Minimalna w górę

Minimalna w górę

Pracodawcy straszą, że podniesienie płacy minimalnej do 1880 zł w 2016 roku, co proponują związki zawodowe, będzie ich kosztowało 2,5 mld zł. Pomijają fakt, że według prognoz ich przychody zwiększą się w tym roku aż o 70 mld zł. Według wyliczeń Ministerstwa Finansów, minimalna musi wynieść przynajmniej 1782 zł. Propozycja Stałego Komitetu Rady Ministrów to 1850 zł.

Jak możemy przeczytać na stronie internetowej NSZZ „Solidarność”, straszenie kosztami podniesienia płacy minimalnej przy pomijaniu prognozowanych zysków związanych ze wzrostem gospodarczym „jest zwyczajnie nieuczciwe”. Związkowcy zauważają, że straszenie konsekwencjami zmian korzystnych dla pracowników jest typowym zabiegiem ze strony organizacji przedsiębiorców – i jest to raczej rodzaj szantażu, niż przewidywania oparte na racjonalnych przesłankach.

O podniesienie płacy minimalnej apelują „Solidarność”, OPZZ i Forum Związków Zawodowych we wspólnym stanowisku. Podkreślają, że według OECD udział płac w PKB w Polsce to zaledwie 37%, przy średniej UE wynoszącej 48%. Związkowcy zauważają także, że mimo wzrostu kwoty płacy minimalnej, jej stosunek do średniej pensji pozostaje taki sam, i waha się między 42 a 44%. NSZZ „Solidarność” postuluje zwiększenie jej do wysokości połowy średniego wynagrodzenia.

Do 15 czerwca br. rząd ma zadecydować o wysokości płacy, która będzie obowiązywała w przyszłym roku. Zgodnie z ustawą o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, powinno ono zostać zwaloryzowane przynajmniej o prognozowany wskaźnik inflacji, a jeżeli jest ona niższa niż 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia (tak, jak ma to miejsce obecnie), obowiązkowo jest ono podnoszone również o 2/3 prognozowanej dynamiki PKB. Uprzednio dokonuje się również korekty błędów prognozy inflacji z poprzedniego okresu w oparciu o tzw. wskaźnik weryfikacyjny. Z informacji mediów oraz z oficjalnego dokumentu MF wynika, iż w 2016 r. PKB wzrośnie o 3,8 proc., a wskaźnik inflacji ukształtuje się na poziomie 1,7 proc. Oznacza to, że skorygowana płaca minimalna powinna zostać podniesiona o 1,7% + (3,8% x 2/3) = 4,233333%. W efekcie otrzymujemy ostateczną wysokość płacy minimalnej: 1708,98 zł x (1+4,233333%) = 1781,33 zł. Po zaokrągleniu w górę najniższa dopuszczalna ustawowo płaca minimalna w 2016 r. powinna zatem wynieść 1782 zł.

Ostateczną jej wysokość ustala w drodze negocjacji Komisja Trójstronna, a obliczona w powyższy sposób wartość stanowi jedynie dolne ograniczenie. W praktyce jednak zazwyczaj decyzję tę samodzielnie podejmuje rząd, nie zważając na stanowisko partnerów społecznych. Ostatnia podwyżka wyniosła 70zł. Tym razem obywatele liczą na przynajmniej 100 zł więcej, a więc na 1850 zł brutto miesięcznie – taka jest bowiem propozycja Stałego Komitetu Rady Ministrów i ma ona szansę przejść.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Wyzysk uderza w imigrantów

Wyzysk uderza w imigrantów

Imigranci zarobkowi w Unii Europejskiej są często wyzyskiwani przez pracodawców, a kary za łamanie ich praw są zbyt niskie. Takie wnioski płyną z raportu Agencji Praw Podstawowych.

Jak twierdzą autorzy raportu, brakuje przepisów, które skutecznie chroniłyby migrantów przed zaniżaniem wynagrodzeń czy pracą w warunkach uwłaczających godności, a te które istnieją, są słabo egzekwowane. Wyzyskowi sprzyjają trudności, jakie stają przed migrantami próbującymi dochodzić swoich praw.

Najczęściej łamane są prawa osób zatrudnionych w takich sektorach gospodarki jak rolnictwo, budownictwo, hotelarstwo, gastronomia, pomoc domowa oraz wytwórczość. W Polsce problem spotyka się głównie w rolnictwie, budownictwie i przemyśle wytwórczym. Twórcy raportu opisują m.in. przypadek dzieci nielegalnie zatrudnianych do prac sezonowych w rolnictwie.

Autorzy raportu przedstawiają propozycje, które pomogłyby walczyć z wyzyskiem migrantów. Są to np. wzmocnienie ochrony pracowników w przepisach prawa karnego w krajach UE czy zwiększenie uprawnień inspekcji pracy.

Drogie tanie mieszkania

Drogie tanie mieszkania

Jeszcze w tym roku rząd zamierza wystartować z programem wspierania taniego budownictwa czynszowego. Przyjęty przezeń projekt nowelizacji ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego ma reaktywować program, który działał w latach 1995-2009. Właśnie – niektórych. Czy jest się z czego cieszyć? Czy „tanie budownictwo” będzie naprawdę tanie?

Dostępność mieszkań jest w Polsce dużo gorsza niż na zachodzie Europy. Trudno, by było inaczej, skoro zarobki Polaków są o wiele niższe od dochodów Niemców czy Francuzów. Od prawie pięciu lat Związek Banków Polskich publikuje co kwartał Indeks Dostępności Mieszkaniowej, który ma pokazać, jak na rynku mieszkaniowym zmieniają się możliwości finansowe trzyosobowej rodziny. Pod uwagę brane są średnie ceny mieszkań w ośmiu największych miastach, wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych, dochody oraz koszt utrzymania się (minimum socjalne). Statystyki tego typu zafałszowują jednak rzeczywistość. Pomimo rekordowo „tanich” kredytów, ubywa Polaków mogących sobie pozwolić na kupno własnego mieszkania. Alternatywą nie jest również wynajem, który, zwłaszcza w większych miastach, potrafi mieć lichwiarskie ceny, równające się pensji minimalnej lub ją przekraczające. Większość młodych Polaków nie ma szans na własne lokum, o ile nie odziedziczą go po zmarłym członku rodziny.

W latach 1995-2009 działał program, który wspierał Krajowy Fundusz Mieszkaniowy, operujący wówczas przy Banku Gospodarstwa Krajowego. Budżet dopłacał do kredytów dla Towarzystw Budownictwa Mieszkaniowego (TBS), a one „w zamian” budować miały mieszkania, w których czynsz byłby teoretycznie „o połowę mniejszy od rynkowego”. Przypomnijmy, że budownictwo TBS to rodzaj czynszowego wynajmu – mieszkania nie nabywamy na własność, ale też nie wynajmujemy go na zasadach rynkowych. Wprowadzając się, lokator musi ponieść szereg dość wysokich nakładów finansowych. Przykładowe koszty dla mieszkania 50 mkw. we Wrocławiu za rok 2012 wynosiły: 57 300zł za tzw. wkład partycypacyjny i 1980zł kaucji mieszkaniowej. Mieszkańcy, by otrzymać przydział do bloku TBS, muszą również spełnić wymóg nieprzekraczania aktualizowanych systematycznie progów dochodów.

Po 2009 r. rząd wspierał kupujących mieszkania już tylko za pomocą dopłaty do kredytu, najpierw w ramach programu „Rodzina na swoim”, a obecnie „Mieszkanie dla młodych”. Problem w tym, że bez szans na samodzielne lokum są osoby, które zarabiają na rękę 1,6-2,8 tys. zł, a takie przeważają wśród młodych. Zarobki te są zbyt wysokie, aby móc się ubiegać o mieszkanie od gminy, a zbyt niskie, by zaciągnąć kredyt na zakup własnego, nawet korzystając z dopłaty. I właśnie do tych, których nie stać na własne mieszkanie, jest adresowany program wspierania społecznego budownictwa czynszowego. Rząd liczy, że już w tym roku TBS-y, spółki komunalne i spółdzielnie będą mogły ubiegać się w BGK o kredyt preferencyjny, którego oprocentowanie ma być takie jak miesięczny WIBOR, czyli niespełna 1,7 proc. Bank doliczy sobie 1 pkt proc. marży, ale tę sfinansuje budżet państwa za pośrednictwem Funduszu Dopłat.

Czy jest się jednak z czego cieszyć? Po pierwsze, projekt zakłada wybudowanie jedynie 30 tysięcy mieszkań w ciągu 10 lat, a więc 3 tysięcy mieszkań rocznie. Po drugie – jak można przeczytać w wielu dyskusjach internetowych z udziałem mieszkańców TBS-ów, czynsze za te mieszkania wcale nie są niskie. Prawo zakłada jedynie, że czynsz nie może przekroczyć 5 proc. wartości odtworzeniowej lokalu, co w praktyce oznacza, że np. w Warszawie przy wynajmie mieszkania 50-metrowego zapłacimy miesięcznie…1250 zł. To stawka niemalże równa tej, której żądają właściciele na rynku prywatnym i dużo wyższa niż czynsze spółdzielcze i te płacone we wspólnotach za podobny metraż.

Projekt zakłada weryfikację dochodów mieszkańców co dwa lata. Jeśli przekroczą dozwolony pułap, zostaną obciążeni odpowiednio wyższym czynszem. Takich mieszkań nigdy też nie będzie można wykupić.

Co ciekawe, pomimo szybkiego ogłoszenia pomysłu, rząd planuje mocniej zaangażować się w to przedsięwzięcie…dopiero po 2018 roku. Do tego czasu budżet będzie borykał się z dopłatami do kredytów na zakup mieszkań w ramach poprzednich programów, m.in. „Mieszkanie dla młodych”. Potem, być może, powróci do kwestii budownictwa czynszowego, czyli dopłat budżetowych dla banków i rozliczania lokatora z każdych stu złotych podwyżki w pracy. Projekt nie rozwiązuje w żadnym stopniu problemu młodych (i nie tylko młodych) ludzi i ich dostępu do tanich mieszkań. Problemem są przede wszystkim niskie płace, które nie pozwalają obywatelowi ani kupić mieszkania, ani go wynająć, nie wydając na jego utrzymanie 70-80 proc. miesięcznego dochodu. Każdy projekt, który nie bierze pod uwagę niskich dochodów polskich pracowników, jest działaniem pozornym.

W małym mieście zarobisz mniej

W małym mieście zarobisz mniej

Podczas gdy księgowy z Warszawy zarabia średnio 3,6 tys. złotych, jego kolega z małego miasta musi zadowolić się wynagrodzeniem o ok. 1,5 tys. zł niższym. Podobne nierówności w dochodach między pracującymi w dużych i małych miejscowościach występują niemal w każdym zawodzie.

Mediana wynagrodzeń brutto wynosi 3,3 tys. zł w miastach do 25 tys. mieszkańców, 3,5 tys. zł w miastach z 25-100 tys. mieszkańców i 4,2 tys. zł w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. W stolicy to aż 6 tys. zł brutto.

Jak wynika z danych z „Raportu Wynagrodzeń 2014”, opublikowanego przez firmę Sedlak & Sedlak, dysproporcje w wynagrodzeniach występują niezależnie od stanowiska. Różnice między zarobkami w dużych i małych miastach rosną jednak wraz ze wzrostem pensji. O ile przeciętny kierownik z Warszawy zarabia o 76% więcej niż osoba na podobnym stanowisku z małej miejscowości, a księgowy o 71% więcej, to w przypadku magazynierów różnica ta wynosi od 11 do 17%. Biorąc pod uwagę wyższe koszty życia w stolicy, sytuacja osób na nisko opłacanych stanowiskach jest jeszcze gorsza.

Autorzy raportu analizują też różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn. Mediana wynagrodzeń wynosi 4600 zł dla mężczyzn i o 1000 zł mniej dla kobiet. Te różnice również rosną wraz z zajmowaniem wyższych stanowisk: o ile mężczyźni na stanowiskach dyrektorów przeciętnie zarabiali 13 800 zł brutto, czyli o prawie 4 tys. zł więcej niż kobiety, to w przypadku pracowników szeregowych różnica wynosi tylko 300 zł (2800 zł dla mężczyzn i 2500 dla kobiet).