Drogie tanie mieszkania

Drogie tanie mieszkania

Jeszcze w tym roku rząd zamierza wystartować z programem wspierania taniego budownictwa czynszowego. Przyjęty przezeń projekt nowelizacji ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego ma reaktywować program, który działał w latach 1995-2009. Właśnie – niektórych. Czy jest się z czego cieszyć? Czy „tanie budownictwo” będzie naprawdę tanie?

Dostępność mieszkań jest w Polsce dużo gorsza niż na zachodzie Europy. Trudno, by było inaczej, skoro zarobki Polaków są o wiele niższe od dochodów Niemców czy Francuzów. Od prawie pięciu lat Związek Banków Polskich publikuje co kwartał Indeks Dostępności Mieszkaniowej, który ma pokazać, jak na rynku mieszkaniowym zmieniają się możliwości finansowe trzyosobowej rodziny. Pod uwagę brane są średnie ceny mieszkań w ośmiu największych miastach, wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych, dochody oraz koszt utrzymania się (minimum socjalne). Statystyki tego typu zafałszowują jednak rzeczywistość. Pomimo rekordowo „tanich” kredytów, ubywa Polaków mogących sobie pozwolić na kupno własnego mieszkania. Alternatywą nie jest również wynajem, który, zwłaszcza w większych miastach, potrafi mieć lichwiarskie ceny, równające się pensji minimalnej lub ją przekraczające. Większość młodych Polaków nie ma szans na własne lokum, o ile nie odziedziczą go po zmarłym członku rodziny.

W latach 1995-2009 działał program, który wspierał Krajowy Fundusz Mieszkaniowy, operujący wówczas przy Banku Gospodarstwa Krajowego. Budżet dopłacał do kredytów dla Towarzystw Budownictwa Mieszkaniowego (TBS), a one „w zamian” budować miały mieszkania, w których czynsz byłby teoretycznie „o połowę mniejszy od rynkowego”. Przypomnijmy, że budownictwo TBS to rodzaj czynszowego wynajmu – mieszkania nie nabywamy na własność, ale też nie wynajmujemy go na zasadach rynkowych. Wprowadzając się, lokator musi ponieść szereg dość wysokich nakładów finansowych. Przykładowe koszty dla mieszkania 50 mkw. we Wrocławiu za rok 2012 wynosiły: 57 300zł za tzw. wkład partycypacyjny i 1980zł kaucji mieszkaniowej. Mieszkańcy, by otrzymać przydział do bloku TBS, muszą również spełnić wymóg nieprzekraczania aktualizowanych systematycznie progów dochodów.

Po 2009 r. rząd wspierał kupujących mieszkania już tylko za pomocą dopłaty do kredytu, najpierw w ramach programu „Rodzina na swoim”, a obecnie „Mieszkanie dla młodych”. Problem w tym, że bez szans na samodzielne lokum są osoby, które zarabiają na rękę 1,6-2,8 tys. zł, a takie przeważają wśród młodych. Zarobki te są zbyt wysokie, aby móc się ubiegać o mieszkanie od gminy, a zbyt niskie, by zaciągnąć kredyt na zakup własnego, nawet korzystając z dopłaty. I właśnie do tych, których nie stać na własne mieszkanie, jest adresowany program wspierania społecznego budownictwa czynszowego. Rząd liczy, że już w tym roku TBS-y, spółki komunalne i spółdzielnie będą mogły ubiegać się w BGK o kredyt preferencyjny, którego oprocentowanie ma być takie jak miesięczny WIBOR, czyli niespełna 1,7 proc. Bank doliczy sobie 1 pkt proc. marży, ale tę sfinansuje budżet państwa za pośrednictwem Funduszu Dopłat.

Czy jest się jednak z czego cieszyć? Po pierwsze, projekt zakłada wybudowanie jedynie 30 tysięcy mieszkań w ciągu 10 lat, a więc 3 tysięcy mieszkań rocznie. Po drugie – jak można przeczytać w wielu dyskusjach internetowych z udziałem mieszkańców TBS-ów, czynsze za te mieszkania wcale nie są niskie. Prawo zakłada jedynie, że czynsz nie może przekroczyć 5 proc. wartości odtworzeniowej lokalu, co w praktyce oznacza, że np. w Warszawie przy wynajmie mieszkania 50-metrowego zapłacimy miesięcznie…1250 zł. To stawka niemalże równa tej, której żądają właściciele na rynku prywatnym i dużo wyższa niż czynsze spółdzielcze i te płacone we wspólnotach za podobny metraż.

Projekt zakłada weryfikację dochodów mieszkańców co dwa lata. Jeśli przekroczą dozwolony pułap, zostaną obciążeni odpowiednio wyższym czynszem. Takich mieszkań nigdy też nie będzie można wykupić.

Co ciekawe, pomimo szybkiego ogłoszenia pomysłu, rząd planuje mocniej zaangażować się w to przedsięwzięcie…dopiero po 2018 roku. Do tego czasu budżet będzie borykał się z dopłatami do kredytów na zakup mieszkań w ramach poprzednich programów, m.in. „Mieszkanie dla młodych”. Potem, być może, powróci do kwestii budownictwa czynszowego, czyli dopłat budżetowych dla banków i rozliczania lokatora z każdych stu złotych podwyżki w pracy. Projekt nie rozwiązuje w żadnym stopniu problemu młodych (i nie tylko młodych) ludzi i ich dostępu do tanich mieszkań. Problemem są przede wszystkim niskie płace, które nie pozwalają obywatelowi ani kupić mieszkania, ani go wynająć, nie wydając na jego utrzymanie 70-80 proc. miesięcznego dochodu. Każdy projekt, który nie bierze pod uwagę niskich dochodów polskich pracowników, jest działaniem pozornym.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

W małym mieście zarobisz mniej

W małym mieście zarobisz mniej

Podczas gdy księgowy z Warszawy zarabia średnio 3,6 tys. złotych, jego kolega z małego miasta musi zadowolić się wynagrodzeniem o ok. 1,5 tys. zł niższym. Podobne nierówności w dochodach między pracującymi w dużych i małych miejscowościach występują niemal w każdym zawodzie.

Mediana wynagrodzeń brutto wynosi 3,3 tys. zł w miastach do 25 tys. mieszkańców, 3,5 tys. zł w miastach z 25-100 tys. mieszkańców i 4,2 tys. zł w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. W stolicy to aż 6 tys. zł brutto.

Jak wynika z danych z „Raportu Wynagrodzeń 2014”, opublikowanego przez firmę Sedlak & Sedlak, dysproporcje w wynagrodzeniach występują niezależnie od stanowiska. Różnice między zarobkami w dużych i małych miastach rosną jednak wraz ze wzrostem pensji. O ile przeciętny kierownik z Warszawy zarabia o 76% więcej niż osoba na podobnym stanowisku z małej miejscowości, a księgowy o 71% więcej, to w przypadku magazynierów różnica ta wynosi od 11 do 17%. Biorąc pod uwagę wyższe koszty życia w stolicy, sytuacja osób na nisko opłacanych stanowiskach jest jeszcze gorsza.

Autorzy raportu analizują też różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn. Mediana wynagrodzeń wynosi 4600 zł dla mężczyzn i o 1000 zł mniej dla kobiet. Te różnice również rosną wraz z zajmowaniem wyższych stanowisk: o ile mężczyźni na stanowiskach dyrektorów przeciętnie zarabiali 13 800 zł brutto, czyli o prawie 4 tys. zł więcej niż kobiety, to w przypadku pracowników szeregowych różnica wynosi tylko 300 zł (2800 zł dla mężczyzn i 2500 dla kobiet).

Wolnoć Tomku w swoim domku?

Wolnoć Tomku w swoim domku?

Wchodzące w życie 28 czerwca br. nowe przepisy prawa budowlanego sprawią, że nie będziemy już mieli wpływu na to, co zostanie wybudowane na sąsiedniej działce. By wybudować dom jednorodzinny, nie będzie już potrzebne pozwolenie na budowę. Decyzję o chęci postawienia budynku wystarczy zgłosić do starosty, nie będą się już jednak odbywały obowiązkowe wcześniej konsultacje z sąsiadami.

W nowych regulacjach przewidziano wprawdzie, że bez pozwolenia na budowę można stawiać tylko te wolnostojące domy jednorodzinne, które „nie wprowadzają ograniczeń w zagospodarowaniu sąsiedniej nieruchomości”. O tym jednak, czy nowa inwestycja będzie np. utrudniała dostęp do światła domu na sąsiedniej działce, nie będzie już – jak obecnie – decydował starosta, lecz architekt. „Można się więc spodziewać, w myśl zasady klient nasz pan, że w wielu przypadkach architekci ustalą obszar oddziaływania w taki sposób, by zamawiający projekt był zadowolony” – mówi Bogdan Dąbrowski, radca prawny z Urzędu Miasta w Poznaniu. A jeśli urzędnik, do którego trafi zgłoszenie, nie wychwyci nieprawidłowości w projekcie, sąsiad nie będzie miał jak się bronić przed niechcianą budową. Jedyna droga obrony będzie wiodła przez sąd cywilny. Jest ona jednak trudniejsza, dłuższa i bardziej żmudna od administracyjnej, a wyrok może zapaść na długo po tym, jak sąsiad wprowadzi się do postawionej niezgodnie z zasadami budowli.

W nowych przepisach nie brak też absurdów, które z pewnością pobudzą sarmacką fantazję Polaka-budowniczego. Przykładem są regulacje dotyczące wiat. Te do 50 mkw., wznoszone na działkach mieszkaniowych, będzie można wybudować bez załatwiania jakichkolwiek formalności. Oznacza to, że już niedługo możemy spodziewać się wysypu domów letniskowych, budowanych w atrakcyjnych turystycznie miejscach, również tam, gdzie nie powinno ich być. Będą mogły być one stawiane bez uzyskania tzw. warunków zabudowy i bez projektu budowlanego, według gustu inwestora.

Ulica dla mieszkańców

Ulica dla mieszkańców

Jedna z głównych ulic handlowych Wiednia przechodzi wielką metamorfozę. Przebudowa ta ma ogromne konsekwencje dla sąsiadujących z nią dzielnic: samochody będą miały ograniczoną możliwość przejeżdżania tym pieszym ciągiem oraz przecinania go. Przywróci to mieszkańcom okolicy wyższą jakość życia.

Jak informuje portal transport-publiczny.pl, Mariahilfe Strasse to jedna najbardziej znanych ulic handlowych Wiednia. W debacie zainicjowanej na fali prowadzonych w całej Europie dyskusji, dotyczących przywracania przestrzeni miejskiej jest prawdziwego charakteru i podstawowej użyteczności, czyli służenia pieszym, jej przebudowa może służyć za przykład, iż „zatraconą jakość” da się przywrócić z korzyścią dla wszystkich użytkowników wspólnych miejsc.

Handlowcy nie boją się, jak to często bywa w Polsce, spadku obrotów w związku z ograniczeniem ruchu samochodowego. Rewolucja w Wiedniu tak naprawdę zaczęła się już kilkanaście lat wcześniej. „W latach 90. poprowadzono tędy linię metra U3 i już to przyniosło sporo zmian. W ciągu ostatnich kilkunastu lat większość osób przybywających na Mariahilfestrasse korzystała z metra, a nie z samochodu. Ruch kołowy był niewielki, ale też trzeba pamiętać, że zmienia się postrzeganie kwestii posiadania samochodu w Wiedniu. Nie jest on już taki modny” – mówi Hans Christian Heintschel z biura prasowego miasta Wiedeń.

Kolejna odsłona rewolucji rozpoczęła się w marcu 2014 r. Wdrażane teraz zmiany są szeroko zakrojone i ukierunkowane na pieszych. Z obydwu stron przez pewien odcinek ulicy można poruszać się samochodem, ale tylko jednokierunkowo i z prędkością ograniczoną do 20 km/h. W środkowej części sytuuje się przestrzeń piesza. Prace potrwają do końca lipca br. W tej chwili ulica ukończona jest w ok. 70%, jednak efekty zmian już widać. „Przybywa tutaj wiele nowych osób. Teraz jest już znacznie przyjemniej. W związku z poprawą jakości przestrzeni publicznej pojawiły się nowe możliwości – ulica przyciąga nie tylko ofertą handlową. Można „korzystać” z ulicy i nie robić zakupów” – podkreśla Hans-Christian Heintschel.