Lato czeka… ale nie na każdego

Lato czeka… ale nie na każdego

Tylko nieco ponad połowa rodzin, w których wychowują się dzieci w wieku szkolnym, wysyła je na co najmniej tygodniowy wypoczynek poza miejscem zamieszkania, jak wynika z badań CBOS. To, czy dziecko skorzysta z wakacji zależy głównie od sytuacji materialnej rodziców.

Jak pisze portal money.pl, w ponad dwóch piątych gospodarstw (43 procent) wyjechały wszystkie dzieci. Z co dziesiątego (10 proc.) wyjechała na wakacje część dzieci.

Odsetek uczniów wyjeżdżających na wypoczynek niewiele się zmienia. W porównaniu z ubiegłym rokiem przybyło rodzin, z których żadne dziecko nie wyjechało (z 43 do 47 proc.), jednocześnie minimalnie ubyło tych, z których wyjechała tylko część podopiecznych (z 13 do 10 proc.).

Badania CBOS pokazują, że to, czy dziecko wyjedzie na wakacje, zależy w znacznej mierze od miejsca zamieszkania i od sytuacji materialnej jego rodziny. Interesujące są tu rozbieżności pomiędzy miastem a wsią. Ogromna większość ankietowanych, mieszkających w ponad półmilionowych miastach (89 proc.) i mniej więcej połowa pochodząca z mniejszych miast zadeklarowała, że wszystkie dzieci z rodziny wyjechały na letni wypoczynek (54 proc. badanych z miejscowości o liczbie mieszkańców od 100 tys. do 499 999 osób i 48 proc. badanych, których liczba mieszkańców wynosi od 20 tys. do 99 999 osób). Natomiast z większości wiejskich gospodarstw domowych (68 proc.) żadne z dzieci nie wyjechało na wakacje, a jedynie 28 proc. rodzin zapewniło wypoczynek poza domem wszystkim dzieciom.

Najczęstszym powodem rezygnacji z letniego wypoczynku dzieci były względy finansowe (73 proc.). Pozostawanie ich przez całe wakacje w domu uzasadniano przekonaniem, że równie dobrze mogą wypoczywać na miejscu (29 proc.) i brakiem zorganizowanego wypoczynku (28 proc). Co piąty badany, z którego rodziny nie wyjechało przynajmniej jedno dziecko, argumentował, że brakowało na to czasu. Niewiele rzadziej obecność dzieci w domu przez całe wakacje wynikała z tego, że były potrzebne w gospodarstwie (18 proc.). Równie często pojawiały się uzasadnienia, że dzieci nie chciały wyjeżdżać (18 proc.) lub że są na to za małe (18 proc.). Stosunkowo najrzadziej wymieniane były takie powody jak praca zarobkowa dzieci (12 proc.) oraz stan ich zdrowia (4 proc).

W tym roku częściej niż w ubiegłym i częściej niż przed dwoma laty, respondenci uzasadniając pozostawanie dzieci w domu, odwoływali się do argumentów natury ekonomicznej, czyli do kwestii braku pieniędzy na wyjazd (wzrost o 7 pkt proc. w stosunku do roku 2012 i o 12 w stosunku do roku 2011).

Podczas minionych wakacji w co czwartej rodzinie, w której są dzieci w wieku szkolnym, przynajmniej jedno z nich pracowało zarobkowo (24 proc.). Byli to przede wszystkim uczniowie szkół średnich (36 proc. wskazań badanych z rodzin, w których są uczniowie w wieku 16-19 lat), znacznie rzadziej gimnazjaliści (9 proc. wskazań ankietowanych z gospodarstw, w których są dzieci od 13 do 15 lat) i najrzadziej uczniowie szkół podstawowych (2 proc. wskazań gospodarstw domowych, w których są uczniowie w wieku 7-12 lat).

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Rozwój dla bogatych

Rozwój dla bogatych

Lidl i Kaufland, należące do jednej z najbogatszych rodzin w Niemczech sieci handlowe, pożyczyły prawie miliard dolarów od Banku Odbudowy i Rozwoju na ekspansję swoich placówek we wschodniej Europie. Oficjalnie celem było zapewnienie mieszkańcom tych krajów taniej żywności.

Jak pisze dziennik „The Guardian”, przez ostatnią dekadę Lidl pożyczał pieniądze z dwóch źródeł Po pierwsze, od International Finance Corporation (IFC), agendy Banku Światowego. Po drugie, z Europejskiego Bank Odbudowy i Rozwoju. Obie instytucje zostały ufundowane przez podatników i, kontrolowane przez rządy, mają wspierać rozwój gospodarczy w krajach przechodzących transformację ustrojową. Zadaniem Banku Światowego jest dodatkowo praca nad ograniczaniem biedy na świecie.

Banki przekonują, że pieniądze dla Lidla i Kauflandu miały pomóc w rozwoju obu sieci w środkowej i wschodniej Europie, utworzyć nowe miejsca pracy, otworzyć nowe rynki zbytu dla lokalnych producentów oraz zaoferować dobrą jakościowo żywność biednym ludziom. Decyzja jest o tyle kontrowersyjna, że w wielu krajach europejskich sieci oskarżane są o niechętne traktowanie związków zawodowych, łamanie praw pracowniczych i płacenie zbyt niskich podatków.

Pierwsze pieniądze dla Grupy – 100 mln dol. – wyszły z IFC w 2004 roku, a więc tym samym, w którym związek zawodowy Ver.di wypuścił „czarną księgę” dokumentującą naruszenia praw pracowniczych w sklepach Lidl w Europie. Pieniądze te zostały wydane m.in. na ekspansję sieci w Polsce. Kolejna transza z 2009 roku – 75 mln dol. – poszła na rozwój sieci w Bułgarii oraz Rumunii. W 2011 66 mln dol. dostał Lidl w Rumunii, a w 2013 ponad 105 mln zostało pożyczone na rozwój w Bułgarii i Chorwacji oraz na otwarcie pierwszych sklepów w Serbii. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju współfinansował razem z komercyjnymi bankami projekty Lidla i Kauflandu na łączną kwotę powyżej 700 mln dol.

Sieć Lidl oraz Kaufland są kontrolowane przez Grupę Schwarz. Na jej czele stoi Dieter Schwarz, jeden z najbogatszych ludzi świata. Jego majątek ocenia się na ok. 21 mld dol.

Tanio, ale drogo

Tanio, ale drogo

Choć Polska ma najniższe ceny żywności w całej Unii Europejskiej, za nasze niskie pensje wcale nie możemy jej wiele kupić. Z danych Eurostatu wynika, że w 2014 r. właśnie w Polsce żywność była najtańsza wśród wszystkich krajów członkowskich, jednak wydatki na artykuły spożywcze pochłaniały prawie 1/5 domowych budżetów Polaków.

Jak donosi portal forsal.pl, w 2014 roku poziomy cen towarów konsumpcyjnych i usług różniły się znacznie w różnych krajach Unii. Najtańszą żywność można było kupić w Polsce, gdzie ceny jedzenia i napojów bezalkoholowych plasowały się na poziomie 61 proc. średniej UE. Produkty z tej kategorii były w naszym kraju tańsze nawet od tych sprzedawanych w Rumunii i Bułgarii, czyli w krajach powszechnie uważanych za znacznie biedniejsze. Żywność w Polsce była także tańsza niż w krajach spoza UE: Albanii, Serbii, Bośni i Hercegowinie. Jedynym krajem, gdzie produkty spożywcze można było kupić taniej niż w Polsce, była Republika Macedonii. Wśród mieszkańców UE w 2014 r. najdrożej za produkty spożywcze (139 proc. średniej unijnej) płacili Duńczycy. Droższa była żywność tylko w Szwajcarii i Norwegii, gdzie płacono odpowiednio 153 proc. i 169 proc. średniej unijnej.

Pomimo że w Polsce ceny żywności są najniższe w całej Unii, Polacy wcale nie wydają na ten cel najmniej spośród Europejczyków. Z danych Eurostatu wynika, że w 2013 r. wydatki na produkty spożywcze w Polsce pochłonęły 18 proc. wszystkich wydatków na konsumpcję, podczas gdy np. Brytyjczycy wydali na jedzenie zaledwie 9,1 proc. domowego budżetu. A przecież żywność w Wielkiej Brytanii była znacznie droższa niż w Polsce (106 proc. średniej unijnej). Wśród krajów Unii więcej od Polaków (procentowo) na podstawowe produkty żywnościowe wydają tylko mieszkańcy krajów bałtyckich oraz Bułgarzy i Węgrzy.

Wskaźnik poziomu cen dla towarów konsumpcyjnych i usług w 2014 r. wahał się od 48 proc. średniej unijnej w Bułgarii do 138 proc . w Danii. Polska z cenami na poziomie 56 proc. średniej unijnej znalazła się w rankingu państw z najniższymi cenami na 3. miejscu, tuż za Rumunią.

Nie jedz śmieci

Nie jedz śmieci

Parlament Europejski planuje wprowadzenie zakazu reklamy produktów spożywczych, które mają wysoką zawartość tłuszczów i cukru – poinformował przedstawiciel KE Philippe Roux na konferencji „Żywienie i aktywność fizyczna dzieci i młodzieży w wieku szkolnym”.

Jak pisze portal forbes.pl, konferencja została zorganizowana przez Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania i Rozwiązywania Problemów Otyłości. Jak mówił Roux, Komisja Europejska ma świadomość wyzwania, jakie stoi przed państwami członkowskimi, a jest nim przeciwdziałanie epidemii otyłości wśród dzieci. Według niego w 2008 r. na czworo dzieci jedno miało nadwagę lub otyłość, a dziś ma ją już jedno na troje. Ocenił, że także w Polsce sytuacja zmienia się niepokojąco, choć nie tak szybko jak w innych krajach UE.

Otyłości sprzyja nie tylko konsumpcja, ale także siedzący tryb życia. Nadwaga czy otyłość to nie tylko kwestia wyglądu, ale przede wszystkim zdrowia; to także koszty ekonomiczne. Przy epidemii otyłości konieczne są specjalistyczne usługi medyczne, a państwo może nie mieć środków, by sprostać oczekiwaniom społecznym w tym zakresie.

Komisja Europejska prowadzi wiele działań na rzecz zapobiegania epidemii nadwagi. Priorytetowo traktuje się dzieci, bo to w młodym wieku kształtują się nawyki żywieniowe i świadomość postaw zdrowotnych, realizuje wiele programów zdrowotnych. Do problemu podchodzi jednak z perspektywy każdego kraju inaczej, bo każdy z nich ma inna kulturę żywieniową.

Na konferencji dyskutowano m.in. o problemach z nadwagą wśród dzieci w USA i Wielkiej Brytanii. Sara Anne Tiffin z ambasady Wielkiej Brytanii mówiła o problemie z otyłością w jej kraju. Jak podała, jedno na dziesięcioro dzieci, które zaczynają naukę, ma problem z wagą, a gdy kończą edukację, jest to już jedno na pięcioro dzieci. Rząd, jak dodała, wydaje rocznie na walkę z otyłością 5 mld funtów. Dlatego podejmowane są programy, które mają odwrócić ten negatywny trend, w sklepach są znakowane produkty spożywcze: etykiety żółte oznaczają, że jest w nich dopuszczalna zawartość tłuszczów i cukrów, pomarańczowe, że zawyżona, a czerwone ostrzegają, że produkt ma ich bardzo dużą zawartość. O otyłości w USA mówił attache medyczny ambasady USA dr Jay Lee. Wskazywał, że nadwadze sprzyjają brak zrównoważonej diety, przetworzona żywność i brak ruchu. Jak powiedział, amerykańskie dzieci nie uprawiają sportu i nie wychodzą z domów. Poza szkołą, w której mało jest zajęć wychowania fizycznego, spędzają czas przed urządzeniami elektronicznymi. Piją tylko słodkie i energetyczne napoje, jedzą żywność typu fast food i przekąski, nie znają domowych posiłków.

O działaniach podejmowanych w Polsce mówiła m.in. prof. Jadwiga Charzewska z Instytutu Żywności i Żywienia. Podkreślała, że mamy nowelizowane co parę lat, nowoczesne normy żywieniowe dla człowieka w poszczególnych etapach życia; określają one, ile w dziennych posiłkach powinno być składników odżywczych, ile dostarczyć powinny kalorii, a także tłuszczu i cukru. Normy te znane są lekarzom i nauczycielom, szeroko prezentowane środowisku osób, które pracują z dziećmi. Według ekspertów, co 4-5 polskie dziecko ma nadwagę lub otyłość. Najgorzej jest w woj. mazowieckim, w okolicach Warszawy. Najczęściej na nadwagę czy otyłość cierpią chłopcy, jedynacy.

Jak mówiła w maju wiceminister zdrowia Beata Małecka-Libera, w przygotowywanym przez Ministerstwo Zdrowia Narodowym Programie Zdrowia będzie plan przeciwdziałania nadwadze i otyłości. Największym wyzwaniem jest powstrzymanie tej epidemii wśród najmłodszych. Od września mają się zmienić sklepiki szkolne. Nie będzie w nich tzw. śmieciowego jedzenia, słodyczy i słodzonych napojów.