Urodzić dziecko na śmieciówce

Urodzić dziecko na śmieciówce

Zwolnienie z powodu długiej choroby czy urlop macierzyński – o tych prawach pracowniczych można zapomnieć, pracując na umowie śmieciowej. Podczas ciąży kobiety zatrudnione na umowach cywilnoprawnych mogą być zwolnione z dnia na dzień.

Kobiety, które urodzą dziecko podczas zatrudnienia na umowie-zleceniu, nie mają żadnych szans na kontynuację zatrudnienia. Pracodawca po prostu zastępuje je kimś innym, nie zachowując żadnego okresu wypowiedzenia. Nie ma pracy, nie ma płacy. Umowy śmieciowe są skonstruowane w taki sposób, by nakładać na pracowników obowiązek jak największej „elastyczności”, a przy tym nie gwarantują mu właściwie żadnych praw. Problem w tym, że pracownicy nie podpisują ich dobrowolnie, lecz są do tego często przez pracodawców zmuszani.

Jak donosi portal wyborcza.biz, problem mają także kobiety, z którymi pracodawca podpisuje kilka umów-zleceń. W takim przypadku składki opłacane są tylko od pierwszej umowy, która często opiewa na symboliczne kilkaset złotych. Od kolejnej, na większą kwotę, płacony jest już tylko podatek. To oznacza, że nawet jeśli taka kobieta zdecyduje się odprowadzać składkę chorobową, to wysokość zasiłków chorobowego i macierzyńskiego liczona jest od kwoty z pierwszej umowy-zlecenia. Przykład? Jeśli pracownica zarabia w sumie 1,8 tys. zł, ale na pierwszej umowie ma 200 zł, a na drugiej – 1,6 tys. zł, to jeśli będzie chciała skorzystać z urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego, dostanie w najlepszym wypadku 160 zł zasiłku miesięcznie. Od nowego roku osoby w takiej sytuacji będą musiały płacić składki od takich umów do wysokości płacy minimalnej (obecnie 1750 zł). To zagwarantuje im nie tylko wyższe świadczenia rodzicielskie, ale będą miały również prawo do zasiłku dla bezrobotnych.

Te zmiany przepisów nie pomogą jednak matkom zatrudnionym na podstawie umów o dzieło. Są one w dużo gorszej sytuacji, bo obecnie nie mają najmniejszych szans na zasiłek macierzyński. To dlatego, że na tego typu umowach nie są opłacane żadne składki, jedynie podatek. Nie mogą odprowadzać składek chorobowych, więc nie mają podstaw do upominania się ani o zasiłek chorobowy, ani o macierzyński. Nie płacą nawet składki zdrowotnej, która uprawnia do korzystania z publicznej służby zdrowia. Jeśli chcą się leczyć, muszą same zgłosić się do NFZ i opłacać składkę. Koszt to obecnie 365 zł miesięcznie.

Jednak i ich sytuacja od stycznia nieco się poprawi. Zgodnie z rządowym projektem o zmianie ustawy o świadczeniach rodzinnych oraz niektórych innych ustaw każda matka będzie mogła liczyć na 1000 zł miesięcznie świadczenia rodzicielskiego. Dostaną je nie tylko matki zatrudnione na umowę o dzieło, które nie odprowadzają składek, ale również kobiety bezrobotne i niepracujące studentki. Dotyczy to również kobiet, których wyliczony zasiłek będzie niższy niż 1 tys. zł. Dostaną one dopłatę, tak, aby ich świadczenie nie było niższe od tej kwoty.

Nadal jednak takie osoby będą mogły zostać zwolnione z dnia na dzień. Bez podania powodu i bez żadnej odprawy, nawet jeśli u jednego pracodawcy pracowały dziesięć lat. Nie chroni ich kodeks pracy, komornik może zająć całą ich pensję, nie pozostawiając na życie ani złotówki. Z zasady nie mają prawa do urlopu. Kiedy chcą wziąć choćby tydzień wolnego, nie dostaną za ten czas wynagrodzenia. Pracodawca może nie umożliwić im przerwy w pracy.

Ich pensja to często grosze. To dlatego, że pensja minimalna obowiązuje wyłącznie pracujących na etatach. Wynagrodzenie pracowników zatrudnionych na umowy śmieciowe nie jest powiększane o dodatki za pracę w nocy czy nadgodziny. W przypadku umów cywilnoprawnych warunki wynagrodzenia zależą od ustaleń pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. W większości firm taki pracownik nie ma najmniejszych szans na jakiekolwiek negocjacje.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Równi wobec Hipokratesa

Równi wobec Hipokratesa

Do szpitali wraca rejonizacja. Ma być lekiem na odsyłanie pacjentów przez oddziały ratunkowe. Wojewodowie w porozumieniu z konsultantami wojewódzkimi mają wyznaczyć rejony działania poszczególnych szpitali. Gdy to zrobią, lecznice nie będą miały prawa odesłać pacjenta z przydzielonego im obszaru. Jednak, jak ostrzegają eksperci, bez zmian finansowania ta kuracja może nie zadziałać.

Jak pisze „Gazeta Prawna”, opinię publiczną w ciągu ostatniego roku co najmniej kilkakrotnie poruszyły bulwersujące przypadki odmów przyjęcia do szpitala pacjentów wymagających natychmiastowej pomocy. Okazuje się, że takie odsyłania pacjentów ze szpitala do szpitala to powszechne zjawisko. Z danych NFZ wynika, że tylko w I kwartale tego roku placówki medyczne nie przyjęły aż 680 osób przywiezionych do nich przez karetki. Najwięcej takich zdarzeń miało miejsce w województwach śląskim, zachodniopomorskim i lubuskim.

Ministerstwo Zdrowia ma jednak pomysł, jak walczyć z tym zjawiskiem. Chce, żeby wojewodowie w porozumieniu z konsultantami wojewódzkimi i przedstawicielami NFZ podzielili poszczególne województwa na rejony. Do każdego z nich zostanie przypisany główny szpital, który będzie miał obowiązek przyjąć każdego pacjenta przywiezionego przez karetkę z danego obszaru. Ponadto powstanie też wykaz oddziałów pierwszego wyboru, do których załoga ambulansu przywiezie chorego wymagającego określonej procedury. Wykaz ten będzie publikowany w Biuletynie Informacji Publicznej.

Rejonizacja ma się odbywać etapami. W pierwszym zostaną określone szpitale i oddziały pierwszego wyboru dla świadczeń z zakresu chirurgii ogólnej i ortopedii. Następnie dla udarów, chirurgii naczyniowej, zawałów i innych, przy czym rejony zostaną określone odrębnie dla pacjentów dorosłych i dzieci. Realizacja pilotażu tego rozwiązania ma się zacząć jeszcze we wrześniu tego roku w dwóch województwach. Nie ustalono jeszcze w których.

Eksperci dobrze oceniają ten pomysł, choć podkreślają, że nie jest nowy, m.in. Polskie Towarzystwo Medycyny Ratunkowej (PTMR) od kilku lat postuluje, aby wojewodowie w przygotowywanych corocznie planach zabezpieczenia medycznego uwzględniali rejony operacyjne obsługujące od 150 do 200 tys. mieszkańców. Zdaniem prof. Juliusza Jakubaszki, prezesa PTMR, każdy z nich powinien być wyznaczony tak, aby móc obsłużyć każdego pacjenta w stanie nagłym przywiezionego z danego obszaru. Musiałby więc zatrudniać odpowiednio liczną kadrę, a to wymaga odpowiedniego finansowania NFZ. „W oddziale ratunkowym nie może być dwóch lekarzy i pięciu pielęgniarek, a tak było m.in. w dużym uniwersyteckim oddziale we Wrocławiu, który pracował na jedną trzecią możliwości. A przed szpitalem stała kolejka sześciu ambulansów i dochodziło do awantur, czyj pacjent powinien być w pierwszej kolejności przyjęty” – oburza się profesor.

Także pacjenci muszą wiedzieć, jaki rejon operacyjny jest wyznaczony dla ich miejsca zamieszkania i w którym szpitalu znajduje się główny oddział. Tam będą mieli najszybszy dostęp do leczenia np. w razie zawału mięśnia sercowego czy udaru mózgu. Pacjent musi mieć gwarancję, że dotrze do niego w 30 minut, a w ciągu kolejnej godziny zostanie mu wykonana niezbędna procedura medyczna. Taki plan na mapie muszą wykreślić urzędnicy wojewody. „To jest element bezpieczeństwa obywatelskiego” – mówi Jakubaszko.

Tymczasem szefowie placówek prowadzących szpitalne oddziały ratunkowe przyznają, że odsyłanie pacjentów ma często prozaiczną przyczynę, której NFZ nie uwzględnił w swoim raporcie. Jak podkreśla Jarosław Gucwa, zastępca dyrektora Szpitala Powiatowego w Bochni, placówkom po prostu nie opłaca się leczyć pewnych grup pacjentów. Tak jest np. z chorymi po nagłym zatrzymaniu krążenia. Nikt ich nie chce przyjąć, ponieważ ich leczenie jest deficytowe dla placówek medycznych. Z drugiej strony placówki biją się o pacjentów z zawałem czy niezbyt rozległym udarem, bo te procedury są dobrze opłacane i wiążą się z krótkim pobytem w szpitalu. Takich chorych nikt nie odsyła.

Zdaniem Gucwy rejonizacja może się nie sprawdzić, jeśli nie pójdą za nią zmiany w finansowaniu procedur przez NFZ. Te już są zmieniane – od lipca szpitalne oddziały ratunkowe nie są już opłacane za gotowość ryczałtem, lecz za wykonywane procedury. W zależności od ich rodzaju i liczby będą miały różnicowaną zapłatę od funduszu.

Razem silniejsi

Razem silniejsi

Związkowcy z Tesco Polska zbierają podpisy wyrażające zgodę na ogłoszenie strajku w firmie. Od jesieni ubiegłego roku trwa w niej spór zbiorowy. Sieć handlowa poinformowała dwa tygodnie temu o planach podwyżek dla zatrudnionych na stanowiskach niekierowniczych, jednak, zdaniem związkowców, są one śmiesznie niskie.

Jak donosi związek „Solidarność” działający w Tesco, Komisja Zakładowa do tej pory odwiedziła sklepy w następujących regionach Polski: Małopolskim, Podkarpackim, Rzeszowskim i Dolnośląskim. Obecnie trwa zbiórka podpisów w regionie Lubuskim.

W połowie lipca doszło w ramach sporu zbiorowego do kolejnego spotkania pomiędzy pracodawcą a organizacjami związkowymi działającymi w sieci. Związki podały, że pracodawca zaproponował podwyżki wynagrodzeń dla pracowników podstawowych w następujących wysokościach: Warszawa – 30 zł brutto, duże miasta – 50 zł brutto, pozostałe miasta – 70 zł brutto/miesiąc.

Dodatkowo pracodawca zaproponował w formie testu kwartalny system premiowy dla pracowników podstawowych. Wysokość premii kwartalnej za miesiące: wrzesień, październik i listopad 2015r. to125 zł brutto (za 3 miesiące); za miesiące: grudzień 2015, styczeń i luty 2016 również 125 zł brutto. Premia jest przyznawana warunkowo. Warunki jej otrzymania to comiesięczny wzrost sprzedaży rok do roku dla całości Tesco Polska oraz absencja pracowników nie przekraczająca 20 dni w kwartale.

„Solidarność” nie wyraziła zgody na propozycję wzrostu wynagrodzeń w wysokości zaproponowanej przez zarząd Tesco, uznając, że wysokość podwyżki oraz wysokość premii to policzek wymierzony pracownikom.

Związek uważa, że przy wzroście wydajności pracy oraz trwającej od kilku lat minimalizacji zatrudnienia i nakładaniu na pracowników dodatkowych obowiązków i odpowiedzialności, propozycja wynagrodzenia jest nieadekwatna do wykonywanej pracy. Artykuł 13 Kodeksu Pracy stanowi: „Pracownik ma prawo do godziwego wynagrodzenia za pracę”. Jak piszą na swojej stronie związkowcy: „Solidarność uważa, że propozycja Zarządu dotycząca wzrostu wynagrodzeń 2015/2016r nie zasługuje na miano godziwego wynagrodzenia za pracę!”.

PKP patrzy w przyszłość

PKP patrzy w przyszłość

Według uwag złożonych w ramach konsultacji społecznych do Krajowego Programu Kolejowego, narodowy przewoźnik kolejowy PKP Intercity chce budowy aż trzynastu nowych odcinków o łącznej długości pół tysiąca kilometrów.

Jak informuje portal rynek-kolejowy.pl, trwają konsultacje społeczne Krajowego Programu Kolejowego. Spośród firm zrzeszonych w związku pracodawców Forum Kolejowe-Railway Business Forum najwięcej uwag zgłosił narodowy przewoźnik kolejowy – PKP Intercity.

Narodowy przewoźnik chce rozwoju sieci. Najbardziej interesujące uwagi PKP Intercity dotyczą jednak braku projektów nowych linii kolejowych, łącznic, elektryfikacji czy budowy dodatkowych torów – słowem, projektów rozwojowych dla sieci. Przewoźnik podaje własną listę projektów, które powinny znaleźć się w Krajowym Programie Kolejowym. Jest ona imponująca – obejmuje w sumie aż trzynaście nowych linii, odcinków linii i łącznic, dwie propozycje dobudowy drugiego toru, cztery projekty elektryfikacji. Do tego przewoźnik postuluje „bezwzględne” wpisanie na listę podstawową sześciu projektów poprawy parametrów technicznych. Dorzuca jeszcze cztery projekty dotyczące poprawy przepustowości. „Naszym zdaniem polska sieć kolejowa ma duży potencjał rozwoju. Przekazując uwagi do Programu chcieliśmy zwrócić uwagę, jakie obszary powinny być w kolejnych latach traktowane priorytetowo, gdzie – poza już remontowanymi odcinkami – widzimy potencjał rozwoju, a gdzie warto zastanowić się nad zmianą koncepcji. Ostatnie miesiące wskazują, że jedynie model, w którym wiążemy obszary inwestycji taborowych, infrastrukturalnych i obsługi klienta, przynosi wymierne efekty w postaci wzrostu liczby pasażerów wybierających pociągi PKP Intercity” – mówi Beata Czemerajda z biura prasowego PKP Intercity.

Gdzie mogłyby powstać nowe linie kolejowe? Przewoźnik zwraca uwagę na brak komplementarności projektu tzw. Magistrali wschodniej, ponieważ zrewitalizowany ciąg Białystok – Hajnówka – Czeremcha – granica województwa oraz Łuków – Parczew – Lublin nie stworzy atrakcyjnych warunków do prowadzenia przewozów pasażerskich w ciągu Białystok – Lublin. Dlatego proponuje budowę nowego odcinka Sarnaki – Biała Podlaska – Milanów. Jego długość wynosiłaby ok. 85 kilometrów. Drugi projekt jest równie wielki i dotyczy przedłużenia budowy nowej linii Modlin – Płock o kolejny odcinek Płock – Włocławek (50 km), w celu umożliwienia realizacji alternatywnego dojazdu z Warszawy do Włocławka i Torunia oraz stworzenia siatki połączeń międzywojewódzkich dla znacznego ośrodka jakim jest Płock. Następnym projektem jest wpisanie do projektu budowy pierwszego odcinka linii Kolei Dużych Prędkości „Ygrek” z Warszawy do Łodzi (trasa ok. 130 km). Kolejne proponowane odcinki są już krótsze. Pierwszy to budowa odcinka Legionowo – Nasielsk, która umożliwiłaby obejście stacji Modlin i skróciła trasę Warszawa – Gdynia/ Olsztyn o 8 kilometrów. Przewoźnik proponuje także budowę nowych odcinków: Wojaszówka – Krosno lub Strzyżów nad Wisłokiem – Sanok. Przewoźnik domaga się też wpisania na listę podstawową budowy linii Podłęże – Piekiełko.

PKP IC postuluje też budowę odcinka Wieruszów – Sieradz wraz z modernizacją istniejących odcinków Sieradz – Łódź Kaliska i Oleśnica – Wieruszów, które utworzyłyby nowy, najszybszy ciąg w relacji Wrocław – Łódź. Ten projekt wielokrotnie był zresztą postulowany, m. in. przez władze Wrocławia i województwa dolnośląskiego.