Kolejkowa propaganda sukcesu

Kolejkowa propaganda sukcesu

Zamiast spodziewanego skrócenia czasu oczekiwania na zabieg czy wizytę u specjalisty, obowiązujący od stycznia „pakiet kolejkowy” przyczynił się do wytworzenia oderwanych od rzeczywistości „kreatywnych statystyk”.

Jak przypomina „Dziennik Gazeta Prawna”, zapisy do specjalistów i inne objęte pakietem kolejkowym usługi medyczne prowadzone są i rejestrowane poprzez specjalny system informatyczny. Na podstawie zebranych tam danych Narodowy Fundusz Zdrowia stworzył ogólnopolski informator dla pacjentów o tym, ile czeka się na poszczególne świadczenia. Niestety, jak wykazali dziennikarze, rozmijają się one z praktycznym doświadczeniem pacjenta. Według informatora NFZ czas oczekiwania na zabieg wszczepienia endoprotezy biodra wyniósłby niespełna 2 miesiące. We wskazanej przez system placówce reporterzy „DGP” dowiedzieli się jednak, że w rzeczywistości dopiero po 3 miesiącach liczyć można na obligatoryjną konsultację u specjalisty, zaś sam zabieg mógłby zostać przeprowadzony nie wcześniej niż pod koniec grudnia.

Dziennikarze zauważyli także inne błędy systemu, na którym NFZ opiera gromadzone i upubliczniane przez siebie statystyki. Niespójne okazały się dane dotyczące przeciętnego i realnego okresu oczekiwania na świadczenia. Np. w szpitalu klinicznym w Otwocku na wszczepienie protezy kolana czeka się ponad rok. Jednocześnie średni czas oczekiwania na ten sam zabieg w tym samym szpitalu wynosi według informatora… 57 dni.

Jak przekonują eksperci, jest to kwestia niedoskonałości przyjętych w styczniu przepisów. Przewidują one, że na listy oczekujących nie są wpisywani chorzy kontynuujący leczenie, tylko nowo diagnozowani. Ci pierwsi przyjmowani są według ustalonego indywidualnie planu leczenia. Przypisywane im terminy nie trafiają jednak do systemu kolejkowego.

Na tym nie koniec jednak zaburzających statystyki wyjątków. Poza systemem znaleźli się także chorzy na raka oraz przypadki zagrażające życiu, którym nowe przepisy gwarantują przyspieszone terminy uzyskania świadczeń. Zobowiązań tych nie sposób jednak realizować nie zaburzając przy tym systemu zapisów. Nie stworzono przy tym żadnych procedur ani wytycznych, które wyjaśniałyby placówkom, jak realizować te gwarancje. Obciążono je przy tym – a w szczególności lekarzy – nowymi obowiązkami związanymi ze sprawozdawczością (czasochłonnymi m.in. ze względu na sposób zaprojektowania systemu informatycznego), które dla kilku tysięcy placówek okazały się ponad siły. To kolejny czynnik, który sprawia, że otrzymywane przez NFZ dane są niepełne.

Ekspert ds. ochrony zdrowia Rafał Janiszewski jest zdania, że nowy system zamiast skrócić kolejki wygenerował zamieszanie w statystykach. „Należało postawić obowiązek sprawozdawania wszystkich pacjentów, również tych, którzy kontynuują leczenie. Jednak wtedy resort nie mógłby się pochwalić, że listy oczekujących się skróciły” – komentuje.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Co drugi Polak zadłużony

Co drugi Polak zadłużony

Jak wynika z danych BIK, w 2014 roku już co drugi Polak miał kredyt. Najczęściej zaciągają je obywatele urodzeni w latach 1967-1981. Kobiety stanowią ponad połowę kredytobiorców.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, analizując mapę kraju pod względem rozkładu zadłużonych zauważyć można, iż najwięcej kredytów zaciągają mieszkańcy województwa lubuskiego, zaś najmniej – podlaskiego, gdzie z kredytów korzysta tylko 39 proc. mieszkańców. Średni poziom aktywności kredytowej jest znacznie wyższy na zachodzie kraju.

Na „skłonność” do zaciągania kredytów w istotnym stopniu wpływa wiek. Najwięcej zaciągają ich osoby w wieku 35-48 lat, a więc pokolenie aktywne zawodowo i, jak czytamy w raporcie BIK, „podejmujące decyzje o zakupie własnego mieszkania”. Kredyty chętnie zaciągają również osoby z pokolenia seniorów, co świadczy o ich niskich dochodach i niekomfortowych warunkach życia.

Analitycy BIK podkreślają, że w związku z przesunięciem się wieku usamodzielniania się na późniejszy, najmniej aktywne kredytowo jest pokolenie dwudziestolatków, którzy ledwo weszli w dorosłość.

Jedna czwarta Polaków ma kredyt konsumpcyjny, a co dziesiąta osoba – mieszkaniowy.

Postęp po amerykańsku

Postęp po amerykańsku

Podwyżka podatków dla najzamożniejszych i płacy minimalnej, gwarantowane równe wynagrodzenia dla kobiet i mężczyzn pracujących na tych samych stanowiskach. To nie kiełbasa wyborcza ani rozwiązania rodem ze Skandynawii, tylko metody, dzięki którym gubernator Minnesoty wyprowadził swój stan z kryzysu.

Kiedy Mark Dayton obejmował urząd w styczniu 2011 r. stan borykał się z deficytem budżetowym rzędu 6,2 mld dolarów oraz z siedmioprocentowym bezrobociem – referuje forsal.pl. Wywodzący się z Partii Demokratycznej polityk przeforsował program naprawy finansów publicznych, którego koszty ponieść mieli najlepiej zarabiający mieszkańcy. Tak też się stało – 62 proc. nałożonych przez Daytona nowych obciążeń podatkowych dotknęło 1 proc. najbogatszych rezydentów Minnesoty.

Drugim filarem reformy Daytona była polityka systematycznych podwyżek godzinowych płac minimalnych. Na zmianach skorzystało 83 tys. najmniej zarabiających, co stanowi ok. 5 proc. wszystkich pracowników godzinowych w Minnesocie. Uchwalone z inicjatywy gubernatora prawo stanowe wymusiło ponadto zrównanie płac kobiet i mężczyzn.

Przeciwnicy polityczni Daytona straszyli – skąd my to znamy? – że progresywny „eksperyment” skończy się ucieczką przedsiębiorców i redukcjami miejsc pracy. Efekty okazały się diametralnie odmienne. Stan uzyskał nadwyżkę budżetową, liczba miejsc pracy zwiększyła się w latach 2011-2015 o 172 tys., zaś bezrobocie utrzymuje się na jednym z najniższych w USA poziomów – 3,6 proc. Wyraźnie wzrosła również mediana dochodów.

Wbrew czarnym prognozom konserwatywnych komentatorów Minnesota uznawana jest także za jedno z najlepszych miejsc do uprawiania biznesu (w rankingu „Forbesa” Best States for Business lokuje się na 9. miejscu). Swoje siedziby utrzymały w Minnesocie nawet największe i najwyżej opodatkowane wskutek nowych regulacji korporacje. Sekret Daytona to nacisk na edukację, zdrowie i walkę z ubóstwem. W kategorii „jakość życia” Minnesota uzyskała w rankingu „Forbesa” drugą lokatę

Regiony w biedzie

Regiony w biedzie

Według zestawienia Eurostatu, pięć wschodnich województw naszego kraju znajduje się wśród dwudziestu najbiedniejszych regionów UE. Ponadto z badań wynika, że nawet nasza stolica nie plasuje się w gronie dwudziestu najbogatszych regionów stołecznych Unii, choć są na tej liście Praga i Bratysława.

Unijny urząd statystyczny zbadał PKB na głowę mieszkańca i porównał je, uwypuklając różnice nie tylko pomiędzy krajami, ale także z podziałem na regiony. Raport posługuje się najnowszymi dostępnymi dla wszystkich 28 państw danymi, pochodzącymi z roku 2013.

Najbogatszym polskim województwem, z PKB wynoszącym 107 proc. średniej unijnej na mieszkańca, jest mazowieckie. Nic w tym zaskakującego, na dobry wynik regionu pracuje bowiem Warszawa. Mimo to nie znalazła się ona wśród dwudziestu najbogatszych stolic Unii. Listę miast z najwyższym PKB otwiera Londyn, gdzie współczynnik zamożności wynosi aż 325 proc. średniej. Znajdują się na niej także Luksemburg i Bruksela.

Wśród dwudziestu najbiedniejszych regionów UE znalazło się pięć polskich województw: lubelskie z PKB na jednego mieszkańca wynoszącym 48 proc. średniej unijnej, podkarpackie (48 proc.), warmińsko-mazurskie (48 proc.), podlaskie (49 proc.) oraz świętokrzyskie (49 proc).

Z danych Eurostatu wynika, że PKB na osobę w Polsce wynosiło w 2013 r. 67 proc. średniej UE. Gorzej od nas wypadała Rumunia (54 proc.) oraz Bułgaria (45 proc).