Recepta na bezdomność

Recepta na bezdomność

Kanadyjskie miasto Medicine Hat w ciągu pięciu lat rozprawiło się z problemem bezdomności. Zrobiło to w prosty sposób – zapewniając mieszkania socjalne wszystkim potrzebującym.

Jak informuje portal Radia Zet, władze miasta jeszcze w 2009 roku obiecały mieszkańcom, że problem bezdomności zostanie rozwiązany. Założenia programu pomocowego nie polegały jednak na budowie schronisk czy doraźnej pomocy pozostającym bez dachu nad głową. W ciągu pięciu lat Medicine Hat stało się pierwszym na świecie miastem, gdzie nie ma żadnego bezdomnego, a cel ten osiągnięto oferując każdej osobie, która spędziła „na zewnątrz” więcej niż 10 dni (taka jest bowiem definicja bezdomności) mieszkanie socjalne, w którym może się osiedlić. Zasada jest prosta – jeśli człowiek nie ma gdzie pójść, miasto oferuje mu dach nad głową.

Za rozwiązaniem przemawiają także argumenty finansowe. Zapewnienie mieszkania jednej osobie to 20 tysięcy dolarów rocznie. Koszty wynikłe z pozostawania tej osoby w stanie bezdomności mogą sięgać prawie 100 tysięcy dolarów rocznie, rachunek jest więc prosty. „To najtańszy i najbardziej humanitarny sposób traktowania ludzi” – mówi burmistrz miasta.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Rodzić po nieludzku

Rodzić po nieludzku

Polska zajmuje dopiero 9. miejsce od końca wśród krajów Unii Europejskiej, jeśli chodzi o tworzenie odpowiednich warunków oraz zapewnienie bezpieczeństwa i opieki rodzącym kobietom, jak wynika z raportu amerykańskiej organizacji Save the Children.

Jak podaje portal Solidarności, autorzy badań przeanalizowali cztery główne dane: śmiertelność młodych matek, umieralność noworodków, status społeczny kobiet oraz kwestie ekonomiczne. Okazuje się, że ryzyko zgonu matki przy porodzie dotyczy jednego na 19,8 tys. przypadków. Pozostałe wskaźniki są jednak bardzo niepokojące.

Blisko pięcioro dzieci na tysiąc umiera przed ukończeniem piątego roku życia. Gorsze wyniki odnotowano tylko w Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech. Natomiast w zestawieniu warunków szpitalnych w 25 najbogatszych stolicach Unii (rozumianych jako miejsca, w których opieka zdrowotna nad matkami znajduje się na najwyższym poziomie w danym państwie) nasz kraj sklasyfikowany jest na czwartym miejscu od końca. Podobną pozycję zajmujemy w rankingu warunków ekonomicznych rodzin.

Zdaniem Marioli Ochman, przewodniczącej Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” to efekt wieloletnich zaniedbań, między innymi w polityce prorodzinnej państwa. Błędy poczyniono już w latach 90., kiedy, wobec zmniejszającej się liczby porodów, likwidowano oddziały położnicze i zmarginalizowano edukację zdrowotną. „Niestety niedoinformowanie pacjentek na temat sposobu odżywiania i utrzymania ciąży robi swoje. Jeśli dodać do tego słaby status majątkowy młodych ludzi, a więc i korzystanie przez nich z niższych standardów, brak stabilizacji, robi się jasne, dlaczego mamy takie słabe wyniki” – tłumaczy.

Polska – (k)raj dla pacjentów?

Polska – (k)raj dla pacjentów?

Według danych OECD, na 1000 mieszkańców Polski przypada zaledwie 2,2 lekarza. To najniższy współczynnik w całej Unii Europejskiej. Brakuje zwłaszcza specjalistów.

Jak podaje portal rynekzdrowia.pl, zdaniem ekspertów główną przyczyną tego stanu rzeczy jest koncepcja obowiązująca w latach 90., w myśl której najlepszą metodą na zmniejszenie popytu na usługi medyczne miało być obniżenie podaży specjalistów. Ograniczono wówczas m.in. liczbę przyjęć na studia medyczne. Dodatkowo blisko 30 proc. lekarzy nie podejmowało po dyplomie pracy w zawodzie.

Nie dostrzegano też wówczas oczywistego faktu, że Europa będzie się starzeć. Skutki tych rozwiązań odczuwamy dotkliwie po dziś dzień, gdyż dzisiejsi 60 i 70-latkowie potrzebują większej liczby usług medycznych niż 30-latkowie. Braki kadrowe są obecnie tak duże, że nie potrafi im zaradzić niemal dwukrotny wzrost liczby studentów kierunków lekarskich, jaki miał miejsce w ciągu ostatnich 10 lat.

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, Maciej Hamankiewicz, proponuje rozwiązanie sprawdzone w Niemczech. U naszych zachodnich sąsiadów każdego roku studia medyczne podejmuje ok. 10,5 osób, kończy zaś 8000, a pracę w zawodzie podejmuje już tylko, w zależności od roku, pomiędzy 4,5 a 6 tys. absolwentów. Zachowując odpowiednie proporcje, optymalnych rozwiązaniem byłoby zwiększenie liczby przyjęć na analogiczne kierunki w naszym kraju do ok. 5 tys studentów rocznie. Każdego roku pracę w zawodzie podjęłoby wtedy ok. 2,5 tys. absolwentów.

Sytuację pogarsza fakt, że blisko 10 proc. specjalistów decyduje się na wyjazd zagranicę. Dodatkowym problemem jest również niewystarczająca liczba rezydentur (w Wielkopolsce w ciągu najbliższych czterech lat do pracy w POZ trafi 90 lekarzy, podczas gdy znajduje się tam blisko 600 placówek). Zdaniem Bożeny Janickiej, prezes Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia, może to doprowadzić do masowych likwidacji przychodni.

Wykształcenie lekarza specjalisty trwa dziesięć lat, kadencja parlamentu i związane z nią zmiany personalne w ministerstwach – tylko cztery lata. Problem można rozwiązać wyłącznie długofalowymi procesami, których plon może stać się udziałem zupełnie innej formacji politycznej. Dlatego do zmian ma przyczynić się Najwyższa Izba Kontroli. Urzędnicy chcą sprawdzić m.in. czy system kształcenia i szkolenia zawodowego kadr medycznych zapewnia przygotowanie odpowiedniej liczby specjalistów, stosownie do zmieniających się potrzeb zdrowotnych społeczeństwa. Jak informuje Paweł Biedziak, prezes NIK: „Badając co roku sprawę kolejek do lekarzy, stwierdzamy, że realną przyczyną ich wydłużania się jest fizyczny brak lekarzy określonych specjalności, zwłaszcza w szpitalach w mniejszych miejscowościach, np. w dawnych miastach wojewódzkich. Specjaliści przyjeżdżają do tych miast z ośrodków akademickich 2-3 razy w tygodniu, nie chcą się jednak w nich osiedlać”.

Nieuczciwy jak biznesmen

Nieuczciwy jak biznesmen

Praktyki korupcyjne, takie jak oferowanie gotówki, upominków czy rozrywki w celu zapewnienia sobie przychylności partnerów biznesowych, są uznawane za uzasadnione przez prawie połowę badanej kadry kierowniczej. Według badanych, powodem ich stosowania jest chęć zapewnienia firmie przetrwania na rynku.

Jak informuje PAP, firma EY przeprowadziła wśród pracowników wyższego szczebla w firmach polskich badania ankietowe, których wyniki kilka dni temu przedstawiła w formie raportu podczas konferencji pt. „Nadużycia i korupcja – na skróty do sukcesu?”. Wyłaniają się z nich dość alarmujące wnioski – coraz większa presja na szybkie poprawianie wyników osiąganych przez firmę i podnoszenie jej pozycji rynkowej, w połączeniu z brakiem stabilności gospodarczej, doprowadzają w prostej linii do wzrostu poziomu korupcji i nadużyć w polskim biznesie. 61 proc. badanych uznało korupcję za „częste zjawisko”, 43 proc. zaś za „praktyki rozpowszechnione”.

Wykazany w raporcie wzrost tendencji korupcyjnych spowodowany jest, jak poinformował prezentujący wyniki raportu przedstawiciel firmy EY, głównie zwiększoną presją na poszukiwanie nowych możliwości polepszenia wyników firm. Z raportu wynika, że 46 proc. polskich respondentów uznała, że praktyki korupcyjne w celu ratowania firmy są dopuszczalne (średnia dla wszystkich krajów objętych badaniem to 34 proc).

20 proc. menadżerów byłoby skłonnych wręczyć upominek, 25 proc. – gotówkę, a 23 proc. zaoferowałoby rozrywkę (wyjazdy na narty, egzotyczne wycieczki itp.). Gdy od zdobycia wielkiego kontraktu zależało przetrwanie firmy, wówczas gotowość do użycia argumentu korupcyjnego była duża. Jeśli chodzi o oferowanie gotówki, to w obecnych czasach nie są to już klasyczne „koperty”– to na ogół skomplikowane operacje finansowe z udziałem podstawionych osób, płatności za fikcyjne usługi itd.

37 proc. badanych wspomniało o fałszowaniu wyników finansowych jako o częstym zjawisku, stosowanym, by przedstawić jak najlepsze rezultaty osiągane przez firmę. Jedna trzecia badanych uznaje takie praktyki za dopuszczalne i pomocne w sytuacji spowolnienia gospodarczego. 61 proc. badanych czuło presję zwierzchników, by prezentować dobre wyniki za wszelką cenę – a więc nawet za cenę ich prawdziwości.

22 proc. ankietowanych przyznała, że ich zdaniem postępowanie zgodnie z prawem i procedurami może zaszkodzić konkurencyjności firmy. Polska szczególnie źle wypadła w badaniu pod względem przestrzegania przez same firmy praktyk antykorupcyjnych i karania pracowników za ich łamanie itp. (tylko 26 proc. badanych przyznało, że zarządy robią cokolwiek w tym kierunku), a także pod względem komunikowania pracownikom prewencji antykorupcyjnej. „Często firmy boją się karać swoich najlepszych sprzedawców, nawet, gdy mają świadomość, że naginają oni przepisy” – mówił Mariusz Witalis z firmy EY.

Według zastępcy komendanta głównego policji, Adama Rapackiego, największą patologią są obecnie wyłudzenia podatku VAT. Według niego, skuteczność poboru VAT w Polsce jest szczególnie mała i niższa niż w pozostałych nowych krajach Unii. Z cytowanych przez niego danych wynika, że procent unikających płacenia tego podatku wynosił 25 proc. w 2012 roku, zaś cała „szara strefa” szacowana jest na od kilkunastu do 25 proc. PKB.