Na skraju ubóstwa

Na skraju ubóstwa

W ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie żyło 7,4 proc. Polaków. To tyle samo, ile w roku poprzednim, jak wynika z danych GUS. Ale to tylko średnia dla całego kraju – w aż połowie województw zamiast stabilizacji albo spadku poziomu skrajnej biedy odnotowano jej wzrost.

Jak informuje portal forsal.pl, najwyższy poziom niedostatku widać od lat w woj. warmińsko-mazurskim. W ubiegłym roku w tym regionie prawie 15 proc. ludności żyło w skrajnej biedzie – to aż dwa razy więcej, niż wynosi przeciętna dla naszego kraju. Wydatki tych osób były niższe od minimum egzystencji ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Obejmuje ono tylko takie wydatki, które pozwalają na zakup skromnego wyżywienia i utrzymanie bardzo małego mieszkania. Nie ma wśród nich na przykład kwot przeznaczanych na komunikację lub kulturę. W ubiegłym roku takie minimum dla jednoosobowego gospodarstwa wynosiło zaledwie 540 zł, a dla czteroosobowego (dwie osoby dorosłe i dwoje dzieci) – 1458 zł.

Z badań GUS wynika, że to bezrobocie sprzyja powstawaniu biedy. W ubiegłym roku wśród gospodarstw domowych, w których przynajmniej jedna osoba była bez pracy, 15 proc. żyło w skrajnym ubóstwie, a gdy przynajmniej dwie osoby nie miały zajęcia – aż 33 proc.

Na biedę wpływ ma też poziom urbanizacji poszczególnych obszarów naszego kraju. Zasięg skrajnego ubóstwa na wsi (11,8 proc.) jest ponad dwukrotnie większy niż w miastach (4,6 proc.). Pauperyzacji sprzyja również wykonywanie niskopłatnej pracy. To dlatego w regionach z najniższymi wynagrodzeniami biedy jest najwięcej. Wśród nich jest statystycznie zamożna Wielkopolska, w której PKB per capita jest o 8 proc. większy od średniej krajowej, ale wynagrodzenia są tam niższe od niej o ponad 10 proc.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Fałszywe raje

Fałszywe raje

Specjalnych Stref Ekonomicznych jest w Polsce czternaście. Zatrudniają 296 tys. pracowników i przyciągnęły inwestycje warte blisko 102 mld zł. Trwa debata nad przedłużeniem ich funkcjonowania do 2026 roku. Eksperci nazywają je szkodliwymi rajami podatkowymi, które szkodzą gospodarce, zamiast ją napędzać.

Jak pisze portalsamorzadowy.pl, specjalne obszary, w których przedsiębiorcy mogą prowadzić swój biznes na preferencyjnych zasadach i korzystać ze zwolnień z podatku dochodowego wygenerowanego z działalności w strefie zajmują w sumie powierzchnię 18 134 hektarów. Pierwsze powstawały w latach 90. i miały na celu przyciągnąć do Polski inwestorów, zwiększyć liczbę miejsc pracy i zreindustrializować nierentowne obszary, które nie przetrwały zmian ustrojowych. Pierwsza była strefa mielecka, którą założono w 1995 roku. W sumie do końca lat 90. działalność rozpoczęło 15 stref, a obecnie działa ich 14.

Według danych Ministerstwa Finansów dochody firm i spółek zarządzających strefami zwolnione od podatku na przestrzeni 15 lat funkcjonowania stref przekroczyły 14,6 mld złotych. Łączna pomoc publiczna udzielona przedsiębiorcom działającym w strefach wyniosła kolejne 14,4 mld złotych.

Działanie stref w obecnym kształcie i w nowej rzeczywistości gospodarczej uległo wypaleniu. Dziś są one formą nieuczciwej konkurencji, bo pozycja działających w nich firm jest lepsza niż tych, które funkcjonują poza strefami. To wewnętrzne raje podatkowe demolujące nasz rynek. Teoretycznie strefy tworzą wiele nowych miejsc pracy, jest to jednak praca na krótki okres, bardzo często na umowy śmieciowe zawierane poprzez agencje pracy tymczasowej. Polska traktowana jest przez firmy działające w strefach jako rezerwuar taniej siły roboczej.

Mechanizm działania stref skrytykowała prof. Elżbieta Mączyńska: „Jeżeli w specjalnej strefie ekonomicznej udziela się producentowi zagranicznemu ulgi, pod wpływem czego niknie produkcja krajowa, to nie wiem, czy prowadzimy w ogóle rachunek kompleksowy i długookresowy. W konsekwencji padają małe biznesy, ludzie idą po zasiłek, stają się bezrobotnymi, wymagają pomocy i w końcu wszyscy podatnicy za to płacą. Czyli nie ma pełnego rachunku, uwzględniającego koszty i efekty zewnętrzne. Po 26 latach transformacji Polskę stać na mniejszą czołobitność i większe wymagania w stosunku do inwestorów zagranicznych”.

O działaniu stref rozmawialiśmy z Małgorzatą Maciejewską: http://nowyobywatel.pl/2015/03/22/strefa-stalego-wyzysku/

Kombinacja francuska

Kombinacja francuska

Do Polski wchodzi nowa marka sklepów – sieć Bi1. Właścicielem nie jest jednak żaden nowy podmiot, pod nazwą tą bowiem funkcjonować będzie osiem byłych sklepów Real i dwa Auchan. Francuzi chcą w ten sposób obejść polskie prawo.

Jak donosi portal money.pl, Aleksandra Nawieśniak z Schiever Polska informuje, że nowe sklepy zaczną działać w pierwszych dniach września. To właśnie ta firma będzie ich właścicielem. Dotąd ta francuska spółka działała w bliskiej kooperacji z Auchan. Prowadziła między innymi cztery hipermarkety pod jej marką, stworzyła też z tą firmą spółkę joint venture. We Francji nadal należy do niej 10 hipermarketów Auchan. „Przejmujemy około tysiąca pracowników. Wszyscy dostaną te same warunki pracy, co w starych firmach” – mówi Nawieśniak.

Skąd ta zmiana? W 2013 roku Auchan poinformował, że kupuje sieć hipermarketów Real za 1,1 mld euro. Ze względu na skalę transakcji musiał przyjrzeć się jej Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nawet jak na urzędnicze standardy trwało to sporo czasu. Decyzję o zgodzie na przejęcie UOKiK wydał po blisko roku. Jednocześnie jednak nakazał pozbycie się Auchan ośmiu z 57 placówek Reala na rzecz innej spółki. Chodziło o sklepy w Białymstoku, Bielsku Białej, Czeladzi, Legnicy, Rzeszowie, Szczecinie, Wałbrzychu i Sosnowcu. UOKiK mocno skomplikował plany Francuzów. Po pierwsze zmniejszył skalę ich biznesu, po drugie zmusił ich do sprzedaży czegoś, czego nikt na rynku nie chce, owe osiem sklepów rozsianych jest bowiem po całym kraju.

Francuzi szukali pomysłu na obejście restrykcji polskiego prawa. I znaleźli. Auchan postanowił sprzedać osiem placówek spółce, z którą współpracuje. Aby do tego doszło, zgodę musiał wyrazić również UOKiK. Tu zaczęły się problemy. Część ekspertów zaczęła podważać transakcję na linii Auchan-Schiever. Argumentowali, że taka sprzedaż jest wbrew zasadzie braku koncentracji, skoro w zarządach obu firm zasiadają te same osoby. Z danych KRS wynika, że prezesem Auchan jest wiceprezes Schievera Polska Marek Scheib. Z kolei w obu firmach członkiem rad nadzorczych jest Francois Colombie. Mimo wszystko UOKiK w marcu wydał zgodę na przejęcie sklepów. „Współpraca stron w tym przypadku wzbudziła nasz niepokój” – mówi Robert Kamiński, dyrektor Departamentu Kontroli Koncentracji w UOKiK.

Obecnie Schiever zmienia logo na placówkach: dwóch Auchan i ośmiu Realach. Nie przeszkadza mu nawet to, że Bi1 to we Francji super- a nie hipermarkety. Dłuższe funkcjonowanie pod starymi markami mogłoby jednak zdenerwować zarówno UOKiK, jak i konkurencję.

Z kolei w maju na portalach rekrutacyjnych pojawiły się dziwne ogłoszenia. Schiever Polska zatrudniał osoby, które miały się zająć rozwojem… sieci sklepów Auchan. Chodziło między innymi o wyszukiwanie miejsc pod wynajem lub działek, gdzie można by postawić nowe sklepy. O co w tym wszystkim chodzi? Możliwe, że Schiever Polska to tylko przechowalnia, która ma ukryć przed urzędnikami owe 10 placówek. Być może za parę lat Bi1 znowu zmieni logo na Auchan. Jak widać w świetle polskiego prawa zmiana nazwy równa się zmianie tożsamości.

Biedronko, oddaj dług!

Biedronko, oddaj dług!

290 mln 638 tys. 590 zł wynosił w piątkowy wieczór stan licznika długu Biedronki. Uruchomiło go Stowarzyszenie „Stop Wyzyskowi – Biedronka”, które chce przypomnieć o niewypłaconych pracownikom pieniądzach. Sieć handlowa do długu się nie przyznaje.

Jak informuje strona manager.money.pl, już w 2003 roku obliczono, że Biedronka na skutek fałszowania ewidencji czasu pracy nie wypłaciła pracownikom ok. 125 mln zł za pracę w nadgodzinach. Kwotę tę potwierdził w wyroku Sąd Najwyższy. W wyroku tym Sąd Najwyższy potwierdził również, że wyzysk pracowników był planowy, a oszukiwanie dostawców było elementem strategii działania Biedronki.

Skąd więc teraz 290 mln zł? Edward Gollent, który jest szefem Stowarzyszenie „Stop Wyzyskowi – Biedronka” tłumaczy, że 2,5-krotny wzrost to efekt odsetek. Teraz to właśnie je obliczać ma licznik – dziennie wyświetlana przez niego suma powiększa się o ok. 20 tys. zł. Dokładną kwotę można zobaczyć na stronie Stowarzyszenia.

„W listach otwartych wielokrotnie pytaliśmy właściciela Jeronimo Martins Aleksandra dos Santos i zarząd Biedronki, czy zwrócą kasjerkom pieniądze. Odpowiedzi do dzisiaj nie otrzymaliśmy” – pisze. Zaraz potem dodaje, że de facto dług i sam licznik mają raczej wymiar symboliczny. Choć Sąd Najwyższy rzeczywiście uznał, że Biedronka nie zapłaciła swoim pracownikom, to jednocześnie zobowiązania się przeterminowały. „Przedawnienie po trzech latach możliwości dochodzenia wynagrodzenia na drodze cywilnej nie zmienia faktu, że Biedronka i jej właściciel Alexander Soares dos Santos pozbawili kasjerki pieniędzy i do dzisiaj tych pieniędzy nie zwrócili. Dług dalej istnieje.” – dodaje Stowarzyszenie.

Dziś nikt sieci nie zmusi do wypłaty zaległych pensji. Ta musiałaby na to zdecydować się tylko z własnej woli. Albo pod presją. I na to liczy Gollent, który w liście otwartym apeluje do Polaków o niekupowania w Biedronce i wybrania się do rodzimych sklepów.