Mniej nauczycieli, liczniejsze klasy

Mniej nauczycieli, liczniejsze klasy

Aż pięć tysięcy nauczycieli zostanie zwolnionych do końca roku. Tym, którzy pozostaną na stanowiskach grozi okrojenie etatów. Związek Nauczycielstwa Polskiego zapowiada protesty.

Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, od stycznia do kwietnia zwolniono już 734 osoby, a do końca roku stracić pracę ma aż 4,2 tys. nauczycieli. Masowe zwolnienia pedagogów przeprowadzane są pod pretekstem niżu demograficznego. Samorządy chcą zaoszczędzić na ich wynagrodzeniach.

Zwolnienia nie byłyby konieczne, gdyby zaczęto tworzyć mniej liczne klasy. Według badań wpływa to pozytywnie na osiągnięcia uczniów. Obecnie zdarza się, że lekcje prowadzone są nawet w 36-osobowych klasach. Ich zmniejszenie jest jednym z postulatów ZNP. Związkowcy domagają się również dziesięcioprocentowych podwyżek wynagrodzeń.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Rak lepszy i gorszy

Rak lepszy i gorszy

Zdaniem lekarzy specjalistów obowiązujący od stycznia tzw. pakiet onkologiczny może skutkować złą diagnostyką nowotworową. Powód? Niewystarczająca liczba patomorfologów zatrudnionych w szpitalach.

Jak donosi serwis gazetaprawna.pl, w założeniu ówczesnego ministra zdrowia, Bartosza Arłukowicza, nowe przepisy miały przyczyniać się do szybszego rozpoznawania komórek rakotwórczych u chorych. Pacjenci z podejrzeniem choroby mają zagwarantowane rozpoczęcie leczenia w ciągu 9 tygodni od postawienia diagnozy. Problemem stała się jednak dostępność patomorfologów, których w całym kraju pracuje zaledwie 560. Dlatego, choć krótkie terminy są dotrzymywane, pogorszyła się jakość badań „zwykłych” pacjentów oraz zwiększyły nakłady na dodatkowe badania wykonywane na wszelki wypadek.

Ponadto pakiet onkologiczny podwójnie obliguje lekarzy do wywiązywania się z terminów, gdyż ich przekroczenie powoduje brak zapłaty przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Radykalnie zwiększyła się liczba badań śródoperacyjnych, które również muszą zostać wykonane przez patomorfologów. Tym samym muszą oni przeprowadzić dodatkowe badania cyto- i histologiczne, żeby upewnić się, że pacjent rzeczywiście ma nowotwór. Jedynie takie przypadki szpital może rozliczyć w NFZ w ramach tzw. szybkiej ścieżki.

Jak informuje Renata Langfort, kierownik Zakładu Patomorfologii w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc: „W nowym systemie takie badania są w naszym szpitalu wykonywane u prawie wszystkich operowanych pacjentów. Ich liczba wzrosła w porównaniu z 2014 r. o 30 proc., choć w większości przypadków ich wykonanie w ogóle nie było zasadne”. Warto zaznaczyć, że takie działanie nie jest umotywowane ekonomicznie – jednorazowe badanie kosztuje 400 zł, czyli pięciokrotnie więcej niż przeprowadzone w rutynowej procedurze.

Istotnym elementem jest ponadto presja czasu, pod którą wykonywane są badania. Obecnie patomorfolodzy dysponują zaledwie kilkudziesięcioma minutami, podczas gdy w przypadku niektórych nowotworów procedura powinna trwać nawet kilka dni. Specjaliści przestrzegają, że może to przyczyniać się do zwiększenia ryzyka błędu.

Nowe przepisy wydłużyły również czas oczekiwania na diagnozę u pacjentów nieonkologicznych. Patomorfolodzy zobligowani są zająć się w pierwszej kolejności pacjentami z kartą szybkiej ścieżki, dlatego pozostali czekają na wyniki badań średnio miesiąc.

Warto również zwrócić uwagę na brak jakichkolwiek unormowań prawnych dotyczących pracy patomorfologów. W ubiegłym roku, w wyniku nowelizacji ustawy o działalności leczniczej, czas pracy tej grupy zawodowej został wydłużony z 5 godzin do 7 godzin 35 minut. Dlatego kondycja kadrowa wśród tych specjalistów zaczyna być dramatyczna, zwłaszcza, że wiele szpitali zlikwidowało sporo etatów, ponieważ procedury patomorfologiczne nie są rozliczane w ramach NFZ. Sytuację pogarsza fakt, że osoby, które przystępują do egzaminu specjalizacyjnego, zniechęcone niskimi zarobkami i niewielką satysfakcją zawodową, zapowiadają emigrację z kraju.

Ministerstwo Zdrowia nie dostrzega jednak powyższych problemów. Podkreśla, że jest zadowolone z przeprowadzonych zmian, ponieważ 93,1 proc. diagnostyk wstępnych oraz 84,7 proc. pogłębionych zostało wykonanych w regulaminowym terminie.

Precz z margaryną

Precz z margaryną

Amerykańska agencja ds. żywności i leków (FDA) uznała, że przemysłowe nienasycone kwasy tłuszczowe typu trans, czyli utwardzone oleje roślinne, są niezdrowe i w ciągu trzech lat muszą zostać wycofane z rynku. Wprowadzenie zakazu ich sprzedaży będzie miało według FDA wpływ na zmniejszenie śmiertelności z powodu ataków serca.

Jak informuje portal tvp.info, częściowo uwodornione (utwardzone) oleje roślinne, będące głównym źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych typu trans, nie są, w świetle badań agencji, „uznawane za bezpieczne”. Na zaprzestanie ich stosowania producenci będą mieli trzy lata.

Udowodniono, że są one bardzo niezdrowe – ich spożycie zwiększa ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego, a także może sprzyjać rozwojowi cukrzycy typu 2. Wzrasta ono od lat 70., kiedy na większą skalę zaczęto jadać margarynę (wymyśloną już w 1869 roku), jednak zawierają je również na oko „bezpieczne” produkty i potrawy, jak np. frytki.

Chociaż producenci żywności od 2006 roku mają obowiązek umieszczania informacji o tłuszczach typu trans na opakowaniach produktów, zdaniem ekspertów ds. zdrowia Amerykanie wciąż spożywają za dużo tych niezdrowych tłuszczów. Sama FDA jednak ocenia, że od wprowadzenia wymogu informowania ich spożycie w USA zmalało o 78 proc.

Na gruncie europejskim również myśli się już o zakazie: Dania zakazała stosowania niemal wszystkich tłuszczów typu trans już w 2003 roku, a w Wielkiej Brytanii już od 2005 r. nawołuje się do wprowadzenia takiego zakazu.

Polki rodzą – ale nie w kraju

Polki rodzą – ale nie w kraju

Na każde 11 dzieci urodzonych przez Polki w 2014 roku, jedno urodziło się zagranicą. W 2014 zarejestrowano 38 tys. urodzeń poza granicami kraju. Ocenia się, że z dala od Polski żyje już 400 tys. polskich dzieci.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, całkowita liczba może być wyższa – nie wszystkie dzieci są bowiem rejestrowane w polskich urzędach. Część rodziców decyduje się na taki krok dopiero wtedy, gdy np. trzeba potomstwu wyrobić paszport. Na to, że dzieci z polskimi korzeniami rodzi się więcej za granicą, niż rejestruje się w naszym kraju, wskazują również statystyki państw, w których przebywają Polacy.

Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Polki w Wielkiej Brytanii rodzą znacznie więcej dzieci niż w Polsce: w latach 2012–2013 wskaźnik dzietności wynosił tam 2,1, podczas gdy w Polsce zaledwie 1,26. Na 100 kobiet w wieku 15–49 lat przypadało tam średnio 210 urodzonych dzieci, a w Polsce tylko niespełna 130. Gdyby Polki rodziły w naszym kraju tak wiele dzieci, jak zagranicą, nie mielibyśmy problemów demograficznych, bo nie spadałaby liczba ludności i zapewniona byłaby zastępowalność pokoleń. Niestety, państwo oferuje rodzinom jedynie śladowe wsparcie.