Najlepiej zarabiali natomiast zatrudnieni na stanowiskach dyrektorskich (ponad trzy średnie krajowe).

„Dane skrupulatnie wyliczone przez statystyków GUS nabierają mocy, kiedy zestawi się je z wyliczeniami ekspertów z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Konkretnie – kwoty minimum socjalnego” – podsumowują swoje znaleziska dziennikarze „Gazety”. –  „Wnioski dotyczące naszych płac są smutne – jeżeli w gospodarstwie domowym pracuje jedna osoba, nieważne, czy zarabiamy średnią, medianę czy dominantę, czeka nas życie na poziomie minimum socjalnego”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Wysoka cena komercjalizacji studiów

Wysoka cena komercjalizacji studiów

Miliony zadłużonych studentów i absolwentów, zawiedzione nadzieje pozbawionych perspektyw młodych ludzi, tysiące zwyczajnie oszukanych. Tak działa polityka prywatyzacji zysków i upaństwawiania strat w amerykańskim szkolnictwie wyższym.

Jedna z czołowych sieci komercyjnych uczelni wyższych w USA Corinthian Colleges Inc. ogłosiła bankructwo, pozostawiając na lodzie kilkanaście tysięcy studentów, którzy słono płacili za edukację w jednej z trzech prowadzonych przez korporację szkołach (Everest College, Heald College i WyoTech). Wielu z nich dodatkowo z zaciągniętymi na naukę kredytami. Według relacji portalu gazeta.pl, sieć Corinthian znana była z tego, że kierowała swoją ofertę w szczególności do studentów z rodzin o niskich dochodach, którzy zaciągali specjalne, finansowane przez państwo pożyczki, by opłacić czesne. Dzięki skutecznemu przyciągnięciu gorzej sytuowanych studentów uczelnie Corinthian mogły liczyć na obfite dotacje z budżetu państwa – według „Washington Post” nawet 80 proc. rocznych dochodów firmy pochodziło z środków publicznych. Oprócz pożyczek z budżetu państwa studenci posiłkowali się również kredytami komercyjnymi – wg szacunków przedstawionych przez portal gazeta.pl ich suma sięgała 480 mln dolarów.

Przed kilkoma laty wyszło na jaw, że uczelnie z grupy Corinthian dopuszczały się m.in. fałszowania statystyk dotyczących wyników studentów w nauce oraz zatrudnienia absolwentów. Ponadto zarzucano im, że skłaniają swoich wychowanków do podawania nieprawdziwych danych we wnioskach o kredyty studenckie, by zwiększyć szanse na ich utrzymanie. Bezpośrednią przyczyną bankructwa firmy była decyzja ministerstwa edukacji USA o wstrzymaniu środków na pożyczki dla studentów Corinthian.

Opisany przypadek to element szerszego problemu rosnącej bańki studenckiego zadłużenia w Stanach Zjednoczonych – dziś szacowanego na 1,2 bln dolarów. Amerykanów, którzy zaciągnęli kredyty na naukę, jest dziś 40 mln – ponad 30 proc. więcej niż jeszcze w 2008 r. – a ich liczba wciąż rośnie. Według danych zebranych przez zrzeszającą 5700 placówek organizację College Board spośród zeszłorocznych absolwentów studiów pierwszego stopnia ponad 60 proc. było zadłużonych. Średnia wysokość zaciągniętych przez nich pożyczek wyniosła 30 tys. dolarów. Rok studiowania na publicznej uczelni w Stanach to wydatek rzędu (średnio) 9 tys. dolarów, zaś na prywatnej – 30 tys. Jak sugeruje gazeta.pl lawinowy przyrost zadłużenia studenckiego związany jest z rosnącymi opłatami za studia (w ciągu ostatnich 30 lat ceny wzrosły trzykrotnie), którym nie towarzyszył analogiczny wzrost realnych zarobków Amerykanów (zwłaszcza tych z klasy średniej), oraz trudną sytuacją na rynku pracy, utrudniającą szybką spłatę kredytów.

Polacy za sprawiedliwymi podatkami

Polacy za sprawiedliwymi podatkami

Nie tak dawno media zwracały uwagę na zgodność wszystkich kandydatów w tegorocznych wyborach prezydenckich w kwestii nie podwyższania podatków dla najbogatszych. Tymczasem większość Polaków opowiada się za bardziej progresywnym systemem podatkowym. Według sondażu IQS przeprowadzonego dla „Newsweeka” 51 proc. z nas opowiada się za wprowadzeniem dodatkowego progu podatkowego dla najbogatszych, 31 proc. sprzeciwia się temu rozwiązaniu, zaś 18 proc. nie ma w tej sprawie poglądu. Badanie wskazuje jednak niestety (co tłumaczy być może dlaczego tak ciężko przebić się z postulatami progresywizacji podatków), że sprzeciw wobec bardziej sprawiedliwych podatków najczęściej pojawia się wśród młodszej i lepiej wykształconej części społeczeństwa.

Obecna dwustopniowa skala podatku dochodowego od osób fizycznych (ze stawkami 18 i 32 proc.) obowiązuje od 2009 r., kiedy to weszły w życie reformy Zyty Gilowskiej (wcześniej obowiązywały trzy progi: 19, 30 i 40 proc.). 19-procentowy liniowy CIT dla przedsiębiorców (jedna z najniższych stawek w Europie!) został zaś wprowadzony w miejsce wcześniejszego, 27-procentowego, za rządów Leszka Millera i Jerzego Hausnera. Pomysły, by zreformować obecny system w kierunku większej progresji pojawiają się od czasu do czasu – często ze strony tych samych sił politycznych, które odpowiadają za ich spłaszczenie i obniżenie. Ostatni, opracowany wspólnie z OPZZ projekt, który przewidywał wprowadzenie dodatkowej 50-procentowej stawki podatku dla zarabiających ponad 360 tys. zł rocznie, zgłosił w 2014 r. SLD.

Miasto vs. samowola deweloperów

Miasto vs. samowola deweloperów

Samowola tzw. inwestorów nie musi być bezkarna, a lokalny samorząd może stać po stronie mieszkańców. Londyńscy radni nakazali deweloperom, którzy zrównali z ziemią zabytkowy pub na kilka dni przed wpisaniem go do rejestru zabytków, odbudowę budynku tak, by wyglądał „jak przed wyburzeniem”.

Według relacji „Gazety Wyborczej” właściciele budynku przyszli do menedżerki pubu w wielkanocny poniedziałek i zapowiedzieli zamknięcie lokalu na dwa dni w celu „inwentaryzacji”. Po dwóch dniach kobieta zamiast pubu zastała kupę gruzów.

Pub Carlton mieścił się w ceglanym budynku z 1919 r. – jedynym przy swojej ulicy, który przetrwał niemieckie bombardowania w czasie drugiej wojny światowej – w zachodnim Londynie. Już przed wojną służył on okolicznej społeczności jako miejsce spotkań. Budynek miał w ciągu kolejnego tygodnia trafić do rejestru zabytków, co uniemożliwiłoby „inwestorom” rozbiórkę. „Ewidentnie wiedzieli co robią” – skomentował dla „Daily Telegraph” zachowanie dewelopera stały bywalec pubu, aktor Danny John-Jules, który zaangażował się w sprawę. „To kolejny gwóźdź do trumny lokalnej wspólnoty” – ubolewa.

„Lokalsi” nagłośnili i skrytykowali deweloperską samowolę poprzez media społecznościowe, a następnie sprawą zajęła się rada miasta. Już po niecałych dwóch tygodniach radni przedstawili izraelskiej spółce odpowiadającej za wyburzenie nakaz odtworzenia budynku w jego formie sprzed wyburzenia. W myśl zapisów podjętej przez radnych uchwały budynek trafi następnie do rejestru dziedzictwa historycznego miasta, co zapobiegnie kolejnym próbom pozbycia się go.

Firma odpowiadająca za wyburzenie zapowiedziała odwołanie od decyzji rady, ale prawdopodobnie zostanie ono odrzucone, ponieważ jeszcze zanim doszło do wyburzenia radni odmówili deweloperowi zgody na budowę na miejscu gdzie stał budynek osiedla mieszkalnego.

„W Polsce scenariusz wyburzania zabytków jest bardzo podobny jak ten w Anglii. Deweloperzy sprowadzają ciężki sprzęt w długi weekend, gdy urzędnicy mają wolne i trudno im zareagować na samowolę. W taki sposób tylko w ciągu ostatnich trzech lat zburzyli w Warszawie m.in. willę na Saskiej Kępie czy gmach stuletnich koszar niedaleko Łazienek Królewskich” – zauważa „Gazeta Wyborcza”.

Gdyby nawet do rozbiórek nie dochodziło w weekendy problemem pozostaje jednak wola polityczna urzędników, by reagować, oraz możliwości, jakie daje im prawo. Polskie przepisy nie przewidują np. możliwości wydania nakazu odbudowy wyburzonego budynku. Sprawcom samowoli budowlanej zagraża jedynie kara grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat dwóch, zaś przedawnienie karalności tego typu przestępstwa następuje po max. 2 latach od jego popełnienia. Dopiero po wpisaniu budynku do rejestru zabytków sankcje rosną – sprawca wyburzenia takiego zabytku może trafić za kraty nawet na 5 lat. Dlatego też, podobnie jak w opisanym przypadku, w Polsce częste są przypadki wyburzeń czy uszkodzeń obiektów oczekujących na decyzję o wpisie do rejestru, które nie podlegają jeszcze ochronie konserwatorskiej.