Świat skrajności

Świat skrajności

Powiększa się nierówność dochodów pomiędzy bogatymi a biednymi. W większości krajów należących do OECD osiągnęła ona rekordowy poziom. Dziesięć procent najlepiej wynagradzanych osób dostaje ponad dziewięć razy tyle, co grupa dziesięciu procent najbiedniejszych.

Takie wnioski wynikają z opublikowanego w czwartek raportu OECD, dotyczącego nierówności w dochodach społeczeństw. Jego autorzy podkreślają, że przepaść między bogatymi a biednymi jest rekordowo głęboka. Jeszcze w 1980 roku różnice w dochodach pomiędzy tymi dwiema grupami kształtowały się w stosunku 7:1 – dziś jest to 9:1.

Jak podaje portal money.pl, jeszcze większą różnicę można dostrzec, gdy porówna się nie tylko dochody, ale również zamożność poszczególnych grup społecznych. Jak podaje OECD, 10 procent gospodarstw domowych ma dzisiaj połowę majątku wszystkich, 50 procent gospodarstw dzieli między siebie 47 procent bogactwa, a dla 40 procent najbiedniejszych zostaje do podziału około 3 procent ogólnego majątku.

„Osiągnęliśmy punkt krytyczny. Nierówności są na najwyższym poziomie od czasu, gdy rozpoczęliśmy zbieranie danych na ten temat” – powiedział Angel Gurría, sekretarz generalny OECD. Podkreślił, że pogłębiająca się przepaść między najbogatszymi a najbiedniejszymi nie sprzyja wzrostowi gospodarczemu na świecie.

Raport OECD zwraca także uwagę na problem umów śmieciowych. Według niego to właśnie umowy na czas określony i niepewność zatrudnienia są jednymi z głównych czynników powiększania się nierówności społecznych. Jak wyliczają autorzy, już od 1995 roku ponad połowa miejsc pracy w gospodarkach OECD była tymczasowa. Taka sytuacja powoduje nasilenie się kolejnych problemów, jak chociażby braku dostępu do edukacji dla dzieci, przez co wydostanie się z biedy staje się jeszcze trudniejsze.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Kolejkowa propaganda sukcesu

Kolejkowa propaganda sukcesu

Zamiast spodziewanego skrócenia czasu oczekiwania na zabieg czy wizytę u specjalisty, obowiązujący od stycznia „pakiet kolejkowy” przyczynił się do wytworzenia oderwanych od rzeczywistości „kreatywnych statystyk”.

Jak przypomina „Dziennik Gazeta Prawna”, zapisy do specjalistów i inne objęte pakietem kolejkowym usługi medyczne prowadzone są i rejestrowane poprzez specjalny system informatyczny. Na podstawie zebranych tam danych Narodowy Fundusz Zdrowia stworzył ogólnopolski informator dla pacjentów o tym, ile czeka się na poszczególne świadczenia. Niestety, jak wykazali dziennikarze, rozmijają się one z praktycznym doświadczeniem pacjenta. Według informatora NFZ czas oczekiwania na zabieg wszczepienia endoprotezy biodra wyniósłby niespełna 2 miesiące. We wskazanej przez system placówce reporterzy „DGP” dowiedzieli się jednak, że w rzeczywistości dopiero po 3 miesiącach liczyć można na obligatoryjną konsultację u specjalisty, zaś sam zabieg mógłby zostać przeprowadzony nie wcześniej niż pod koniec grudnia.

Dziennikarze zauważyli także inne błędy systemu, na którym NFZ opiera gromadzone i upubliczniane przez siebie statystyki. Niespójne okazały się dane dotyczące przeciętnego i realnego okresu oczekiwania na świadczenia. Np. w szpitalu klinicznym w Otwocku na wszczepienie protezy kolana czeka się ponad rok. Jednocześnie średni czas oczekiwania na ten sam zabieg w tym samym szpitalu wynosi według informatora… 57 dni.

Jak przekonują eksperci, jest to kwestia niedoskonałości przyjętych w styczniu przepisów. Przewidują one, że na listy oczekujących nie są wpisywani chorzy kontynuujący leczenie, tylko nowo diagnozowani. Ci pierwsi przyjmowani są według ustalonego indywidualnie planu leczenia. Przypisywane im terminy nie trafiają jednak do systemu kolejkowego.

Na tym nie koniec jednak zaburzających statystyki wyjątków. Poza systemem znaleźli się także chorzy na raka oraz przypadki zagrażające życiu, którym nowe przepisy gwarantują przyspieszone terminy uzyskania świadczeń. Zobowiązań tych nie sposób jednak realizować nie zaburzając przy tym systemu zapisów. Nie stworzono przy tym żadnych procedur ani wytycznych, które wyjaśniałyby placówkom, jak realizować te gwarancje. Obciążono je przy tym – a w szczególności lekarzy – nowymi obowiązkami związanymi ze sprawozdawczością (czasochłonnymi m.in. ze względu na sposób zaprojektowania systemu informatycznego), które dla kilku tysięcy placówek okazały się ponad siły. To kolejny czynnik, który sprawia, że otrzymywane przez NFZ dane są niepełne.

Ekspert ds. ochrony zdrowia Rafał Janiszewski jest zdania, że nowy system zamiast skrócić kolejki wygenerował zamieszanie w statystykach. „Należało postawić obowiązek sprawozdawania wszystkich pacjentów, również tych, którzy kontynuują leczenie. Jednak wtedy resort nie mógłby się pochwalić, że listy oczekujących się skróciły” – komentuje.

Dzieci chorują, samorządy bagatelizują

Dzieci chorują, samorządy bagatelizują

Plagą wśród dzieci są otyłość i próchnica. Rośnie również liczba dziecięcych nowotworów, których diagnostyka pozostawia wiele do życzenia. Brak obowiązkowego corocznego przeglądu zdrowotnego, a kolejki do specjalistów są coraz dłuższe.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, statystyki z najnowszego raportu Ministerstwa Zdrowia mówią same za siebie. Z otyłością boryka się już ponad 20 proc. dzieci. To o połowę więcej niż w pokoleniu ich rodziców. Największe problemy z wagą mają młodzi w grupie 14–18 lat. Jeśli ten trend nie zostanie powstrzymany, za kilka lat nastolatkowie licznie zasilą szeregi cukrzyków i pacjentów z chorobami układu krążenia.

Kolejny problem to rosnąca liczba nowych przypadków raka wśród młodych Polaków. W 2000 r. odnotowywano ich 10 na 10 tys. dzieci. W ostatnich czterech latach – już 14 na 10 tys. Problemem jest brak wczesnej diagnostyki. „Brakuje badań przesiewowych” – komentuje poseł Tomasz Latos, przewodniczący sejmowej komisji zdrowia.

Prawdziwą epidemią jest bagatelizowana do tej pory próchnica. Zmaga się z nią około 80 proc. dzieci. Będzie jeszcze gorzej, bo odkąd ze szkół zniknęły gabinety stomatologiczne, nikt nie nadzoruje, jak wygląda leczenie zębów młodych obywateli. Premier Ewa Kopacz w exposé zapowiedziała powrót dentystów do szkół, sprawa jednak nie jest prosta. Ministerstwo Zdrowia wskazuje, że ta inicjatywa powinna być po stronie samorządów. Cezary Cieślukowski, podsekretarz stanu w tym resorcie, tłumaczy jednak, że nie są one chętne do zorganizowania takiej opieki, mimo że mogą liczyć na dofinansowanie.

W ogólnym wydźwięku Ministerstwo pozytywnie ocenia dostęp dzieci do świadczeń. Innego zdania jest dyrektor gabinetu Rzecznika Praw Dziecka Bartosz Sowier, który wylicza liczne błędy: niedoszacowanie świadczeń pediatrycznych i stomatologicznych dla najmłodszych, brak obowiązku corocznego przeglądu zdrowotnego oraz długi czas oczekiwania na wizyty u lekarzy specjalistów, takich jak pediatra, okulista, neurolog, rehabilitant czy psychiatra.

 

Nie chcą, ale muszą

Nie chcą, ale muszą

Ponad 43 proc. młodych Polaków pracujących na własny rachunek przyznaje, że robi to z przymusu, a nie chęci rozwoju swojego biznesu. W kraju, gdzie coraz bledsze są szanse na stały etat, samozatrudnienie bywa często jedynym sposobem, by zaistnieć na rynku pracy.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, według najnowszego raportu Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, praca na własny rachunek stopniowo zyskuje na popularności wśród młodych Europejczyków, jednak popularność ta to efekt nie tyle unijnych programów promujących przedsiębiorczość, co wysokiego bezrobocia wśród młodych ludzi po kryzysie z 2008 r.

Najwyższe samozatrudnienie obserwujemy w krajach dotkniętych wysokim bezrobociem. W Grecji w 2013 roku 16% młodych ludzi pracowało na własny rachunek, we Włoszech 15,3%, na Słowacji 11%, a w Rumuni 10%. W Polsce zanotowano 8,3% młodych samozatrudnionych. W liczbie tej zawierają się oczywiście nie tylko osoby prowadzące z przekonania i pasji własne biznesy, ale i pracownicy zmuszeni przez pracodawcę do założenia jednoosobowej działalności gospodarczej, choć ich praca nosi znamiona etatowej (sprzątaczki, ochroniarze, salowe, pracownice kuchni w placówkach edukacyjnych).