Postęp po amerykańsku

Postęp po amerykańsku

Podwyżka podatków dla najzamożniejszych i płacy minimalnej, gwarantowane równe wynagrodzenia dla kobiet i mężczyzn pracujących na tych samych stanowiskach. To nie kiełbasa wyborcza ani rozwiązania rodem ze Skandynawii, tylko metody, dzięki którym gubernator Minnesoty wyprowadził swój stan z kryzysu.

Kiedy Mark Dayton obejmował urząd w styczniu 2011 r. stan borykał się z deficytem budżetowym rzędu 6,2 mld dolarów oraz z siedmioprocentowym bezrobociem – referuje forsal.pl. Wywodzący się z Partii Demokratycznej polityk przeforsował program naprawy finansów publicznych, którego koszty ponieść mieli najlepiej zarabiający mieszkańcy. Tak też się stało – 62 proc. nałożonych przez Daytona nowych obciążeń podatkowych dotknęło 1 proc. najbogatszych rezydentów Minnesoty.

Drugim filarem reformy Daytona była polityka systematycznych podwyżek godzinowych płac minimalnych. Na zmianach skorzystało 83 tys. najmniej zarabiających, co stanowi ok. 5 proc. wszystkich pracowników godzinowych w Minnesocie. Uchwalone z inicjatywy gubernatora prawo stanowe wymusiło ponadto zrównanie płac kobiet i mężczyzn.

Przeciwnicy polityczni Daytona straszyli – skąd my to znamy? – że progresywny „eksperyment” skończy się ucieczką przedsiębiorców i redukcjami miejsc pracy. Efekty okazały się diametralnie odmienne. Stan uzyskał nadwyżkę budżetową, liczba miejsc pracy zwiększyła się w latach 2011-2015 o 172 tys., zaś bezrobocie utrzymuje się na jednym z najniższych w USA poziomów – 3,6 proc. Wyraźnie wzrosła również mediana dochodów.

Wbrew czarnym prognozom konserwatywnych komentatorów Minnesota uznawana jest także za jedno z najlepszych miejsc do uprawiania biznesu (w rankingu „Forbesa” Best States for Business lokuje się na 9. miejscu). Swoje siedziby utrzymały w Minnesocie nawet największe i najwyżej opodatkowane wskutek nowych regulacji korporacje. Sekret Daytona to nacisk na edukację, zdrowie i walkę z ubóstwem. W kategorii „jakość życia” Minnesota uzyskała w rankingu „Forbesa” drugą lokatę

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Jedzenie nie pójdzie do kosza

Jedzenie nie pójdzie do kosza

Niższa izba parlamentu Francji przyjęła ustawę zakazującą supermarketom niszczenia niewykorzystanej żywności, a nakazującą im przekazywanie produktów spożywczych organizacjom charytatywnym. Wniosek poparli wszyscy członkowie Zgromadzenia Narodowego.

Jak podaje „Puls Biznesu”, nowe prawo zobowiązuje sklepy powyżej 400 m. kw powierzchni do zawarcia z instytucjami dobroczynnymi umów dotyczących sposobu przekazywania jedzenia. Ma to nastąpić przed czerwcem 2016r. Dla tych, którzy zlekceważą przepisy, przewidziano odpowiednie kary, np. grzywny do 75 tys. euro. Porozumienie z organizacjami pożytku publicznego nie jest jednak jedynym sposobem spożytkowania nadwyżek żywności. Może ona zostać wykorzystana na inne sposoby np. jako pasza dla zwierząt lub kompost.

Jednocześnie ustawa przewiduje wprowadzenie w placówkach edukacyjnych i firmach programów edukacyjnych dotyczących skutków marnowania pokarmów.

Powyższe działania stanowią element szerszej kampanii, która do 2025 r. powinna doprowadzić do zmniejszenia o połowę ilości niewykorzystanego jedzenia. W przeliczeniu na mieszkańca, każdego roku statystyczny Francuz wyrzuca ponad 20 kilogramów pożywienia. W skali całego kraju straty wynoszą 20 mld euro.

Zapis spotkał się zarówno z pozytywnym, jak i negatywnym odbiorem. Zadowolone z przepisów są przede wszystkim organizacje działające na rzecz ochrony środowiska, sprzeciw wyrażają zaś głównie grupy reprezentujące sieci handlowe.

Ustawa czeka teraz na aprobatę francuskiego senatu.

Świat (śmieciowej) pracy 2015

Świat (śmieciowej) pracy 2015

Coraz więcej umów tymczasowych, śmieciowych bądź niepełnowymiarowych, rosnąca rzesza wypchniętych na jednoosobową działalność gospodarczą, pracowników nieformalnych oraz zatrudnionych na czarno, rosnące nierówności dochodowe, coraz mniej bezpieczeństwa i stabilności – oto podstawowe tendencje dotykające dziś świata pracy.

Najnowszy raport Międzynarodowej Organizacji Pracy World Employment and Social Outlook 2015 wskazuje na pogłębiające się zróżnicowanie form zatrudnienia, które w praktyce oznacza, że stałe, pełnowymiarowe zatrudnienie staje się dobrem coraz trudniej dostępnym. Na podstawie dostępnych danych (obejmujących 84 proc. światowej siły roboczej) badacze ustalili, że ¾ aktywnych na rynku pracy zatrudnione jest na niestandardowych umowach – tymczasowych, krótkoterminowych, na samozatrudnieniu – lub nieformalnie, często bez jakiejkolwiek umowy. Zaledwie niecałe 40 proc. zatrudnione jest na umowach o pracę, z czego mniej niż połowa na czas nieokreślony.

Rośnie także liczba zatrudnionych niepełnowymiarowo, szczególnie wśród kobiet. W większości przebadanych krajów nowo tworzone stanowiska były przeważnie nastawione na pracę na część etatu.

Problemem w większości przebadanych krajów pozostają nierówności dochodowe, zaś niestabilne formy zatrudnienia wzmagają te tendencje. W ciągu ostatnich lat różnice w zarobkach pomiędzy pracownikami stałymi a tymczasowymi wyraźnie się zwiększyły. Choć w poszczególnych krajach udało się doprowadzić do objęcia kolejnych kategorii pracowników ubezpieczeniem emerytalnym,  to inne świadczenia społeczne w zdecydowanej większości krajów przysługują jedynie zatrudnionym na etat.

„Te nowe dane pokazują, że mamy do czynienia z coraz bardziej zróżnicowanym światem pracy. W niektórych przypadkach niestandardowe formy zatrudnienia mogą być pomocne w wejściu na rynek pracy. Ale te nasilające się tendencje są zarazem odbiciem problemu niepewności i braku poczucia bezpieczeństwa, które dotyka dziś wielu pracowników na całym świecie” – zauważa dyrektor generalny MOP Guy Ryder. „Przejście od tradycyjnego stosunku pracy do niestandardowych form zatrudnienia łączy się często ze wzrostem nierówności i poziomu biedy. Co więcej trendy te wiążą się z niebezpieczeństwem utrzymania się błędnego koła niskiego globalnego popytu i powolnego przyrostu miejsc pracy, które dotknęło światową gospodarkę i wiele rynków pracy w okresie po kryzysie. Wyjściem z sytuacji jest polityka, która weźmie pod uwagę zmiany w kulturze pracy. Mam na myśli przede wszystkim stymulowanie inwestycji, stwarzanie nowych miejsc pracy i wzrost produktywności przy jednoczesnym dbaniu o należne bezpieczeństwo materialne dla wszystkich kategorii pracowników, nie tylko tych na stabilnych umowach” – dodaje.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że rośnie świadomość, iż konieczne są nowe regulacje, które chronić będą zatrudnionych na elastycznych umowach przed arbitralnym i niesprawiedliwym traktowaniem przez pracodawców. Zauważają jednak, że o ile w skali światowej sytuacja pod względem przestrzegania praw pracowniczych i rozszerzania ich zakresu stopniowo się poprawia, o tyle w Europie po 2008 r. miał w tej sferze miejsce wyraźny regres.

Daleko od torów

Daleko od torów

Dostępność kolei jest w Polsce najniższa ze wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jedynie 78% obszaru naszego kraju jest położona w odległości do 15km od czynnej linii kolejowej. Dla porównania – w Czechach aż 99% obszaru znajduje się w takiej (lub bliższej) odległości od działającej stacji.

Portal czt.org.pl sporządził mapę gęstości sieci połączeń kolejowych dla Europy Środkowo-Wschodniej. Celem jej powstania jest ukazanie, jak daleko mieszkańcy konkretnych krajów i regionów mają do najbliższej działającej linii kolejowej. Widok ten nie napawa optymizmem – wszystkie ujęte na mapie kraje (Austria, Czechy, Słowacja i Węgry) charakteryzują się siecią gęstszą od polskiej, pomimo że są państwami zdecydowanie mniejszymi terytorialnie, o znacząco mniejszej liczbie mieszkańców.

kolej w regionie

Polska kolej uplasowała się na ostatniej pozycji w regionie. Wyniki kształtują się następująco: Czechy – 99% obszaru w pobliżu linii kolejowej, Węgry – 96%, Słowacja – 93%, Austria – 87% (i to pomimo głównego pasma Alp, które uniemożliwia budowę kolei). Polska zaś do niedawna miała dość gęstą sieć kolejową na większości obszaru, nie potrafiła jednak podtrzymać istnienia tych linii i zapewnić na nich ruchu. Uznane za „nierentowne”, leżą one obecnie odłogiem, a mieszkańcy są skazani na korzystanie z samochodów i prywatnej komunikacji busowej.