Skrzynka pomocy

Skrzynka pomocy

W Łodzi powstaje specjalna skrzynka kontaktowa dla bezdomnych. Potrzebujący napiszą, czego najbardziej im brakuje, każdy będzie mógł to przeczytać i być może znajdzie się ktoś, kto pomoże. „Nie chcemy wyganiać bezdomności na peryferia i udawać, że jej w Łodzi nie ma” – mówią autorzy przedsięwzięcia „Domni-Bezdomni”.

W skrzynce jest miejsce na 12 skrytek. Na jej wieczku przyklejona jest kartka, na której osoby bezdomne przedstawiają swoją historię i potrzeby. Listy „życzeń” są proste i obejmują podstawowe produkty, np. odzież, leki czy inne artykuły medyczne. Bezdomni mogą również w zamian za pomoc zaoferować coś od siebie, np. pomoc w ogrodzie. Maria Nowakowska, animatorka akcji „Społecznie zaangażowani”, mówi, że w zamyśle ma ona aktywizować obie strony. Pomagających ma namawiać do potraktowania bezdomnych jak zwykłych ludzi zasługujących na godne życie, a ich samych aktywizować.

Projekt powstał jako część pracy dyplomowej Eugenii Wasylczenko, studentki ASP, jednak okazuje się, że jego społeczny zasięg może być szerszy. Nowakowska mówi: „Rozwieję wątpliwości. Nie, [projekt] nie skłaniał do postawy roszczeniowej. Potrzebujący prosili o dres, podpaski, bandaż lub czekoladę. To były drobne rzeczy, dla nich ważne nie tylko w aspekcie materialnym. Przede wszystkim te podarunki pokazały, że ktoś chce pomóc, że dla kogoś są ważni”.

W Warszawie kilka osób wyszło dzięki skrzynkom z bezdomności, zdobyły bowiem za ich sprawą zatrudnienie. W Łodzi projekt będzie realizowany przez Łódzkie Partnerstwo Pomocy Bezdomnym i Wykluczonym, włączy się w niego także MOPS i organizacje zajmujące się rewitalizacją.

Skrzynka stanie 1 sierpnia na Starym Rynku w pobliżu ulicy Nowomiejskiej. Wtedy też na Rynku zostanie zorganizowany festiwal „Piękno jest Wszędomne”, który ma uwrażliwić łodzian na problem bezdomności.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Za darmo i na darmo

Za darmo i na darmo

Staże i szkolenia w niewielkim stopniu pomagają bezrobotnym w znalezieniu pracy, jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli. Kontrolerzy NIK zbadali skuteczność aktywizacji bezrobotnych w ośmiu województwach. Z kontroli wynika, że jedne z najczęstszych form aktywizacji bezrobotnych stosowanych przez urzędy pracy, czyli staże i prace interwencyjne, nie tylko nie pomagają w znalezieniu pracy, ale wręcz umożliwiają pracodawcom traktowanie bezrobotnych jako taniej lub darmowej siły roboczej.

Jak donosi portal solidarnosc.org.pl, raport NIK wskazuje, że resort pracy nie dysponuje rzetelną wiedzą dotyczącą efektów aktywizacji. Kontrolerzy wyliczyli, że stosowany przez ministerstwo wskaźnik efektywności szkoleń i staży zawyża ich skuteczność o niemal 1/3. Dzieje się tak dlatego, że stosowany w resorcie pracy system informatyczny zliczał wszystkie osoby wyrejestrowane z rejestru bezrobotnych, także te, które niekoniecznie znalazły stałą pracę, a tylko zostały zakwalifikowane do udziału w jednym z projektów aktywizujących.

Kontrola potwierdziła też praktykę nadużywania staży jako źródła darmowego wsparcia kadrowego. Pracodawcy, którzy nie ponoszą kosztów staży, chętnie angażowali się w taką formę aktywizacji. Niektórzy przyjmowali nawet po kilkudziesięciu stażystów, nie zatrudniając po zakończeniu okresu stażowego ani jednego z nich. „Zgodnie z przepisami pracodawca nie ma obowiązku zatrudnienia stażysty, również urzędy pracy nie mogą go do tego zmusić. W naszej ocenie, urzędy mogą jednak przy zawieraniu umów preferować pracodawców, którzy wywiązują się z obietnicy zatrudnienia stażystów” – podkreśla Andrzej Trojanowski, rzecznik rzeszowskiej NIK, która koordynowała badania. Okazuje się również, że urzędy pracy nie monitorowały losów osób aktywizowanych w dłuższej perspektywie czasowej, a więc nie znają rzeczywistych efektów swoich działań.

Pensje rosną, możliwości nie

Pensje rosną, możliwości nie

Od wejścia do Unii Europejskiej średnie pensja Polaka urosła niemal dwukrotnie. W ciągu dekady PKB na mieszkańca naszego kraju wzrosło o blisko 20 pkt. proc. Niestety jeżeli chodzi o możliwość kupna mieszkania, zmieniło się niewiele. W 2004 roku za przeciętną pensję można było kupić około 0,8 mkw. lokalu, w tym roku możemy sobie pozwolić na ułamek więcej. W dodatku udział bezpośrednich wydatków budżetowych na cele mieszkaniowe w polskim PKB wynosi tylko 0,09 proc.

Od wejścia do Unii Europejskiej średnie pensje zwiększyły się niemal dwukrotnie. Ponad dziesięć lat temu zarabialiśmy średnio 2100 zł brutto, a teraz jest to już ponad 4100 zł. PKB na głowę mieszkańca naszego kraju to już nie 48 proc. średniej unijnej, a około 68 proc. Niestety jeżeli chodzi o naszą siłę nabywczą na rynku mieszkaniowym, sytuacja pozostaje podobna.. Jest niemal identyczna jak przed dekadą. Z danych opublikowanych przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju wynika, że podczas gdy w 2004 roku za przeciętną pensję Polak mógł kupić blisko 0,8 mkw mieszkania, to teraz może nabyć niespełna 0,9 mkw.

Na uwagę zasługuje również topniejące wsparcie państwa dla mieszkaniówki. W 1995 roku udział wydatków mieszkaniowych w PKB przekraczał 0,80 proc., dzisiaj jest to tylko 0,09 proc.. Tak duża zmiana wynika z faktu, że przez 20 lat produkt krajowy brutto w cenach bieżących wzrósł aż pięciokrotnie. Równocześnie nominalne wydatki na sferę mieszkaniową spadły o 44 proc. Ich poziom w relacji do PKB (0,09 proc.) nie zmienił się praktycznie w minionych pięciu latach. Podczas gdy w 1995 roku na politykę mieszkaniową z budżetu państwa wydano około 3 mld zł, w 2000 roku nawet 4 mld zł, to w minionym roku było to tylko 1,5 mld zł.

Jak informuje portal money.pl, z porównania z innymi krajami UE wynika, że Polacy mieszkają wciąż w tanich i ciasnych klitkach. Z danych OECD wynika, że znacznie wyższe wydatki na mieszkalnictwo planują między innymi rządy Wielkiej Brytanii (1,5 proc. PKB), Francji (0,8 proc. PKB), Danii (0,7 proc. PKB), Niemiec (0,6 proc. PKB), Irlandii (0,4 proc. PKB) oraz Holandii (0,4 proc. PKB).

W naszym kraju najbardziej problematyczną i zaniedbaną częścią „mieszkaniówki” jest budownictwo socjalne, które cierpi na chroniczny niedobór lokali.

Sprawiedliwość podatkowa

Sprawiedliwość podatkowa

„Mało prawdopodobne jest, że klienci stracą na obłożeniu hipermarketów podatkiem obrotowym” – mówi Elżbieta Mączyńska, szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Propozycję takiego opodatkowania zgłosił PiS.

Pomysł opodatkowania hipermarketów przedstawiła wiceszefowa PiS, kandydatka tej partii na premiera, Beata Szydło. Jak deklarowała, w Polsce należy wprowadzić na wzór Węgier podatek obrotowy od sklepów wielkopowierzchniowych. Według partii taki sposób opodatkowaniu miałby wnieść dodatkowo do budżetu państwa 3 mld złotych rocznie. Obejmowałby duże sieci handlowe dowolnej branży, których całkowity obrót w danym roku przekraczałby 1 mld złotych. Podlegałyby one progresywnemu opodatkowaniu – od 0,5 proc. do 2 proc. wielkości obrotu.

Firma doradcza PwC opublikowała raport, w którym przewiduje, iż po takim ruchu podatkowym firmy utraciłyby większość zysków, co skutkowałoby wzrostem cen detalicznych i ostatecznie odbiłoby się na klientach. Elżbieta Mączyńska, ekspertka Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, podważa zasadność raportu. Ocenia, że brak w nim informacji o tym, czy i w jakim stopniu na Węgrzech rzeczywiście wzrosły ceny. „Jeśli nawet tak by było, to taki dyktat cenowy nie mógłby się utrzymać zbyt długo w sytuacji, gdy w wielu krajach Europy występują symptomy „gospodarki nadmiaru”, co oznacza, że popyt na towary i usługi nie nadąża za ich podażą. Stąd zażarta walka przedsiębiorstw o rynki i ich agresywna reklama. W takiej sytuacji pojawia się raczej tendencja do deflacji, czyli spadku cen, a nie ich wzrostu. Doświadcza tego także Polska” – wyjaśnia.

Ekspertka wspomina także o podatku krajobrazowo-ekologicznym, czyli tzw. podatku od reklamy, który według niej powinny płacić sklepy wielkopowierzchniowe. Reklama jej zdaniem oszpeca bowiem krajobraz, pogarsza jego jakość, zaśmieca otoczenie. Ocenia ona ponadto, że obecnie działania aktywnych w Polsce sieci handlowych są mało transparentne, trudno uzyskać pełne dane sprawozdawcze dotyczące ich wyników finansowych. Wszelkie działania ukierunkowane na ich dyscyplinowanie uznała więc za słuszne i potrzebne.

Wielkie sieci wymuszają na dostawcach korzystne dla siebie, niesymetryczne warunki transakcji, nie wykazują też rentowności, a mimo to działają nadal – co według ekspertki daje podstawy do założenia, że są rentowne i że owa rentowność powinna znaleźć odzwierciedlenie w płaconych podatkach. Profesor zwróciła również uwagę na fakt, że, pomimo wygody, jaką oferują klientom te sieci, ich pojawienie się w sąsiedztwie bardzo często powoduje upadek małych sklepików i okolicznych bazarów. Jej zdaniem w Polsce jest to bardzo dotkliwe, ponieważ pozwolono na usytuowanie wielkich sklepów w centrach miast i dzielnic. „To wielki, kosztowny społecznie błąd” – mówi Mączyńska – „W jego wyniku biznesowo wymierają całe miejscowości i ulice w miastach. Negatywnie oddziałuje też na rynek pracy. Dlatego tak ważna jest długookresowa polityka przestrzennego zagospodarowania kraju”.