Stracić mieszkanie za mały dług

Stracić mieszkanie za mały dług

Spółdzielnie mieszkaniowe prowadzą egzekucję z nieruchomości swoich dłużników nawet, gdy zaległości są niewielkie. Oznacza to, że można stracić dorobek życia z powodu kilku niezapłaconych czynszów. Trybunał Konstytucyjny i sądy mają wątpliwości, czy to zgodne z prawem.

Spółdzielnie mieszkaniowe korzystają z ogólnych przepisów postępowania cywilnego. Zgodnie z nimi, gdy osoba mająca własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu mieszkalnego zalega z opłatami eksploatacyjnymi, występują o nakaz zapłaty, a po jego otrzymaniu zwracają się do komornika z prośbą o licytację nieruchomości. Procedura ta jest więc dla spółdzielni dość prosta, szybka i na ogół skuteczna.

Co z lokatorami? Jeden z sądów nabrał wątpliwości, czy tak powinno być. Postanowił poprosić Sąd Najwyższy o wykładnię przepisów. Zdaniem prawników licytacja cennej nieruchomości z powodu nieznacznego (w przypadku, który rozpatrywał tenże sąd, chodziło o niewiele ponad 3 tys. zł) zadłużenia jest rażąco sprzeczna z zasadami współżycia społecznego.

Art. 16 ust. 1 ustawy o własności lokali stanowi, że jeżeli właściciel lokalu zalega długotrwale z zapłatą należnych opłat bądź wykracza w sposób rażący lub uporczywy przeciwko obowiązującemu porządkowi domowemu albo przez swoje niewłaściwe zachowanie czyni korzystanie z innych lokali lub nieruchomości wspólnej uciążliwym, wspólnota mieszkaniowa może w trybie procesu żądać sprzedaży lokalu w drodze licytacji na podstawie przepisów kodeksu prawa cywilnego o egzekucji z nieruchomości. Do tego przepisu wprost się odwołuje art. 1710 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych. Dookreśla on, że ze stosownym żądaniem występuje zarząd spółdzielni na wniosek rady nadzorczej.

Trybunał Konstytucyjny również wypowiedział się na ten temat. W wyroku z 29 lipca 2013 r. uznał, że przewidziana w tym przepisie sankcja za długotrwałe zaleganie z zapłatą należnych opłat ma charakter wyjątkowy i ostateczny. „Zastosowanie tej sankcji jest uzależniane od rzeczywistego zagrożenia interesów wspólnoty destabilizacją finansową i trwałymi trudnościami we właściwym utrzymaniu nieruchomości wspólnej” – wskazywał. Przy tak istotnej decyzji, jak pozbawienie kogoś lokalu mieszkalnego, trzeba wziąć pod uwagę jego osobiste okoliczności. Jeśli więc dłużnik zalega z opłatami eksploatacyjnymi, bo np. kilka tygodni wcześniej stracił pracę – nie należy sięgać po radykalne instrumentarium. Spółdzielnie występują jednak zazwyczaj o nakaz zapłaty i kierują sprawę do komornika.

Egzekucja z nieruchomości powinna być ostatecznością. Zgodnie z art. 799 par. 1 k.p.c. wierzyciel może wprawdzie w jednym wniosku wskazać kilka sposobów egzekucji przeciwko temu samemu dłużnikowi, jednakże spośród kilku powinien zastosować ten najmniej uciążliwy dla dłużnika. W przypadku, gdy dłużnik ma inne składniki majątku, za pomocą których można zaspokoić roszczenia wierzyciela, czyli spółdzielni, nie ma powodu sięgać po środek najostrzejszy, jakim jest odebranie mieszkania. Wentylem bezpieczeństwa są także uprawnienia dłużnika. Chodzi przede wszystkim o art. 799 par. 2 k.p.c., zgodnie z którym jeżeli egzekucja z jednej części majątku dłużnika wystarcza na zaspokojenie wierzyciela, dłużnik może żądać zawieszenia egzekucji z pozostałej części. Innymi słowy: zaspokajanie roszczeń z nieruchomości jest ostatecznością i jeśli tylko właściciel mieszkania wykaże wolę spłaty zaległości, do sprzedaży lokalu dojść nie powinno.

Co na to spółdzielnie? Stanisław Śledziewski, zastępca prezesa Krajowej Rady Spółdzielczej, wskazuje, że KRS nie może wpływać na decyzje poszczególnych placówek. Te, które żądają wszczęcia egzekucji z nieruchomości z powodu kilkusetzłotowego długu, nie mogą zostać przez radę przywołane do porządku. „Niestety nie mamy uprawnienia w zakresie inicjatywy ustawodawczej o zmianę przepisów rangi ustawowej, w tym zasad dotyczących stosowania egzekucji z nieruchomości przez spółdzielnie mieszkaniowe” – mówi prezes.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Precz ze śmieciówkami

Precz ze śmieciówkami

Sektor publiczny zaczyna walczyć z zatrudnianiem na umowy śmieciowe. Publiczne instytucje coraz częściej faworyzują w przetargach firmy, które zatrudniają pracowników na etatach, a nie na umowy cywilnoprawne.

Jak donosi portal wyborcza.biz, od października ubiegłego roku można w przetargach przyznawać dodatkowe punkty firmom, które zatrudniają pracowników na etacie. Jak przekonują parlamentarzyści, wszystko to w trosce o interes publiczny. Jeśli firmy rywalizują jedynie cenami, cierpią na tym pracownicy, bo to ich kosztem robione są oszczędności. Firma, której pracownicy zatrudnieni są na śmieciówkach, zawsze będzie tańsza i uzyska przewagę nad tą zatrudniającą ludzi na etacie. Cierpi na tym też budżet. Od wynagrodzeń pracowników na umowach o dzieło nie są odprowadzane składki ZUS. Takie osoby nie wypracują sobie żadnej emerytury, a jeśli już, to groszową.

Jeśli w zamówieniach publicznych nie uwzględnia się minimalnego wynagrodzenia, obchodząc ten „problem” zatrudnianiem na umowy cywilnoprawne, to pojawiają się kurioza, jak np. fakt, że praca osób sprzątających czy ochroniarzy placówek publicznych wyceniania jest na 6-7 zł za roboczogodzinę, co jest kwotą skandalicznie niską.

Problem z tym, że do tej pory właściwie jedynym kryterium decydującym o tym, jaki podmiot wygra przetarg, była odpowiednio niska cena za usługę. Po wprowadzeniu klauzuli społecznej powoli się to zmienia i widać już pierwsze efekty – „U nas liczba postępowań, w których jednym z kryteriów jest zatrudnienie, cały czas rośnie. Od stycznia do marca tego roku liczba tych postępowań stanowiła 7,7 proc., od stycznia do kwietnia stanowiła 8,5 proc. w stosunku do postępowań, w których wystąpiło inne kryterium niż cena” – mówi Zbigniew Baranowski, rzecznik Poczty Polskiej.

W maju kryterium zatrudnienia występowało już w 28 proc. przetargów. Etaty w przetargu na obsługę pocztową premiowała np. Izba Skarbowa w Krakowie. Premiowane będą one też przy przetargu na dostarczanie listów z sądów.

Świadomość, że takie kryteria można stosować, rośnie jednak wśród przetargodawców opornie. Instytucje publiczne nie chcą wydawać zbyt dużo, bo korzystanie z usług firmy zatrudniającej ludzi na etacie jest droższe, a, po drugie, premiowanie etatów wiąże się to z ryzykiem złożenia przez uczestników skargi do Krajowej Izby Odwoławczej w sprawie specyfikacji przetargu.

Centrum Usług Wspólnych, jednostka podległa bezpośrednio Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, zapytana, w jakim procencie przetargów stosuje kryteria pozacenowe (np. zatrudnianie osób na podstawie umowy o pracę), odpowiedziało, że w ok. 70 proc. Kryteria te nie dotyczyły jednak etatów, ale m.in. udziału osób niepełnosprawnych w realizacji zamówienia. Na początku bieżącego roku Kancelaria Sejmu ogłosiła przetarg na sprzątanie terenów przysejmowych – bez żadnej klauzuli społecznej. W wyniku protestów „Solidarności” kolejny przetarg (na dostarczanie listów do Sejmu) premiował już etaty.

A jak wygląda sytuacja w samorządach? W Warszawie klauzule społeczne obowiązywały w 41,19 proc. wszystkich przetargów, wartych w sumie aż 21 mln zł. Gorzej jest w Łodzi – na 88 przetargów tylko dziewięć zawierało klauzule, a dotyczyły one m.in. zatrudnienia osób niepełnosprawnych i bezrobotnych. W Bydgoszczy od momentu wejścia ustawy w życie zastosowano je w siedmiu przypadkach na ponad 60 postępowań (m.in. odbieranie odpadów komunalnych, utrzymanie fontann, utrzymanie zieleni miejskiej). Imponująca jest jednak wartość takich zamówień, wynosząca ponad 160 mln zł.

W Poznaniu zatrudnienie osób na podstawie umowy o pracę uwzględniono w trzech postępowaniach przetargowych (8,57 proc. przypadków). Chodziło głównie o sprzątanie. Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta Gdańska, twierdzi, że nie było na razie w mieście postępowań, w których podobnego rodzaju kryteria można by zastosować. Jego zdaniem nadają się do tego bardzo nieliczne zamówienia, np. usługi sprzątania lub usługi ochrony, a na nie są już podpisane umowy.

Co na to rząd? Minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz stara się, aby Rada Ministrów wprowadziła dla administracji rządowej zalecenie premiowania etatów w przetargach publicznych. Rozmawiano o tym na posiedzeniu rządu. W ferworze kampanii wyborczej nie wiadomo jednak, jakie będą efekty tych nacisków. W resorcie pracy przy przetargach premie za etat obowiązują.

Lato czeka… ale nie na każdego

Lato czeka… ale nie na każdego

Tylko nieco ponad połowa rodzin, w których wychowują się dzieci w wieku szkolnym, wysyła je na co najmniej tygodniowy wypoczynek poza miejscem zamieszkania, jak wynika z badań CBOS. To, czy dziecko skorzysta z wakacji zależy głównie od sytuacji materialnej rodziców.

Jak pisze portal money.pl, w ponad dwóch piątych gospodarstw (43 procent) wyjechały wszystkie dzieci. Z co dziesiątego (10 proc.) wyjechała na wakacje część dzieci.

Odsetek uczniów wyjeżdżających na wypoczynek niewiele się zmienia. W porównaniu z ubiegłym rokiem przybyło rodzin, z których żadne dziecko nie wyjechało (z 43 do 47 proc.), jednocześnie minimalnie ubyło tych, z których wyjechała tylko część podopiecznych (z 13 do 10 proc.).

Badania CBOS pokazują, że to, czy dziecko wyjedzie na wakacje, zależy w znacznej mierze od miejsca zamieszkania i od sytuacji materialnej jego rodziny. Interesujące są tu rozbieżności pomiędzy miastem a wsią. Ogromna większość ankietowanych, mieszkających w ponad półmilionowych miastach (89 proc.) i mniej więcej połowa pochodząca z mniejszych miast zadeklarowała, że wszystkie dzieci z rodziny wyjechały na letni wypoczynek (54 proc. badanych z miejscowości o liczbie mieszkańców od 100 tys. do 499 999 osób i 48 proc. badanych, których liczba mieszkańców wynosi od 20 tys. do 99 999 osób). Natomiast z większości wiejskich gospodarstw domowych (68 proc.) żadne z dzieci nie wyjechało na wakacje, a jedynie 28 proc. rodzin zapewniło wypoczynek poza domem wszystkim dzieciom.

Najczęstszym powodem rezygnacji z letniego wypoczynku dzieci były względy finansowe (73 proc.). Pozostawanie ich przez całe wakacje w domu uzasadniano przekonaniem, że równie dobrze mogą wypoczywać na miejscu (29 proc.) i brakiem zorganizowanego wypoczynku (28 proc). Co piąty badany, z którego rodziny nie wyjechało przynajmniej jedno dziecko, argumentował, że brakowało na to czasu. Niewiele rzadziej obecność dzieci w domu przez całe wakacje wynikała z tego, że były potrzebne w gospodarstwie (18 proc.). Równie często pojawiały się uzasadnienia, że dzieci nie chciały wyjeżdżać (18 proc.) lub że są na to za małe (18 proc.). Stosunkowo najrzadziej wymieniane były takie powody jak praca zarobkowa dzieci (12 proc.) oraz stan ich zdrowia (4 proc).

W tym roku częściej niż w ubiegłym i częściej niż przed dwoma laty, respondenci uzasadniając pozostawanie dzieci w domu, odwoływali się do argumentów natury ekonomicznej, czyli do kwestii braku pieniędzy na wyjazd (wzrost o 7 pkt proc. w stosunku do roku 2012 i o 12 w stosunku do roku 2011).

Podczas minionych wakacji w co czwartej rodzinie, w której są dzieci w wieku szkolnym, przynajmniej jedno z nich pracowało zarobkowo (24 proc.). Byli to przede wszystkim uczniowie szkół średnich (36 proc. wskazań badanych z rodzin, w których są uczniowie w wieku 16-19 lat), znacznie rzadziej gimnazjaliści (9 proc. wskazań ankietowanych z gospodarstw, w których są dzieci od 13 do 15 lat) i najrzadziej uczniowie szkół podstawowych (2 proc. wskazań gospodarstw domowych, w których są uczniowie w wieku 7-12 lat).

Rozwój dla bogatych

Rozwój dla bogatych

Lidl i Kaufland, należące do jednej z najbogatszych rodzin w Niemczech sieci handlowe, pożyczyły prawie miliard dolarów od Banku Odbudowy i Rozwoju na ekspansję swoich placówek we wschodniej Europie. Oficjalnie celem było zapewnienie mieszkańcom tych krajów taniej żywności.

Jak pisze dziennik „The Guardian”, przez ostatnią dekadę Lidl pożyczał pieniądze z dwóch źródeł Po pierwsze, od International Finance Corporation (IFC), agendy Banku Światowego. Po drugie, z Europejskiego Bank Odbudowy i Rozwoju. Obie instytucje zostały ufundowane przez podatników i, kontrolowane przez rządy, mają wspierać rozwój gospodarczy w krajach przechodzących transformację ustrojową. Zadaniem Banku Światowego jest dodatkowo praca nad ograniczaniem biedy na świecie.

Banki przekonują, że pieniądze dla Lidla i Kauflandu miały pomóc w rozwoju obu sieci w środkowej i wschodniej Europie, utworzyć nowe miejsca pracy, otworzyć nowe rynki zbytu dla lokalnych producentów oraz zaoferować dobrą jakościowo żywność biednym ludziom. Decyzja jest o tyle kontrowersyjna, że w wielu krajach europejskich sieci oskarżane są o niechętne traktowanie związków zawodowych, łamanie praw pracowniczych i płacenie zbyt niskich podatków.

Pierwsze pieniądze dla Grupy – 100 mln dol. – wyszły z IFC w 2004 roku, a więc tym samym, w którym związek zawodowy Ver.di wypuścił „czarną księgę” dokumentującą naruszenia praw pracowniczych w sklepach Lidl w Europie. Pieniądze te zostały wydane m.in. na ekspansję sieci w Polsce. Kolejna transza z 2009 roku – 75 mln dol. – poszła na rozwój sieci w Bułgarii oraz Rumunii. W 2011 66 mln dol. dostał Lidl w Rumunii, a w 2013 ponad 105 mln zostało pożyczone na rozwój w Bułgarii i Chorwacji oraz na otwarcie pierwszych sklepów w Serbii. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju współfinansował razem z komercyjnymi bankami projekty Lidla i Kauflandu na łączną kwotę powyżej 700 mln dol.

Sieć Lidl oraz Kaufland są kontrolowane przez Grupę Schwarz. Na jej czele stoi Dieter Schwarz, jeden z najbogatszych ludzi świata. Jego majątek ocenia się na ok. 21 mld dol.