Odbudujmy polską kolej

Odbudujmy polską kolej

Przedstawiciele ponad stu firm podpisali się pod listem, który Izba Gospodarcza Transportu Lądowego wysłała w piątek do premier Ewy Kopacz. W liście prosi o pilne rozpoczęcie rozmów w sprawie zarządzania i odbudowy narodowej infrastruktury kolejowej, szczególnie przez PKP PLK.

Jak informuje portal Kurier Kolejowy, w liście napisano: „Apelujemy o pilne rozpoczęcie przez stronę rządową oraz przedsiębiorstwa odpowiedzialne za odbudowę, utrzymanie i zarządzanie polską infrastrukturą kolejową, w szczególności przez PKP Polskie Linie Kolejowe, dialogu z nami. Chcemy wspólnie rozwiązać problemy, które dotyczą nas wszystkich, a w pierwszej kolejności pasażerów i przewoźników kolejowych pasażerskich i towarowych”. IGTL zauważa, że w obecnej sytuacji, przy kryzysie zarządzania polską infrastrukturą kolejową, głównymi poszkodowanymi są pasażerowie. Stwierdza też, iż nakłady gwarantujące zatrzymanie degradacji infrastruktury kolejowej powinny być nie mniejsze niż 3 miliardy EURO, pokrywane z funduszy krajowych i ujęte w budżecie państwa

Izba zwraca uwagę, że wspólnym interesem powinno być w pierwszej kolejności zagwarantowanie systematycznego i skutecznego rozwoju infrastruktury, której odbudowa i głęboka modernizacja jest fundamentem rozwoju polskiej gospodarki.

Według IGTL dialog z udziałem strony rządowej powinien mieć na celu m.in zapewnienie skutecznego i pełnego wykorzystania środków unijnych z perspektywy budżetowej 2014-2020; przyspieszenie procesów inwestycyjnych, realizowanie inwestycji nastawionych na odbiorcę, wypracowanie modelu kooperacji między zamawiającym a wykonawcami robót budowlanych, usługodawcami, producentami oraz dostawcami materiałów i systemów automatyki kolejowej, a także doprowadzenie do stosowania przez zamawiającego polubownych metod rozwiązywania sporów, zamiast długotrwałych i niepotrzebnych procesów sądowych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Czechy mówią „nie” drugiemu filarowi

Czechy mówią „nie” drugiemu filarowi

Koniec drugiego filara w Czechach – nasi sąsiedzi likwidują ten rodzaj ubezpieczenia zaledwie na półtora roku po jego wprowadzeniu. Państwo zwróci ubezpieczonym wszystkie fundusze, które wpłacili do filaru.

Jak informuje dziennik „Hospodářské noviny”, obywatele dostaną zwrot wpłaconych funduszy oraz państwowy dodatek do emerytury, który jest o połowę wyższy niż dobrowolnie wpłacana składka. Drugi filar ubezpieczenia emerytalnego wprowadził rząd Petra Neczasa. Jego celem miała być dywersyfikacja oszczędności oraz zachęcanie obywateli do indywidualnego oszczędzania. Nowy rząd jednak od początku zapowiadał jego likwidację.

Rząd Bohuslava Sobotki uważa, że obywatele nie mają pieniędzy, aby z własnej kieszeni dopłacać do drugiego filaru, zaś składka odprowadzana przez pracodawcę jest zbyt niska, by można było uzyskać godziwą emeryturę. Według minister pracy Michaeli Marksovej cały pomysł był źle przygotowany. Przypomina ona, że był on niekorzystny nie tylko dla państwa, ale i dla poszczególnych klientów. To zaś, że zapisało się do niego zaledwie 83 tysiące ludzi, jedynie to potwierdza.

Polskie doświadczenia z OFE miały również wpływ na brak zaufania Czechów do drugiego filaru. Często padały wśród nich opinie, że boją się oddawać pieniądze funduszowi, z którego politycy w dowolnym momencie będą sobie mogli je wziąć.

Drugi filar zostanie całkowicie zlikwidowany w styczniu przyszłego roku.

Bunt w Amazonie

Bunt w Amazonie

Związkowcy z centrum logistycznego Amazona w podpoznańskich Sadach weszli w spór zbiorowy z pracodawcą. Powodem jest niespełnienie ich żądań. Skarżą się na wyśrubowane normy, złe warunki pracy i niskie płace.

Jak informuje „Forbes”, pojawieniu się w Polsce Amazona, amerykańskiego giganta e-handlu, towarzyszył duży entuzjazm. Nic dziwnego, skoro firma będąca jedną z bardziej dochodowych marek świata, zdecydowała się wybudować trzy centra logistyczne, w których docelowo zatrudnienie ma znaleźć 12 tys. osób – 4,5 tys. na stałe i 7,5 tys. tymczasowo. Jednak wraz z pojawieniem się Amazona w Polsce pojawiły się również problemy, które poznali pracownicy spółki w jej zagranicznych oddziałach – m.in. w Wielkiej Brytanii czy Niemczech.

W 2014 roku strajkowali pracownicy oddziałów niemieckich spółki. W czerwcu do Amazona trafiło pismo przygotowane przez Ogólnopolski Związek Zawodowy „Inicjatywa Pracownicza”, utworzony przez pracowników zatrudnionych w Sadach. Protestują oni przeciwko ciągłemu podnoszeniu norm, któremu nie towarzyszy wzrost wynagrodzeń. Oczekują podwyżki godzinowej stawki podstawowej do co najmniej 16 zł brutto (obecnie wynosi 13 zł), wprowadzenia dodatków stażowych, rocznych grafików pracy, a także regulaminu dotyczącego przerw. Pod petycją podpisało się 400 osób. Związek dał Amazonowi czas do zeszłej soboty.

Firmie nie udało się dojść do porozumienia z pracownikami, dlatego od niedzieli związkowcy z centrum logistycznego znajdują się z Amazonem w sporze zbiorowym. „Teraz czekają nas rokowania, później mediacje. Jeżeli nie dojdziemy do porozumienia, ostatecznym krokiem będzie strajk” – mówi Jarosław Urbański z Inicjatywy Pracowniczej.

Negocjacje mogą okazać się trudne, bo związek zapowiada, że nie zrezygnuje z postulatów. Jeżeli stronom nie uda się dojść do porozumienia, do akcji wkroczy zewnętrzny mediator. W międzyczasie związkowcy będą mogli zorganizować strajk ostrzegawczy, który może potrwać maksymalnie dwie godziny. Jeśli mediacje także nie pomogą, pracownicy będą mogli ogłosić referendum strajkowe.

Związkowcy podkreślają, że choć konflikt na linii pracownicy-pracodawca narastał od kilku miesięcy, to o decyzji o wystosowaniu petycji i wejściu w spór zbiorowy przesądziło wydłużenie zmiany o godzinę (z dziesięciu do jedenastu godzin), które zbiegło się z kolejnymi protestami w niemieckich oddziałach Amazona. Polacy solidaryzowali się z Niemcami, m.in. biorąc w tym terminie urlopy na żądanie albo celowo spowalniając pracę. Według związkowców firma odpowiedziała na to represjami, przeprowadzając szereg rozmów dyscyplinujących i zawieszając co najmniej pięcioro pracowników.

W piątek 10 lipca odbędzie się pierwsza tura negocjacji.

Stracić mieszkanie za mały dług

Stracić mieszkanie za mały dług

Spółdzielnie mieszkaniowe prowadzą egzekucję z nieruchomości swoich dłużników nawet, gdy zaległości są niewielkie. Oznacza to, że można stracić dorobek życia z powodu kilku niezapłaconych czynszów. Trybunał Konstytucyjny i sądy mają wątpliwości, czy to zgodne z prawem.

Spółdzielnie mieszkaniowe korzystają z ogólnych przepisów postępowania cywilnego. Zgodnie z nimi, gdy osoba mająca własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu mieszkalnego zalega z opłatami eksploatacyjnymi, występują o nakaz zapłaty, a po jego otrzymaniu zwracają się do komornika z prośbą o licytację nieruchomości. Procedura ta jest więc dla spółdzielni dość prosta, szybka i na ogół skuteczna.

Co z lokatorami? Jeden z sądów nabrał wątpliwości, czy tak powinno być. Postanowił poprosić Sąd Najwyższy o wykładnię przepisów. Zdaniem prawników licytacja cennej nieruchomości z powodu nieznacznego (w przypadku, który rozpatrywał tenże sąd, chodziło o niewiele ponad 3 tys. zł) zadłużenia jest rażąco sprzeczna z zasadami współżycia społecznego.

Art. 16 ust. 1 ustawy o własności lokali stanowi, że jeżeli właściciel lokalu zalega długotrwale z zapłatą należnych opłat bądź wykracza w sposób rażący lub uporczywy przeciwko obowiązującemu porządkowi domowemu albo przez swoje niewłaściwe zachowanie czyni korzystanie z innych lokali lub nieruchomości wspólnej uciążliwym, wspólnota mieszkaniowa może w trybie procesu żądać sprzedaży lokalu w drodze licytacji na podstawie przepisów kodeksu prawa cywilnego o egzekucji z nieruchomości. Do tego przepisu wprost się odwołuje art. 1710 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych. Dookreśla on, że ze stosownym żądaniem występuje zarząd spółdzielni na wniosek rady nadzorczej.

Trybunał Konstytucyjny również wypowiedział się na ten temat. W wyroku z 29 lipca 2013 r. uznał, że przewidziana w tym przepisie sankcja za długotrwałe zaleganie z zapłatą należnych opłat ma charakter wyjątkowy i ostateczny. „Zastosowanie tej sankcji jest uzależniane od rzeczywistego zagrożenia interesów wspólnoty destabilizacją finansową i trwałymi trudnościami we właściwym utrzymaniu nieruchomości wspólnej” – wskazywał. Przy tak istotnej decyzji, jak pozbawienie kogoś lokalu mieszkalnego, trzeba wziąć pod uwagę jego osobiste okoliczności. Jeśli więc dłużnik zalega z opłatami eksploatacyjnymi, bo np. kilka tygodni wcześniej stracił pracę – nie należy sięgać po radykalne instrumentarium. Spółdzielnie występują jednak zazwyczaj o nakaz zapłaty i kierują sprawę do komornika.

Egzekucja z nieruchomości powinna być ostatecznością. Zgodnie z art. 799 par. 1 k.p.c. wierzyciel może wprawdzie w jednym wniosku wskazać kilka sposobów egzekucji przeciwko temu samemu dłużnikowi, jednakże spośród kilku powinien zastosować ten najmniej uciążliwy dla dłużnika. W przypadku, gdy dłużnik ma inne składniki majątku, za pomocą których można zaspokoić roszczenia wierzyciela, czyli spółdzielni, nie ma powodu sięgać po środek najostrzejszy, jakim jest odebranie mieszkania. Wentylem bezpieczeństwa są także uprawnienia dłużnika. Chodzi przede wszystkim o art. 799 par. 2 k.p.c., zgodnie z którym jeżeli egzekucja z jednej części majątku dłużnika wystarcza na zaspokojenie wierzyciela, dłużnik może żądać zawieszenia egzekucji z pozostałej części. Innymi słowy: zaspokajanie roszczeń z nieruchomości jest ostatecznością i jeśli tylko właściciel mieszkania wykaże wolę spłaty zaległości, do sprzedaży lokalu dojść nie powinno.

Co na to spółdzielnie? Stanisław Śledziewski, zastępca prezesa Krajowej Rady Spółdzielczej, wskazuje, że KRS nie może wpływać na decyzje poszczególnych placówek. Te, które żądają wszczęcia egzekucji z nieruchomości z powodu kilkusetzłotowego długu, nie mogą zostać przez radę przywołane do porządku. „Niestety nie mamy uprawnienia w zakresie inicjatywy ustawodawczej o zmianę przepisów rangi ustawowej, w tym zasad dotyczących stosowania egzekucji z nieruchomości przez spółdzielnie mieszkaniowe” – mówi prezes.