Nie pracujesz? Zaciągasz dług

Nie pracujesz? Zaciągasz dług

Wpływowa grupa Torysów z Parlamentu Wielkiej Brytanii ma nowy pomysł: młodzi ludzie bez pracy powinni pobierać zasiłek w formie zwrotnej pożyczki. Według inicjatorów pomysłu, ta propozycja „to dodatkowa zachęta, by szukać pracy, zamiast czekać, aż dług się spiętrzy”. Bezrobotni nastolatkowie i młodzi ludzie otrzymywaliby wsparcie w tej samej kwocie, co do tej pory, ale mieliby je zwrócić, gdy tylko znajdą zatrudnienie.

Cała idea opisana jest w książce Kwasiego Kwartenga, który jest wschodzącą gwiazdą prawego skrzydła partii. Twierdzi on, że odpowiedzią na problemy, przed którymi staje obecnie Wielka Brytania, jest wolny rynek, a nie ingerencja rządu. Wtóruje mu minister skarbu George Osborne, który rozważa zredukowanie dodatku do przychodów dla milionów pracujących brytyjskich rodzin, i to już w lipcowym budżecie. Ma to być częścią podejmowanych przez rząd wysiłków, by „praca opłacała się”, choć krytycy oskarżają go o zmuszanie ubogich do płacenia za błędy bankierów.

Książka Kwartenga przywołuje znane od dawien dawna wolnorynkowe chwyty retoryczne: dostajemy tylko tyle, ile wpłaciliśmy, „opieka społeczna jest zbyt kosztowna”, system jest krzywdzący dla tych, którzy płacą podatki od lat, gdyż korzystają z nich młodzi bezrobotni, którzy nie podejmują inicjatywy, by znaleźć pracę.

Z wyliczeń wynika, że jeśli młody człowiek nie będzie pracował przez okres 7 lat pomiędzy 18 a 25 rokiem życia, to ostateczna suma, którą będzie musiał zwrócić, wyniesie 20,475 funtów. Kwarteng twierdzi, że „to niewielka kwota w porównaniu z czesnym za szkołę, jakie w tym czasie zapłacą jego rówieśnicy”.

Inne pomysły, które padają w książce, to zaprzestanie wypłacania zasiłków macierzyńskich i ojcowskich, by „zdjąć ciężar z biznesu” – w zamian młodzi rodzice otrzymywaliby jedynie zryczałtowany dodatek na dziecko, płatny przez rząd centralny; zamknięcie niektórych departamentów rządowych, nadanie lokalnym władzom prawa do podnoszenia podatków oraz zezwolenie darmowym szkołom na generowanie przychodów.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Wyzysk uderza w imigrantów

Wyzysk uderza w imigrantów

Imigranci zarobkowi w Unii Europejskiej są często wyzyskiwani przez pracodawców, a kary za łamanie ich praw są zbyt niskie. Takie wnioski płyną z raportu Agencji Praw Podstawowych.

Jak twierdzą autorzy raportu, brakuje przepisów, które skutecznie chroniłyby migrantów przed zaniżaniem wynagrodzeń czy pracą w warunkach uwłaczających godności, a te które istnieją, są słabo egzekwowane. Wyzyskowi sprzyjają trudności, jakie stają przed migrantami próbującymi dochodzić swoich praw.

Najczęściej łamane są prawa osób zatrudnionych w takich sektorach gospodarki jak rolnictwo, budownictwo, hotelarstwo, gastronomia, pomoc domowa oraz wytwórczość. W Polsce problem spotyka się głównie w rolnictwie, budownictwie i przemyśle wytwórczym. Twórcy raportu opisują m.in. przypadek dzieci nielegalnie zatrudnianych do prac sezonowych w rolnictwie.

Autorzy raportu przedstawiają propozycje, które pomogłyby walczyć z wyzyskiem migrantów. Są to np. wzmocnienie ochrony pracowników w przepisach prawa karnego w krajach UE czy zwiększenie uprawnień inspekcji pracy.

Drogie tanie mieszkania

Drogie tanie mieszkania

Jeszcze w tym roku rząd zamierza wystartować z programem wspierania taniego budownictwa czynszowego. Przyjęty przezeń projekt nowelizacji ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego ma reaktywować program, który działał w latach 1995-2009. Właśnie – niektórych. Czy jest się z czego cieszyć? Czy „tanie budownictwo” będzie naprawdę tanie?

Dostępność mieszkań jest w Polsce dużo gorsza niż na zachodzie Europy. Trudno, by było inaczej, skoro zarobki Polaków są o wiele niższe od dochodów Niemców czy Francuzów. Od prawie pięciu lat Związek Banków Polskich publikuje co kwartał Indeks Dostępności Mieszkaniowej, który ma pokazać, jak na rynku mieszkaniowym zmieniają się możliwości finansowe trzyosobowej rodziny. Pod uwagę brane są średnie ceny mieszkań w ośmiu największych miastach, wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych, dochody oraz koszt utrzymania się (minimum socjalne). Statystyki tego typu zafałszowują jednak rzeczywistość. Pomimo rekordowo „tanich” kredytów, ubywa Polaków mogących sobie pozwolić na kupno własnego mieszkania. Alternatywą nie jest również wynajem, który, zwłaszcza w większych miastach, potrafi mieć lichwiarskie ceny, równające się pensji minimalnej lub ją przekraczające. Większość młodych Polaków nie ma szans na własne lokum, o ile nie odziedziczą go po zmarłym członku rodziny.

W latach 1995-2009 działał program, który wspierał Krajowy Fundusz Mieszkaniowy, operujący wówczas przy Banku Gospodarstwa Krajowego. Budżet dopłacał do kredytów dla Towarzystw Budownictwa Mieszkaniowego (TBS), a one „w zamian” budować miały mieszkania, w których czynsz byłby teoretycznie „o połowę mniejszy od rynkowego”. Przypomnijmy, że budownictwo TBS to rodzaj czynszowego wynajmu – mieszkania nie nabywamy na własność, ale też nie wynajmujemy go na zasadach rynkowych. Wprowadzając się, lokator musi ponieść szereg dość wysokich nakładów finansowych. Przykładowe koszty dla mieszkania 50 mkw. we Wrocławiu za rok 2012 wynosiły: 57 300zł za tzw. wkład partycypacyjny i 1980zł kaucji mieszkaniowej. Mieszkańcy, by otrzymać przydział do bloku TBS, muszą również spełnić wymóg nieprzekraczania aktualizowanych systematycznie progów dochodów.

Po 2009 r. rząd wspierał kupujących mieszkania już tylko za pomocą dopłaty do kredytu, najpierw w ramach programu „Rodzina na swoim”, a obecnie „Mieszkanie dla młodych”. Problem w tym, że bez szans na samodzielne lokum są osoby, które zarabiają na rękę 1,6-2,8 tys. zł, a takie przeważają wśród młodych. Zarobki te są zbyt wysokie, aby móc się ubiegać o mieszkanie od gminy, a zbyt niskie, by zaciągnąć kredyt na zakup własnego, nawet korzystając z dopłaty. I właśnie do tych, których nie stać na własne mieszkanie, jest adresowany program wspierania społecznego budownictwa czynszowego. Rząd liczy, że już w tym roku TBS-y, spółki komunalne i spółdzielnie będą mogły ubiegać się w BGK o kredyt preferencyjny, którego oprocentowanie ma być takie jak miesięczny WIBOR, czyli niespełna 1,7 proc. Bank doliczy sobie 1 pkt proc. marży, ale tę sfinansuje budżet państwa za pośrednictwem Funduszu Dopłat.

Czy jest się jednak z czego cieszyć? Po pierwsze, projekt zakłada wybudowanie jedynie 30 tysięcy mieszkań w ciągu 10 lat, a więc 3 tysięcy mieszkań rocznie. Po drugie – jak można przeczytać w wielu dyskusjach internetowych z udziałem mieszkańców TBS-ów, czynsze za te mieszkania wcale nie są niskie. Prawo zakłada jedynie, że czynsz nie może przekroczyć 5 proc. wartości odtworzeniowej lokalu, co w praktyce oznacza, że np. w Warszawie przy wynajmie mieszkania 50-metrowego zapłacimy miesięcznie…1250 zł. To stawka niemalże równa tej, której żądają właściciele na rynku prywatnym i dużo wyższa niż czynsze spółdzielcze i te płacone we wspólnotach za podobny metraż.

Projekt zakłada weryfikację dochodów mieszkańców co dwa lata. Jeśli przekroczą dozwolony pułap, zostaną obciążeni odpowiednio wyższym czynszem. Takich mieszkań nigdy też nie będzie można wykupić.

Co ciekawe, pomimo szybkiego ogłoszenia pomysłu, rząd planuje mocniej zaangażować się w to przedsięwzięcie…dopiero po 2018 roku. Do tego czasu budżet będzie borykał się z dopłatami do kredytów na zakup mieszkań w ramach poprzednich programów, m.in. „Mieszkanie dla młodych”. Potem, być może, powróci do kwestii budownictwa czynszowego, czyli dopłat budżetowych dla banków i rozliczania lokatora z każdych stu złotych podwyżki w pracy. Projekt nie rozwiązuje w żadnym stopniu problemu młodych (i nie tylko młodych) ludzi i ich dostępu do tanich mieszkań. Problemem są przede wszystkim niskie płace, które nie pozwalają obywatelowi ani kupić mieszkania, ani go wynająć, nie wydając na jego utrzymanie 70-80 proc. miesięcznego dochodu. Każdy projekt, który nie bierze pod uwagę niskich dochodów polskich pracowników, jest działaniem pozornym.

W małym mieście zarobisz mniej

W małym mieście zarobisz mniej

Podczas gdy księgowy z Warszawy zarabia średnio 3,6 tys. złotych, jego kolega z małego miasta musi zadowolić się wynagrodzeniem o ok. 1,5 tys. zł niższym. Podobne nierówności w dochodach między pracującymi w dużych i małych miejscowościach występują niemal w każdym zawodzie.

Mediana wynagrodzeń brutto wynosi 3,3 tys. zł w miastach do 25 tys. mieszkańców, 3,5 tys. zł w miastach z 25-100 tys. mieszkańców i 4,2 tys. zł w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. W stolicy to aż 6 tys. zł brutto.

Jak wynika z danych z „Raportu Wynagrodzeń 2014”, opublikowanego przez firmę Sedlak & Sedlak, dysproporcje w wynagrodzeniach występują niezależnie od stanowiska. Różnice między zarobkami w dużych i małych miastach rosną jednak wraz ze wzrostem pensji. O ile przeciętny kierownik z Warszawy zarabia o 76% więcej niż osoba na podobnym stanowisku z małej miejscowości, a księgowy o 71% więcej, to w przypadku magazynierów różnica ta wynosi od 11 do 17%. Biorąc pod uwagę wyższe koszty życia w stolicy, sytuacja osób na nisko opłacanych stanowiskach jest jeszcze gorsza.

Autorzy raportu analizują też różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn. Mediana wynagrodzeń wynosi 4600 zł dla mężczyzn i o 1000 zł mniej dla kobiet. Te różnice również rosną wraz z zajmowaniem wyższych stanowisk: o ile mężczyźni na stanowiskach dyrektorów przeciętnie zarabiali 13 800 zł brutto, czyli o prawie 4 tys. zł więcej niż kobiety, to w przypadku pracowników szeregowych różnica wynosi tylko 300 zł (2800 zł dla mężczyzn i 2500 dla kobiet).