Piętnaście lat na mieszkanie

Piętnaście lat na mieszkanie

Aby kupić mieszkanie w Warszawie, przeciętny Polak musiałby odkładać wszystkie swoje zarobki przez 15 lat.

Spośród krajów porównywanych w opracowaniu portalu obserwatorfinansowy.pl na podstawie danych Eurostatu, tylko w Portugalii trzeba pracować dłużej niż w Polsce, aby zarobić na mieszkanie w stolicy kraju – około 17 lat. Dla porównania, w Estonii, Łotwie, Węgrzech czy Słowenii przeciętny obywatel musiałby odkładać pieniądze przez 7 do 10 lat.

Zauważalny jest związek dostępności mieszkań na własność z rozwojem rynku najmu. W Polsce zaledwie 5% obywateli mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. Tymczasem w większości przypadków nieruchomości są tańsze tam, gdzie wiele osób wynajmuje mieszkania. Na przykład w Niemczech, gdzie liczba wynajmujących wynosi prawie 40%, na zakup mieszkania wystarczą średnie zarobki z nieco ponad czterech lat. Jak zauważają autorzy opracowania, problemem polskiego rynku mieszkań jest również zbyt mała podaż. Wszystko to sprawia, że ceny nieruchomości w Polsce należą do najwyższych w Europie.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pomoc bez warunków

Pomoc bez warunków

Utrecht wkrótce rozpocznie eksperyment, który pokaże, czy społeczność funkcjonuje efektywnie, gdy każdy jej członek ma zagwarantowane pieniądze pozwalające na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Miasto zapewni mieszkańcom dochód w kwocie 900 euro miesięcznie.

Jak pisze portal gazeta.pl, w najnowszym pomyśle radnych oraz socjologów z Utrechtu chodzi o to, by zobaczyć, jak ludzie zachowają się, gdy nie muszą zarabiać, by przeżyć. „Podstawowy dochód” to bezwarunkowa forma comiesięcznej płatności, którą miasto będzie wypłacać wszystkim potrzebującym.

Tuż po wakacjach miasto we współpracy z miejscowym uniwersytetem rozpocznie eksperyment na grupie osób, które już korzystają z pomocy socjalnej. W styczniu 2016 roku ma wdrożyć kolejne kilka typów „podstawowego dochodu” przydzielanego tym, którzy poproszą o taką pomoc. Władze nie stawiają żadnych innych wymogów, nie interesuje ich status materialny ani stan cywilny obywatela.

Na około 300 osób otrzymujących obecnie pomoc od państwa 50 otrzyma 900 euro miesięcznie lub 1,3 tys. euro na rodzinę. Miasto rozda pieniądze bezwarunkowo – oznacza to, że nie będzie rozliczać ludzi z tego, co z nimi zrobią, oraz nie odbierze im ich nawet, gdyby znaleźli pracę lub inne źródło utrzymania. Eksperyment ma stawić czoło powszechnej opinii, że ludzie, którzy otrzymują pieniądze od państwa, muszą być kontrolowani i w razie potrzeby karani. Krytyka podstawowego dochodu często opiera się na założeniu, że korzystający z niego nie mają motywacji do pracy i szkodzą społeczeństwu i gospodarce. „Ludzie mówią, że takie osoby nie szukają pracy. Ale musimy się najpierw o tym przekonać. Po to robimy ten eksperyment” – mówi Nienke Horst, koordynatorka eksperymentu.

Jeśli eksperyment się sprawdzi, w przyszłości będą mogli z niego korzystać nie tylko biedni, ale także pracujący na niepełny wymiar godzin, chcący się dokształcać, pracujący wolontaryjnie. Wszyscy, którzy tego chcą, bez żadnych dodatkowych wymagań.

Do tej pory tego typu eksperymenty były testowane w kilku różnych państwach, w tym m.in. w Indiach i Malawi, jednak najbardziej znanym przykładem jest kanadyjskie miasto Dauphin w Kanadzie. W liczącym wtedy 7,5 tys. mieszkańców mieście stworzono program „Mincome”. W jego trakcie, w latach 1974-79 pieniądze dostawał każdy mieszkaniec w zależności od tego, ile zarabiał. Program nie tylko zmniejszył ubóstwo w mieście, ale i rozwiązał parę innych problemów – w analizie „Miasto bez biedy” ekonomistka Uniwersytetu Manitoby Evelyn L.Forget udowodniła, że choć ogólna liczba godzin, jaką przepracowywali mieszkańcy miasta, spadła, stało się to głównie za sprawą młodych mężczyzn, którzy mogli kontynuować swoją edukację, a także matek, które mogły poświęcić się wychowaniu dzieci. Co więcej, mieszkańcy uczestniczący w programie zaczęli rzadziej trafiać do szpitala. Było to związane z mniejszą liczbą wypadków w pracy, mniejszą liczbą wypadków na drogach oraz przemocy domowej.

Koniec z dziką reprywatyzacją

Koniec z dziką reprywatyzacją

Sejm przyjął nowelizację ustawy o gospodarce nieruchomościami, dzięki której ukrócona zostanie reprywatyzacja publicznych budynków. Przed powrotem w ręce spadkobierców dawnych właścicieli chronione będą na przykład szpitale, szkoły czy skwery.

Dotychczas często zdarzało się, że w wyniku roszczeń spadkobierców właścicieli reprywatyzowano budynki należące choćby do Ministerstwa Kultury czy Uniwersytetu Warszawskiego, a także tereny publicznie dostępne, jak parki i szkolne boiska. Teraz spadkobiercom będzie przysługiwało odszkodowanie lub nieruchomość zastępcza.

Oprócz budynków użyteczności publicznej, przed reprywatyzacją chronione będą także te, które po wojnie zostały odbudowane z ruin. Kolejną zmianą w ustawie jest umorzenie tzw. uśpionych roszczeń. Około 2 tysiące nieruchomości stanie się własnością publiczną, jeśli w ciągu sześciu miesięcy spadkobiercy nie potwierdzą chęci ubiegania się o ich zwrot.

Utrudniony zostanie także proceder skupowania roszczeń za bezcen. Dotychczas spadkobiercy dawnych właścicieli nieruchomości często sprzedawali prawa do odzyskania budynków za bardzo niskie kwoty, z powodu nieświadomości ich rzeczywistej wartości lub braku nadziei na pozytywne rozpatrzenie sprawy. Teraz w przypadku sprzedaży roszczeń prawo pierwokupu w ustalonej cenie będą miały władze miasta, co uniemożliwi przejmowanie nieruchomości za grosze, aby później sprzedać je za miliony.

Krętaczom na rękę

Krętaczom na rękę

Przepisy, które mają utrudnić wyprowadzanie zysków za granicę za pomocą cen transferowych, zostaną wprowadzone w 2017, a nie, jak wcześniej planowano, w 2016 roku. Taką zmianę przewiduje najnowsza wersja projektu noweli ustawy o PIT i CIT.

Jak informuje portal www.pb.pl, nowe przepisy dotyczyć mają utrudnienia powiązanym ze sobą firmom wyprowadzania zysków poza granice kraju. Propozycja zmiany terminu obowiązywania nowego prawa wypłynęła rzecz jasna ze strony najbardziej „zainteresowanych” – z postulatem zmiany terminu wejścia w życie zmian wystąpiły organizacje pracodawców i stowarzyszenie Centrum Cen Transferowych. Resort finansów wyraził zgodę.

Ministerstwo Finansów zgodziło się też, by za spółkę powiązaną uznać taką, w której inna ma 25 proc. udziałów, a nie 20 proc., jak proponowano wcześniej. Tym samym regulacja ta będzie jednolita z przepisami dotyczącymi tzw. zagranicznych spółek kontrolowanych, które mają zapobiec transferowi za granicę zysków polskich firm do ich spółek-córek. Ministerstwo zgodziło się też, aby obowiązek dokumentowania dotyczył transakcji „istotnych”. W zależności od wielkości firmy, pojęcie to rozumie się inaczej – im wyższe przychody, tym wyższy próg dla takiej transakcji. W przypadku najmniejszych firm podlegających ustawie, czyli uzyskujących przychody od 2 mln euro do 20 mln euro, transakcją „istotną” jest taka, która ma wartość przynajmniej 50 tys. euro. Z kolei firmy, które mają 100 mln euro przychodu, będą musiały dokumentować transakcje o wartości 500 tys. euro. Do projektu wprowadzono też zapis, który mówi, że organ podatkowy będzie mógł nakazać firmie sporządzenie dokumentacji dla transakcji, której wartość nie przekroczyła limitu, w sytuacji gdy uzna, że podatnik celowo zaniżył jej wartość tylko po to, aby obowiązku uniknąć.

Projekt zakłada także m.in. wprowadzenie do polskiego prawa unijnych przepisów dotyczących opodatkowania w przypadku spółek dominujących i spółek zależnych. Chodzi o dokumentowanie cen transferowych stosowanych przez podmioty powiązane. Transakcje międzynarodowe wewnątrz grup, dokonywane przy użyciu nierynkowych cen, mogą służyć wyprowadzaniu zysków za granicę, oczywiście do krajów, w których stawki podatku są niższe niż w Polsce, lub do takich, gdzie można korzystać z ulg podatkowych. Ceny transakcyjne rzadziej stosowane są w krajowych grupach, choć i to się zdarza, np. w przypadku gdy zysk z jednej spółki jest przerzucany do spółki, która odnotowuje stratę.

Z nowych obowiązków zwolnione mają być mniejsze firmy, których przychody lub koszty nie przekraczają 2 mln euro rocznie. Natomiast firmy o kosztach lub przychodach powyżej 10 mln euro będą musiały przygotowywać analizy porównawcze, w których uzasadnią rynkowy poziom cen stosowanych w transakcjach z podmiotami powiązanymi. Projekt przewiduje też, że największe grupy, czyli te o przychodach powyżej 750 mln euro, powinny przygotowywać także raporty o wysokości dochodów i zapłaconego podatku oraz miejscach prowadzenia działalności gospodarczej jednostek zależnych, a także zakładów zagranicznych należących do grupy kapitałowej.

Zmiany uszczelnią system i ograniczą transfer zysków. Mogą być też straszakiem dla firm, które, wykorzystując ceny transferowe, chciałyby obniżyć podatek. Nowe regulacje dostosują też nasze prawo do przepisów obowiązujących w krajach OECD.