Krótsza praca, szybsza emerytura

Krótsza praca, szybsza emerytura

Bundestag większością głosów przyjął ustawę, dzięki której część niemieckich pracowników będzie mogła przejść na emeryturę w wieku 63 lat. Reformę popiera 78 proc. mieszkańców kraju.

Jak informuje portal pressmix.eu, zaledwie 2,5 roku po wejściu w życie reformy emerytalnej, która wydłużała obowiązek pracy do 67 roku życia dla obu płci, Niemcy renegocjowali jej warunki. Za zmianami opowiedziało się aż 460 posłów z partii tworzących koalicję rządzącą. Przyjęte przez Bundestag rozwiązanie umożliwia przejście na emeryturę w wieku 63 lat osobom, które przez 45 lat opłacały składkę emerytalną. Możliwość wcześniejszego zakończenia pracy zawodowej została ograniczona czasowo – otrzymały ją osoby przechodzące na emeryturę po 1 lipca 2014, jednak już dla pracowników młodszych granica ta będzie przesuwana rocznie o dwa miesiące.

Niemiecka minister pracy Andrea Nahles nie kryła radości z wyników głosowania i uznała je za „wyraz sprawiedliwości społecznej”, zaś działaczka związkowa z IG Metall, Gabriele Ibrom, określiła nowe przepisy jako krok w dobrym kierunku, jednak niewystarczający. „Związki zawodowe nadal będą walczyć o obniżenie wieku emerytalnego, a przynajmniej o elastyczne możliwości przechodzenia na emeryturę dla grup zawodowych szczególnie obciążonych czy też dla osób pracujących na zmiany. Podczas negocjacji zbiorowych będziemy żądać wprowadzenia różnych form wcześniejszego zaprzestania pracy finansowanych przez pracodawców.” – powiedziała.

Debata dotycząca podwyższenia wieku emerytalnego toczy się w Niemczech od 2007 roku, a związkowcy już od dawna podkreślają, że nie może być mowy o sztywnej granicy emerytalnej, wynoszącej 67 lat, zwłaszcza w takich branżach jak budownictwo czy przemysł ciężki. Sztywny wiek emerytalny musiałby bowiem oznaczać, że ludzie starsi i schorowani nadal wykonywaliby ciężkie prace fizyczne, bądź, z powodu schorzeń, przechodziliby na wcześniejsze renty zdrowotne.

Jak wygląda sytuacja w Polsce? Przede wszystkim podwyższeniu wieku emerytalnego nie towarzyszyła wielka publiczna debata, w której strona społeczna byłaby realnym partnerem dla decydujących o zmianach. Wiek emerytalny, który wcześniej wynosił 65 lat dla mężczyzn i 60 dla kobiet, został 1 stycznia 2013r. podniesiony dla obu płci do 67 roku życia, co oznacza dla tych drugich bezprecedensowe na skalę europejską wydłużenie pracy – aż o 7 lat. Obecnie Polska znajduje się w gronie krajów pracujących najdłużej. Nie podjęto jednak żadnej dyskusji publicznej o wpływie pracy w tym wieku na zdrowie pracowników oraz na sytuację na rynku pracy.

Jak twierdzi prof. Marcin Zieleniecki z Komisji Krajowej NSZZ Solidarność, istnieje wyraźna potrzeba zróżnicowania wieku emerytalnego w zależności od rodzaju wykonywanej pracy i jej stażu. Ekspert dodaje, że polska reforma była wzorowana na rozwiązaniach przyjętych w innych krajach europejskich, jednak przy jej wprowadzaniu zabrakło wielu elementów, które w innych krajach są standardem, choćby właśnie publicznej debaty dotyczącej skutków tak radykalnego posunięcia.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Polska mało opiekuńcza

Polska mało opiekuńcza

Badania OECD wykazały ciekawą zależność – najwięcej na cele społeczne wydają państwa najbardziej rozwinięte, m.in. Francja, Dania i Szwecja. Polska przeznacza na nie 20,1 proc. PKB, czyli nieco mniej niż wynosi średnia dla państw członkowskich.

Jak donosi portal forsal.pl, według danych Social Expediture Database średnia wydatków na cele społeczne – a więc wypłacanych rent, emerytur, zasiłków rodzinnych, zasiłków dla bezrobotnych, świadczeń pielęgnacyjnych dla niepełnosprawnych i wydatków na służbę zdrowia – wynosi dla krajów OECD 21,4 proc. PKB. To najwyższy poziom w historii. Jeszcze w latach 60. XX wieku wydatki te kształtowały się na poziomie poniżej 10 proc. PKB krajów członkowskich i od tego czasu systematycznie rosną.

Polska przeznacza na cele społeczne 20,1 proc. PKB, a więc nieco poniżej średniej. Lwią część tej kwoty stanowią renty i emerytury (10,8 proc). Na służbę zdrowia przeznaczamy tylko 4,5 proc. PKB, a na inne świadczenia pieniężne, a więc zasiłki i pozostałe formy wsparcia, jedynie 3,3 proc.

W grupie najbardziej opiekuńczych państw znajdują się Francja, która przoduje z wydatkami rzędu 31 proc. PKB, Szwecja (27,2 proc.), Włochy (27,5 proc.) i Belgia (29, 4 proc.) oraz Dania (30,1 proc). W pierwszej dziesiątce jeśli chodzi o opiekę socjalną znajdują się także, co może być zaskakujące, Grecja oraz Hiszpania, z wydatkami na poziomie 25-26 proc. PKB.

Statystyki (nie) kłamią

Statystyki (nie) kłamią

Najczęściej podawane przez środki masowego przekazu statystyki dotyczące zarobków Polaków mają niewiele wspólnego z realiami, w jakich funkcjonuje większość obywateli. Ale wystarczy wczytać się w dostępne w GUS dane, by dowiedzieć się, że wynagrodzenia dwóch trzecich naszych współobywateli nie przekraczają „średniej krajowej”, a najczęstsze na polskim rynku pracy uposażenie ledwo przewyższa płacę minimalną.

„Z Kulczykiem średnio powodzi nam się świetnie” –  w ten dosadny sposób manipulowanie statystykami ośmieszało przed paroma laty hasło przewodnie kampanii społecznej Młodych Socjalistów. Tym razem nad danymi dotyczącymi struktury wynagrodzeń Polaków pochylili się dziennikarze „Gazety Wyborczej”. By uzyskać pełniejszy obraz sytuacji materialnej polskiego społeczeństwa, zauważają, warto zwrócić uwagę na inne niż średnia parametry statystyczne. O ile ta pierwsza osiągnęła w 2012 r. (w firmach zatrudniających powyżej 9 osób) poziom 3895,72 zł brutto, czyli 2,78 tys. zł na rękę, o tyle mediana zarobków Polaków, która wyznacza precyzyjną granicę między bogatszą a biedniejszą połową społeczeństwa, wyniosła wówczas 3115,11 zł brutto (2,2 tys. zł na rękę). Najczęściej spotykanym w polskiej gospodarce AD 2012 wynagrodzeniem (w języku statystyki – dominantą) było zaś 2189,11 zł brutto, czyli niecałe 1600 na rękę. Przyczyny zafałszowania obrazu zarobków Polaków tkwią według dziennikarzy „Wyborczej” w fakcie, że o ile GUS regularnie informuje o wysokości średniej krajowej pensji (której miarodajność w istotny sposób zaburzają skrajne wartości), to już bardziej szczegółowe dane o strukturze zarobków upublicznia zaledwie raz na dwa lata.

W raporcie GUS „Struktura wynagrodzeń według zawodów” nie brakuje także innych interesujących danych. Dziennikarze zwracają uwagę m.in. na fakt, iż do najbiedniejszych 10 proc. pracowników kwalifikowały w 2012 r. zarobki poniżej 1,6 tys. zł brutto (pensja minimalna wynosiła wówczas 1,5 tys. zł brutto). Najzamożniejsze 10 proc. zaczynało się zaś od poziomu 6,5 tys. (4,6 tys. na rękę). Więcej niż 10 tys. zł. brutto miesięcznie zarabiało już tylko 3,47 proc. zatrudnionych. Średnie zarobki w sektorze publicznym wyniosły 4,1 tys. zł brutto, a więc o 9 proc. więcej niż pracowników sektora prywatnego. Mężczyźni zarabiali przeciętnie o 20 proc. więcej od kobiet. Do najsłabiej wynagradzanych statystycznie zawodów należały w 2012 r. pomoce i sprzątaczki domowe, biurowe oraz hotelowe (ok. połowy średniej krajowej). Najlepiej zarabiali natomiast zatrudnieni na stanowiskach dyrektorskich (ponad trzy średnie krajowe).

„Dane skrupulatnie wyliczone przez statystyków GUS nabierają mocy, kiedy zestawi się je z wyliczeniami ekspertów z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Konkretnie – kwoty minimum socjalnego” – podsumowują swoje znaleziska dziennikarze „Gazety”. –  „Wnioski dotyczące naszych płac są smutne – jeżeli w gospodarstwie domowym pracuje jedna osoba, nieważne, czy zarabiamy średnią, medianę czy dominantę, czeka nas życie na poziomie minimum socjalnego”.

Wysoka cena komercjalizacji studiów

Wysoka cena komercjalizacji studiów

Miliony zadłużonych studentów i absolwentów, zawiedzione nadzieje pozbawionych perspektyw młodych ludzi, tysiące zwyczajnie oszukanych. Tak działa polityka prywatyzacji zysków i upaństwawiania strat w amerykańskim szkolnictwie wyższym.

Jedna z czołowych sieci komercyjnych uczelni wyższych w USA Corinthian Colleges Inc. ogłosiła bankructwo, pozostawiając na lodzie kilkanaście tysięcy studentów, którzy słono płacili za edukację w jednej z trzech prowadzonych przez korporację szkołach (Everest College, Heald College i WyoTech). Wielu z nich dodatkowo z zaciągniętymi na naukę kredytami. Według relacji portalu gazeta.pl, sieć Corinthian znana była z tego, że kierowała swoją ofertę w szczególności do studentów z rodzin o niskich dochodach, którzy zaciągali specjalne, finansowane przez państwo pożyczki, by opłacić czesne. Dzięki skutecznemu przyciągnięciu gorzej sytuowanych studentów uczelnie Corinthian mogły liczyć na obfite dotacje z budżetu państwa – według „Washington Post” nawet 80 proc. rocznych dochodów firmy pochodziło z środków publicznych. Oprócz pożyczek z budżetu państwa studenci posiłkowali się również kredytami komercyjnymi – wg szacunków przedstawionych przez portal gazeta.pl ich suma sięgała 480 mln dolarów.

Przed kilkoma laty wyszło na jaw, że uczelnie z grupy Corinthian dopuszczały się m.in. fałszowania statystyk dotyczących wyników studentów w nauce oraz zatrudnienia absolwentów. Ponadto zarzucano im, że skłaniają swoich wychowanków do podawania nieprawdziwych danych we wnioskach o kredyty studenckie, by zwiększyć szanse na ich utrzymanie. Bezpośrednią przyczyną bankructwa firmy była decyzja ministerstwa edukacji USA o wstrzymaniu środków na pożyczki dla studentów Corinthian.

Opisany przypadek to element szerszego problemu rosnącej bańki studenckiego zadłużenia w Stanach Zjednoczonych – dziś szacowanego na 1,2 bln dolarów. Amerykanów, którzy zaciągnęli kredyty na naukę, jest dziś 40 mln – ponad 30 proc. więcej niż jeszcze w 2008 r. – a ich liczba wciąż rośnie. Według danych zebranych przez zrzeszającą 5700 placówek organizację College Board spośród zeszłorocznych absolwentów studiów pierwszego stopnia ponad 60 proc. było zadłużonych. Średnia wysokość zaciągniętych przez nich pożyczek wyniosła 30 tys. dolarów. Rok studiowania na publicznej uczelni w Stanach to wydatek rzędu (średnio) 9 tys. dolarów, zaś na prywatnej – 30 tys. Jak sugeruje gazeta.pl lawinowy przyrost zadłużenia studenckiego związany jest z rosnącymi opłatami za studia (w ciągu ostatnich 30 lat ceny wzrosły trzykrotnie), którym nie towarzyszył analogiczny wzrost realnych zarobków Amerykanów (zwłaszcza tych z klasy średniej), oraz trudną sytuacją na rynku pracy, utrudniającą szybką spłatę kredytów.