Rak lepszy i gorszy

Rak lepszy i gorszy

Zdaniem lekarzy specjalistów obowiązujący od stycznia tzw. pakiet onkologiczny może skutkować złą diagnostyką nowotworową. Powód? Niewystarczająca liczba patomorfologów zatrudnionych w szpitalach.

Jak donosi serwis gazetaprawna.pl, w założeniu ówczesnego ministra zdrowia, Bartosza Arłukowicza, nowe przepisy miały przyczyniać się do szybszego rozpoznawania komórek rakotwórczych u chorych. Pacjenci z podejrzeniem choroby mają zagwarantowane rozpoczęcie leczenia w ciągu 9 tygodni od postawienia diagnozy. Problemem stała się jednak dostępność patomorfologów, których w całym kraju pracuje zaledwie 560. Dlatego, choć krótkie terminy są dotrzymywane, pogorszyła się jakość badań „zwykłych” pacjentów oraz zwiększyły nakłady na dodatkowe badania wykonywane na wszelki wypadek.

Ponadto pakiet onkologiczny podwójnie obliguje lekarzy do wywiązywania się z terminów, gdyż ich przekroczenie powoduje brak zapłaty przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Radykalnie zwiększyła się liczba badań śródoperacyjnych, które również muszą zostać wykonane przez patomorfologów. Tym samym muszą oni przeprowadzić dodatkowe badania cyto- i histologiczne, żeby upewnić się, że pacjent rzeczywiście ma nowotwór. Jedynie takie przypadki szpital może rozliczyć w NFZ w ramach tzw. szybkiej ścieżki.

Jak informuje Renata Langfort, kierownik Zakładu Patomorfologii w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc: „W nowym systemie takie badania są w naszym szpitalu wykonywane u prawie wszystkich operowanych pacjentów. Ich liczba wzrosła w porównaniu z 2014 r. o 30 proc., choć w większości przypadków ich wykonanie w ogóle nie było zasadne”. Warto zaznaczyć, że takie działanie nie jest umotywowane ekonomicznie – jednorazowe badanie kosztuje 400 zł, czyli pięciokrotnie więcej niż przeprowadzone w rutynowej procedurze.

Istotnym elementem jest ponadto presja czasu, pod którą wykonywane są badania. Obecnie patomorfolodzy dysponują zaledwie kilkudziesięcioma minutami, podczas gdy w przypadku niektórych nowotworów procedura powinna trwać nawet kilka dni. Specjaliści przestrzegają, że może to przyczyniać się do zwiększenia ryzyka błędu.

Nowe przepisy wydłużyły również czas oczekiwania na diagnozę u pacjentów nieonkologicznych. Patomorfolodzy zobligowani są zająć się w pierwszej kolejności pacjentami z kartą szybkiej ścieżki, dlatego pozostali czekają na wyniki badań średnio miesiąc.

Warto również zwrócić uwagę na brak jakichkolwiek unormowań prawnych dotyczących pracy patomorfologów. W ubiegłym roku, w wyniku nowelizacji ustawy o działalności leczniczej, czas pracy tej grupy zawodowej został wydłużony z 5 godzin do 7 godzin 35 minut. Dlatego kondycja kadrowa wśród tych specjalistów zaczyna być dramatyczna, zwłaszcza, że wiele szpitali zlikwidowało sporo etatów, ponieważ procedury patomorfologiczne nie są rozliczane w ramach NFZ. Sytuację pogarsza fakt, że osoby, które przystępują do egzaminu specjalizacyjnego, zniechęcone niskimi zarobkami i niewielką satysfakcją zawodową, zapowiadają emigrację z kraju.

Ministerstwo Zdrowia nie dostrzega jednak powyższych problemów. Podkreśla, że jest zadowolone z przeprowadzonych zmian, ponieważ 93,1 proc. diagnostyk wstępnych oraz 84,7 proc. pogłębionych zostało wykonanych w regulaminowym terminie.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Polki rodzą – ale nie w kraju

Polki rodzą – ale nie w kraju

Na każde 11 dzieci urodzonych przez Polki w 2014 roku, jedno urodziło się zagranicą. W 2014 zarejestrowano 38 tys. urodzeń poza granicami kraju. Ocenia się, że z dala od Polski żyje już 400 tys. polskich dzieci.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, całkowita liczba może być wyższa – nie wszystkie dzieci są bowiem rejestrowane w polskich urzędach. Część rodziców decyduje się na taki krok dopiero wtedy, gdy np. trzeba potomstwu wyrobić paszport. Na to, że dzieci z polskimi korzeniami rodzi się więcej za granicą, niż rejestruje się w naszym kraju, wskazują również statystyki państw, w których przebywają Polacy.

Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Polki w Wielkiej Brytanii rodzą znacznie więcej dzieci niż w Polsce: w latach 2012–2013 wskaźnik dzietności wynosił tam 2,1, podczas gdy w Polsce zaledwie 1,26. Na 100 kobiet w wieku 15–49 lat przypadało tam średnio 210 urodzonych dzieci, a w Polsce tylko niespełna 130. Gdyby Polki rodziły w naszym kraju tak wiele dzieci, jak zagranicą, nie mielibyśmy problemów demograficznych, bo nie spadałaby liczba ludności i zapewniona byłaby zastępowalność pokoleń. Niestety, państwo oferuje rodzinom jedynie śladowe wsparcie.

Zmuszane do pracy

Zmuszane do pracy

150 milionów dzieci w wieku 5-14 lat jest zmuszanych do pracy. Zjawisko to osiąga największy zasięg w Afryce Subsaharyjskiej, gdzie pracuje co czwarte dziecko. W południowej Azji zmusza się do pracy 12% dzieci, w środkowo-wschodniej Europie – aż 5%, wynika z danych przedstawionych przez UNICEF.

Przymusową pracę dzieci wykorzystuje się głównie w kopalniach, zakładach przemysłowych, ale także w domach publicznych i wojsku. Około 11,3 miliona dziewczynek jest zmuszanych do niewolniczej pracy jako służba w gospodarstwach domowych.

Według UNICEF główną przyczyną pracy dzieci jest bieda – zjawisko to jest szczególnie częste tam, gdzie dochód przynoszony przez pracujące dzieci jest niezbędny do przeżycia całych rodzin. Zmuszaniu dzieci do pracy sprzyjają także sytuacje kryzysowe oraz migracje. W Afryce Subsaharyjskiej praca dzieci wiąże się z wysoką śmiertelnością spowodowaną epidemią AIDS, w wyniku której liczne dzieci zmuszone są radzić sobie same po śmierci opiekunów.

UNICEF podkreśla, że przymusowa praca dzieci jest chętnie wykorzystywana przez korzystających z ich dramatycznej sytuacji pracodawców. Najmłodsi są pracownikami łatwymi do kontrolowania i tanimi, niezdolnymi do organizowania się i sprzeciwu wobec nieuczciwych praktyk.

Biedni nie tylko bezrobotni

Biedni nie tylko bezrobotni

Aż 25% pracujących na umowach śmieciowych żyje w biedzie. Wśród osób zatrudnionych na umowę o pracę problem ten dotyka 7%. Spośród ogółu pracowników do grona biednych-pracujących zalicza się co siódma osoba.

Powyższe dane pochodzą z raportu Instytutu Polityki Społecznej UW. Jak czytamy na stronie internetowej NSZZ „Solidarność”, to pierwsze od dawna badanie zajmujące się tematem zatrudnionych żyjących w biedzie. To zjawisko tzw. working poor, czyli osób, które, pomimo ciężkiej pracy, często fizycznej lub w usługach, świadczonej codziennie przez długie godziny, nie doznają poprawy losu. Wcześniejsze badania, z 2008 roku, przeprowadzane były przed masowym wzrostem liczby zawieranych umów śmieciowych i innych form uelastyczniania rynku pracy.

Według „Solidarności”, w walce z biedą wśród osób pracujących pomogłaby realizacja związkowych postulatów, takich jak walka ze śmieciowymi umowami i „patologicznym samozatrudnieniem”, wzrost płacy minimalnej oraz polityka państwa wspierająca tworzenie stabilnych miejsc pracy.