Lidl podnosi pensje

Lidl podnosi pensje

Brytyjski oddział niemieckiej sieci handlowej zapowiada wzrost płac. To pierwsza znana sieć, która włącza się w kampanię fundacji Living Wage Campaign, postulującą walkę o wyższe płace.

Jak pisze „The Guardian”, wszyscy pracownicy w Anglii, Szkocji i Walii otrzymają stawkę godzinową w wysokości 8,20 funta, oraz przynajmniej 9,35 funta w Londynie. Obecne stawki to 8,03 funta w Londynie i 7,30 poza nim. Pensje wzrosną więc o 14 proc.

Living Wage Camapaign postuluje, by firmy płaciły pracownikom wynagrodzenia pozwalające na godne, spokojne życie. W listopadzie zamierza ogłosić nowe pożądane stawki godzinowe – 7,85 funta poza Londynem i 9,15 w stolicy Wielkiej Brytanii. Proponowana przez fundację „pensja pozwalająca na przeżycie” jest wyższa od tej, jaką zaproponował sekretarz skarbu państwa George Osborne w lipcowym budżecie. Przewiduje on wzrost godzinowego wynagrodzenia do 9 funtów dopiero w roku 2020.

Tymczasem ruch Lidla sprawi, że ponad 17000 pracowników sieci skorzysta na podwyżce. Obejmie ona zatrudnionych w każdym wieku, podczas gdy „schemat Osborne’a” zakłada wzrost wynagrodzenia jedynie dla pracowników powyżej 25. roku życia.

Zatrudnieni w Lidlu znajdą się tym samym w gronie najlepiej opłacanych pracowników supermarketów. Rhys Moore, prezeska Living Wage, powiedziała, że przyjęcie przez tę sieć propozycji fundacji to bardzo dobry znak i ruch, który pociągnie za sobą zmiany w podejściu innych, niechętnych podwyżkom sieci handlowych. Rezultaty już widać – w tym miesiącu Sainsbury’s podniósł na prośbę fundacji swoją standardową stawkę godzinową do 7,36 funta. Przedstawiciele fundacji odwiedzili także Tesco i odzieżową sieć Next, domagając się zmian w płacach.

Moore mówi: „Oświadczenie Lidla jest przełomowe dla kampanii walczącej o godne płace i udowadnia, że uczciwe wynagradzanie pracowników pensją skalkulowaną na podstawie koniecznych do poniesienia kosztów życia jest w Wielkiej Brytanii możliwe. Stanowi ono również wyzwanie dla innych sieci handlowych z sektora spożywczego, które do tej pory twierdziły, że godne wynagradzanie nie jest możliwe”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Lek dla wybranych

Lek dla wybranych

Martin Shkreli, amerykański biznesmen albańskiego pochodzenia, kupił w sierpniu prawa do leku Daraprim, który jest konieczny w leczeniu m.in. powikłań przy AIDS i malarii. Następnie od razu podniósł jego cenę z 13,5 dol do 750 dol za tabletkę, czyli o 5500%. Daraprim obecny był na rynku od 62 lat, więc nie obejmują go już prawa patentowe.

Daraprim używany jest przy leczeniu wielu poważnych schorzeń – toksoplazmozy, AIDS, niektórych rodzajów raka. Lek do tej pory był zawsze dostępny dość tanio, jeszcze kilka lat temu kosztował 1 dolar za tabletkę. Jego cena rosła wraz z przekazywaniem sobie pomiędzy firmami farmaceutycznymi praw do produkcji i nazwy, nigdy jednak nie zaobserwowano aż takiego jej wzrostu.

Co ciekawe, Shkreli twierdzi, że lek nadal nie jest „odpowiednio wyceniony”, więc cena powinna jeszcze wzrosnąć. Swoją decyzję tłumaczy „chęcią utrzymania się na rynku” oraz obiecuje wykorzystać pozyskane przychody na prace nad nowym lekiem na toksoplazmozę, nie powodującym efektów ubocznych. Nie jest to pierwsza tego typu spekulacja lekowa. Rodelis Therapeutics podniósł cenę Cykloseryny, antybiotyku na gruźlicę, z 500 do 10800 dol. za 30 tabletek. Podobnie jak w przypadku Daraprimu, tłumaczone było to chęcią pozyskania środków na innowacje. Dla samego Shkreliego spekulacja lekowa to nie nowość. W 2014 kupił prawa do leku Thiola, stosowanego przy leczeniu kamicy układu moczowego, po czym podniósł jego cenę o 2000% – z 1,5 do 30 dol. za tabletkę. Pacjenci muszą ich brać kilka dziennie.

Jak pisze portal racjonalista.pl, na rynku, gdzie jest miejsce na tak wielką spekulację cenami farmaceutyków, tworzy się gigantyczna presja rynkowa na wynajdywanie chorób. Nawet jeśli państwowa służba zdrowia i państwowa farmaceutyka nie są wolne od patologii, to jednak w czysto prywatno-spekulacyjnej służbie zdrowia są one bez porównania większe. Polski rynek farmaceutyczny, choć dość wyraźnie regulowany, jest również w dużej mierze bezbronny wobec spekulacyjnej działalności koncernów farmaceutycznych.

Spełniona obietnica?

Spełniona obietnica?

Prezydent Andrzej Duda spełnił obietnicę wyborczą – skierował dziś do Sejmu projekt ustawy w sprawie obniżenia wieku emerytalnego. Jak jednak wynika z najnowszych doniesień prasowych, Sejm tej kadencji nie znajdzie czasu, by się nią zająć.

„Zawarłem umowę ze społeczeństwem, że wiek emerytalny zostanie obniżony, że złożę w tej sprawie jako prezydent RP inicjatywę ustawodawczą. Dziś jest ten dzień, kiedy ustawę składam” – poinformował w poniedziałek 21 września prezydent. Jeszcze jako kandydat na ten urząd Andrzej Duda obiecywał obniżenie wieku emerytalnego. Mówił również, że jeśli nie wywiąże się z obietnicy – ustąpi z urzędu.

Projekt ustawy zakłada przywrócenie poprzedniego wieku emerytalnego – 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Chętni będą mogli pracować dłużej. Prawo z 2012 r. wydłuża wiek emerytalny do 67 lat i stopniowo zrównuje go dla obu płci.

Prezydent wyraził nadzieję, że ustawa obniżająca wiek emerytalny zostanie uchwalona jeszcze w tej kadencji Sejmu, bo, jak mówił, koalicja rządząca pokazała, że potrafi uchwalać ustawy bardzo szybko.

„Wielokrotnie pokazała to w ciągu ostatnich 8 lat. Mam nadzieję, że tak samo rzetelnie będzie się mogła zająć tą ustawą. Jeżeli tego nie zrobi, ja się absolutnie ze swojego zobowiązania nie wycofuję, projekt ustawy zostanie złożony w następnej kadencji Sejmu, kiedy będzie nowa koalicja rządząca” – powiedział. „Wierzę w to, że wiek emerytalny w Polsce, z inicjatywy prezydenta RP, zostanie obniżony” – mówił Andrzej Duda.

Przypomniał, że do przygotowania tego projektu zobowiązał się wobec swoich wyborców oraz całego społeczeństwa. „Wielokrotnie, praktycznie na każdym moim spotkaniu, słyszałem o potrzebie obniżenia w Polsce wieku emerytalnego podniesionego do 67. roku życia. Zobowiązałem się, zawarłem taką umowę – dla mnie to umowa ze społeczeństwem. Podpisałem porozumienie, że wiek emerytalny zostanie obniżony, że złożę w tej sprawie jako prezydent Rzeczpospolitej inicjatywę ustawodawczą”.

Tymczasem Sejm ma inne plany. „Nie ma możliwości, aby obecny Sejm zajął się prezydenckim projektem ws. emerytur. Tak poważnej ustawy nie da się zrobić na jednym posiedzeniu” – powiedziała na konferencji prasowej marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska. Do projektu odniosła się też kandydatka PiS na premiera Beata Szydło. „To pokazuje, że w polskiej polityce zaczyna się nowa jakość. Jakość, której wyznacznikiem jest wiarygodność i odpowiedzialność. Pan prezydent Andrzej Duda w kampanii wyborczej zadeklarował i podjął zobowiązanie wobec obywateli, że taki projekt ustawy złoży. Ten projekt został przygotowany i złożony” – powiedziała wiceprezes PiS.

Mniej niż mało

Mniej niż mało

Polskie prawo nie zna dziś pojęcia minimalnej stawki godzinowej. Jej wprowadzenie byłoby przełomowe dla naszego rynku pracy. Obecnie zsumowane stawki godzinowe, za które pracuje wiele osób zatrudnionych na umowach cywilno-prawnych, nie dają często nawet obowiązującej miesięcznej płacy minimalnej.

Jak informuje portal wyborcza.pl, w kampanii wyborczej minimalną stawkę godzinową proponują zarówno PO, jak i PiS. Wynieść ma ona 12 zł. Kwota jest bezsporna, bo, jak policzyli związkowcy z OPZZ, aby stawka godzinowa odpowiadała minimalnemu wynagrodzeniu miesięcznemu, musi wynosić właśnie tyle. W przypadku zleceń czy prac dorywczych nie ma gwarancji jakiegokolwiek godnego wynagradzania pracowników – dotyczy to ochrony, sprzątania, handlu, prac sezonowych. W sumie aż 1,5 mln osób zatrudnionych jest na takich zasadach. Ich stawki godzinowe zsumowane miesięcznie nie osiągają nawet pułapu płacy minimalnej.

Na międzynarodowym spotkaniu związkowców z mojej branży dyskutowaliśmy o zarobkach. Niemcy – 12 euro za godzinę, Hiszpanie – 9 euro. Kiedy mówiłem o polskich realiach – 2 euro, a w patologicznych przypadkach nawet 1 euro, to koledzy zaczęli mi udowadniać, że… nie znam angielskiego. Nie wierzyli, że ludziom można tak marnie płacić” – mówił Andrzej Madej ze związku pracowników ochrony. Według danych organizacji Lewiatan Sąd Rejonowy w Legnicy płaci za roboczogodzinę ochroniarza tylko 5,79 zł bez VAT, czyli ponad połowę mniej niż ustawowe wynagrodzenie minimalne. Na niewiele więcej wyceniły pracowników ochrony sądy rejonowe w Bielsku Podlaskim (7,71 zł) i w Nysie (8,54 zł).

W nisko płatnych branżach wielu pracowników nie ma jednak umów o pracę. „Świadczą usługi” na podstawie zlecenia lub umów o dzieło. Jak ich objąć płacą minimalną? Coraz popularniejszy staje się pomysł, by oni również zarabiali minimalne stawki godzinowe, poniżej których pracodawca nie mógłby zejść. „To problem wyłącznie techniczny” – mówi prof. Arkadiusz Sobczyk, ekspert prawa pracy z UJ. „Za pracę, nieważne, na jakiej podstawie, pracownik powinien dostać godne wynagrodzenie. Bez rozróżnienia, że godne na etacie, a na innej podstawie prawnej już niegodne. Jeśli świadczy się usługi takie jak w ramach stosunku pracy, to regulacje dotyczące wynagrodzenia minimalnego powinny być stosowane do wszystkich realnie pracujących”.