Równi wobec Hipokratesa

Równi wobec Hipokratesa

Do szpitali wraca rejonizacja. Ma być lekiem na odsyłanie pacjentów przez oddziały ratunkowe. Wojewodowie w porozumieniu z konsultantami wojewódzkimi mają wyznaczyć rejony działania poszczególnych szpitali. Gdy to zrobią, lecznice nie będą miały prawa odesłać pacjenta z przydzielonego im obszaru. Jednak, jak ostrzegają eksperci, bez zmian finansowania ta kuracja może nie zadziałać.

Jak pisze „Gazeta Prawna”, opinię publiczną w ciągu ostatniego roku co najmniej kilkakrotnie poruszyły bulwersujące przypadki odmów przyjęcia do szpitala pacjentów wymagających natychmiastowej pomocy. Okazuje się, że takie odsyłania pacjentów ze szpitala do szpitala to powszechne zjawisko. Z danych NFZ wynika, że tylko w I kwartale tego roku placówki medyczne nie przyjęły aż 680 osób przywiezionych do nich przez karetki. Najwięcej takich zdarzeń miało miejsce w województwach śląskim, zachodniopomorskim i lubuskim.

Ministerstwo Zdrowia ma jednak pomysł, jak walczyć z tym zjawiskiem. Chce, żeby wojewodowie w porozumieniu z konsultantami wojewódzkimi i przedstawicielami NFZ podzielili poszczególne województwa na rejony. Do każdego z nich zostanie przypisany główny szpital, który będzie miał obowiązek przyjąć każdego pacjenta przywiezionego przez karetkę z danego obszaru. Ponadto powstanie też wykaz oddziałów pierwszego wyboru, do których załoga ambulansu przywiezie chorego wymagającego określonej procedury. Wykaz ten będzie publikowany w Biuletynie Informacji Publicznej.

Rejonizacja ma się odbywać etapami. W pierwszym zostaną określone szpitale i oddziały pierwszego wyboru dla świadczeń z zakresu chirurgii ogólnej i ortopedii. Następnie dla udarów, chirurgii naczyniowej, zawałów i innych, przy czym rejony zostaną określone odrębnie dla pacjentów dorosłych i dzieci. Realizacja pilotażu tego rozwiązania ma się zacząć jeszcze we wrześniu tego roku w dwóch województwach. Nie ustalono jeszcze w których.

Eksperci dobrze oceniają ten pomysł, choć podkreślają, że nie jest nowy, m.in. Polskie Towarzystwo Medycyny Ratunkowej (PTMR) od kilku lat postuluje, aby wojewodowie w przygotowywanych corocznie planach zabezpieczenia medycznego uwzględniali rejony operacyjne obsługujące od 150 do 200 tys. mieszkańców. Zdaniem prof. Juliusza Jakubaszki, prezesa PTMR, każdy z nich powinien być wyznaczony tak, aby móc obsłużyć każdego pacjenta w stanie nagłym przywiezionego z danego obszaru. Musiałby więc zatrudniać odpowiednio liczną kadrę, a to wymaga odpowiedniego finansowania NFZ. „W oddziale ratunkowym nie może być dwóch lekarzy i pięciu pielęgniarek, a tak było m.in. w dużym uniwersyteckim oddziale we Wrocławiu, który pracował na jedną trzecią możliwości. A przed szpitalem stała kolejka sześciu ambulansów i dochodziło do awantur, czyj pacjent powinien być w pierwszej kolejności przyjęty” – oburza się profesor.

Także pacjenci muszą wiedzieć, jaki rejon operacyjny jest wyznaczony dla ich miejsca zamieszkania i w którym szpitalu znajduje się główny oddział. Tam będą mieli najszybszy dostęp do leczenia np. w razie zawału mięśnia sercowego czy udaru mózgu. Pacjent musi mieć gwarancję, że dotrze do niego w 30 minut, a w ciągu kolejnej godziny zostanie mu wykonana niezbędna procedura medyczna. Taki plan na mapie muszą wykreślić urzędnicy wojewody. „To jest element bezpieczeństwa obywatelskiego” – mówi Jakubaszko.

Tymczasem szefowie placówek prowadzących szpitalne oddziały ratunkowe przyznają, że odsyłanie pacjentów ma często prozaiczną przyczynę, której NFZ nie uwzględnił w swoim raporcie. Jak podkreśla Jarosław Gucwa, zastępca dyrektora Szpitala Powiatowego w Bochni, placówkom po prostu nie opłaca się leczyć pewnych grup pacjentów. Tak jest np. z chorymi po nagłym zatrzymaniu krążenia. Nikt ich nie chce przyjąć, ponieważ ich leczenie jest deficytowe dla placówek medycznych. Z drugiej strony placówki biją się o pacjentów z zawałem czy niezbyt rozległym udarem, bo te procedury są dobrze opłacane i wiążą się z krótkim pobytem w szpitalu. Takich chorych nikt nie odsyła.

Zdaniem Gucwy rejonizacja może się nie sprawdzić, jeśli nie pójdą za nią zmiany w finansowaniu procedur przez NFZ. Te już są zmieniane – od lipca szpitalne oddziały ratunkowe nie są już opłacane za gotowość ryczałtem, lecz za wykonywane procedury. W zależności od ich rodzaju i liczby będą miały różnicowaną zapłatę od funduszu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

PKP patrzy w przyszłość

PKP patrzy w przyszłość

Według uwag złożonych w ramach konsultacji społecznych do Krajowego Programu Kolejowego, narodowy przewoźnik kolejowy PKP Intercity chce budowy aż trzynastu nowych odcinków o łącznej długości pół tysiąca kilometrów.

Jak informuje portal rynek-kolejowy.pl, trwają konsultacje społeczne Krajowego Programu Kolejowego. Spośród firm zrzeszonych w związku pracodawców Forum Kolejowe-Railway Business Forum najwięcej uwag zgłosił narodowy przewoźnik kolejowy – PKP Intercity.

Narodowy przewoźnik chce rozwoju sieci. Najbardziej interesujące uwagi PKP Intercity dotyczą jednak braku projektów nowych linii kolejowych, łącznic, elektryfikacji czy budowy dodatkowych torów – słowem, projektów rozwojowych dla sieci. Przewoźnik podaje własną listę projektów, które powinny znaleźć się w Krajowym Programie Kolejowym. Jest ona imponująca – obejmuje w sumie aż trzynaście nowych linii, odcinków linii i łącznic, dwie propozycje dobudowy drugiego toru, cztery projekty elektryfikacji. Do tego przewoźnik postuluje „bezwzględne” wpisanie na listę podstawową sześciu projektów poprawy parametrów technicznych. Dorzuca jeszcze cztery projekty dotyczące poprawy przepustowości. „Naszym zdaniem polska sieć kolejowa ma duży potencjał rozwoju. Przekazując uwagi do Programu chcieliśmy zwrócić uwagę, jakie obszary powinny być w kolejnych latach traktowane priorytetowo, gdzie – poza już remontowanymi odcinkami – widzimy potencjał rozwoju, a gdzie warto zastanowić się nad zmianą koncepcji. Ostatnie miesiące wskazują, że jedynie model, w którym wiążemy obszary inwestycji taborowych, infrastrukturalnych i obsługi klienta, przynosi wymierne efekty w postaci wzrostu liczby pasażerów wybierających pociągi PKP Intercity” – mówi Beata Czemerajda z biura prasowego PKP Intercity.

Gdzie mogłyby powstać nowe linie kolejowe? Przewoźnik zwraca uwagę na brak komplementarności projektu tzw. Magistrali wschodniej, ponieważ zrewitalizowany ciąg Białystok – Hajnówka – Czeremcha – granica województwa oraz Łuków – Parczew – Lublin nie stworzy atrakcyjnych warunków do prowadzenia przewozów pasażerskich w ciągu Białystok – Lublin. Dlatego proponuje budowę nowego odcinka Sarnaki – Biała Podlaska – Milanów. Jego długość wynosiłaby ok. 85 kilometrów. Drugi projekt jest równie wielki i dotyczy przedłużenia budowy nowej linii Modlin – Płock o kolejny odcinek Płock – Włocławek (50 km), w celu umożliwienia realizacji alternatywnego dojazdu z Warszawy do Włocławka i Torunia oraz stworzenia siatki połączeń międzywojewódzkich dla znacznego ośrodka jakim jest Płock. Następnym projektem jest wpisanie do projektu budowy pierwszego odcinka linii Kolei Dużych Prędkości „Ygrek” z Warszawy do Łodzi (trasa ok. 130 km). Kolejne proponowane odcinki są już krótsze. Pierwszy to budowa odcinka Legionowo – Nasielsk, która umożliwiłaby obejście stacji Modlin i skróciła trasę Warszawa – Gdynia/ Olsztyn o 8 kilometrów. Przewoźnik proponuje także budowę nowych odcinków: Wojaszówka – Krosno lub Strzyżów nad Wisłokiem – Sanok. Przewoźnik domaga się też wpisania na listę podstawową budowy linii Podłęże – Piekiełko.

PKP IC postuluje też budowę odcinka Wieruszów – Sieradz wraz z modernizacją istniejących odcinków Sieradz – Łódź Kaliska i Oleśnica – Wieruszów, które utworzyłyby nowy, najszybszy ciąg w relacji Wrocław – Łódź. Ten projekt wielokrotnie był zresztą postulowany, m. in. przez władze Wrocławia i województwa dolnośląskiego.

Tanie państwo przestępców

Tanie państwo przestępców

W Wielkiej Brytanii wśród funkcjonariuszy policji najwyżej rangi toczy się spór o priorytety. Przewodnicząca Krajowej Rady Komendantów Policji powiedziała BBC, że terroryzm i przestępstwa seksualne wobec nieletnich są ważniejsze od włamań i kradzieży. Z powodu cięć w budżecie nie ma środków na walkę z tymi „pomniejszymi”.

Jak donosi portal forsal.pl, Sara Thornton, która sprawuje tę funkcję, powiedziała BBC, że w obliczu głębokich cięć w budżecie policji nie ma po prostu wystarczająco dużo funkcjonariuszy, aby reagować na każde zakłócenie porządku, kradzież czy nawet włamanie. „W ciągu 10 lat straciliśmy ponad 70 tysięcy etatów i nie możemy robić wszystkiego jak dawniej, bo zawiedziemy społeczeństwo”– powiedziała stacji.

Nie zgadza się z nią szef inspektoratu brytyjskiej policji, Sir Tom Windsor, który stwierdził, że to niedopuszczalne, by ignorować obywateli w potrzebie. Brytyjskie media cytują jednak liczne przykłady sytuacji, kiedy policja zlecała wręcz poszkodowanym prowadzenie dochodzeń na własną rękę, np. przeszukiwanie zdjęć z systemów telewizji przemysłowej sąsiadów czy zabezpieczanie odcisków palców.

Stany promują zmiany

Stany promują zmiany

Już kilka wielkich amerykańskich miast, m.in. Seattle i San Francisco, wprowadziło płacę minimalną w wysokości 15 dolarów za godzinę. To ogromna zmiana, bo obecnie obowiązująca w większości stanów stawka godzinowa wynosi jedynie 7 dol. 25 centów, czyli połowę postulowanej. Kolejne miasta idą za tym przykładem.

Od sześciu lat pensja minimalna w USA wynosi 7 dolarów i 25 centów, czyli ponad dwa razy mniej. Wprawdzie już 29 stanów ją u siebie podwyższyło, ale nieznacznie, najwyżej do ok. 9 dolarów. Republikanie niezmiennie ostrzegają, że windowanie pensji minimalnej jest pogwałceniem zasad wolnego rynku i skończy się zwolnieniami. Jednak, pomimo znacznej podwyżki, nic takiego nie ma miejsca. Ruch „Walcz o 15 dolarów” („Fight for $15”) nabiera rozpędu.

W tym tygodniu rada ds. wynagrodzeń w stanie Nowy Jork zarekomendowała
podniesienie pensji minimalnej w restauracjach typu fast food w całym stanie do 15 dolarów, a gubernator Andrew Cuomo przyjął tę decyzję z entuzjazmem. W Nowym Jorku, gdzie koszty utrzymania są najwyższe, nowe stawki zaczną obowiązywać za trzy lata. „Dosyć sponsorowania McDonald’s!” – zapowiadał Cuomo w maju na wiecu w Nowym Jorku. Największa w USA sieć fast foodów miała w zeszłym roku 5 mld dolarów zysku, ale jej pracownicy zarabiają tak mało, że kwalifikują się do różnych programów pomocy społecznej dla ubogich, np. darmowego leczenia czy talonów na żywność. Oskarżenia, które gubernator Cuomo wygłaszał pod adresem McDonald’sa, padają również pod adresem Walmarta, czyli największej w USA sieci supermarketów. Również ona płaci kasjerkom tak mało, że one i ich rodziny są objęte pomocą społeczną.

McDonald’s i Walmart zorientowały się, że mają poważny problem wizerunkowy, i kilka miesięcy temu ogłosiły, że podnoszą pensje wszystkim swoim pracownikom. Walmart – do 9 dolarów za godzinę, a od przyszłego roku do 10 dolarów. Z kolei McDonald’s obiecał w kwietniu, że wszędzie w Ameryce będzie płacił dolara więcej, niż wynosi obowiązująca stawka minimalna. Było to jednak za mało i za późno. Podwyżka w McDonald’sie została uznana przez wielu jego pracowników za PR-owską sztuczkę, a przed restauracjami sieci zbierały się demonstracje. Domagano się na nich 15 dolarów za godzinę.