Polska bezdomna

Polska bezdomna

W kraju brakuje mieszkań komunalnych, zwłaszcza we wschodnich województwach. Ich udział w zasobie mieszkaniowym jest tam niższy od średniej krajowej. Mniej jest tam także lokali należących do TBS-ów. W Białymstoku na mieszkanie od miasta trzeba czekać nawet 15 lat.

Jak informuje Portal Samorządowy, w całym kraju gminy mają bardzo ograniczone możliwości realizacji ustawowego obowiązku zaspokajania potrzeb mieszkaniowych mieszkańców ze względu na brak wolnych lokali komunalnych oraz brak środków finansowych na budowę nowych mieszkań. Powodem coraz mniejszej liczby mieszkań komunalnych są m.in. działania prywatyzacyjne, tzn. sprzedaż mieszkań najemcom, i reprywatyzacyjne, czyli zwrot lokali dawnym właścicielom, wyburzenia budynków oraz wyłączenia budynków z eksploatacji z powodu ich złego stanu technicznego. Efekt to długie listy osób oczekujących na najem mieszkania komunalnego.

We wschodnich województwach udział mieszkań komunalnych w zasobach mieszkaniowych jest mniejszy niż średnia krajowa, która według danych GUS na koniec 2013 roku wyniosła 15,7. Spośród wschodnich regionów największy ich udział odnotowano na koniec 2013 r. w woj. warmińsko-mazurskim – 13,8%. W pozostałych czterech województwach Polski Wschodniej było to 10-11%.

Polska Wschodnia nie wypada imponująco także w statystykach dotyczących Towarzystw Budownictwa Społecznego. W całym kraju mieszkania stanowiące własność TBS-ów stanowiły w 2014 roku 1,5% wszystkich. Spośród wschodnich województw tylko w woj. podlaskim ich udział był większy i wyniósł 1,7%. W woj. lubelskim udział mieszkań TBS-ów wyniósł 1,3%, w warmińsko-mazurskim 1,1%, w podkarpackim 0,8%, a w woj. świętokrzyskim zaledwie 0,6%.

Według ostatnich dostępnych danych GUS w Rzeszowie w kolejce po mieszkanie komunalne czekało około 700 osób. Średni czas oczekiwania wynosił tam od 8 do 10 lat. W Lublinie na takie lokale czekało ponad 5 tys. osób. W Białymstoku na lokal komunalny czekało około 500 rodzin, a czas oczekiwania to nawet 15 lat. Podobna sytuacja jest w Olsztynie i Kielcach.

Z danych Rzecznika Praw Obywatelskich wynika, że w latach 2007-2013, w ramach obecnie  realizowanego programu wsparcia budownictwa socjalnego, zasilenie Funduszu Dopłat z budżetu państwa wyniosło 468 mln zł. W ramach tego programu dofinansowana została łącznie budowa 12797 mieszkań (w tym 9301 lokali socjalnych, 109 mieszkań chronionych, 3296 mieszkań komunalnych, 88 mieszkań dla powodzian) oraz 1020 miejsc w noclegowniach i domach dla bezdomnych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Lek dla wybranych

Lek dla wybranych

Martin Shkreli, amerykański biznesmen albańskiego pochodzenia, kupił w sierpniu prawa do leku Daraprim, który jest konieczny w leczeniu m.in. powikłań przy AIDS i malarii. Następnie od razu podniósł jego cenę z 13,5 dol do 750 dol za tabletkę, czyli o 5500%. Daraprim obecny był na rynku od 62 lat, więc nie obejmują go już prawa patentowe.

Daraprim używany jest przy leczeniu wielu poważnych schorzeń – toksoplazmozy, AIDS, niektórych rodzajów raka. Lek do tej pory był zawsze dostępny dość tanio, jeszcze kilka lat temu kosztował 1 dolar za tabletkę. Jego cena rosła wraz z przekazywaniem sobie pomiędzy firmami farmaceutycznymi praw do produkcji i nazwy, nigdy jednak nie zaobserwowano aż takiego jej wzrostu.

Co ciekawe, Shkreli twierdzi, że lek nadal nie jest „odpowiednio wyceniony”, więc cena powinna jeszcze wzrosnąć. Swoją decyzję tłumaczy „chęcią utrzymania się na rynku” oraz obiecuje wykorzystać pozyskane przychody na prace nad nowym lekiem na toksoplazmozę, nie powodującym efektów ubocznych. Nie jest to pierwsza tego typu spekulacja lekowa. Rodelis Therapeutics podniósł cenę Cykloseryny, antybiotyku na gruźlicę, z 500 do 10800 dol. za 30 tabletek. Podobnie jak w przypadku Daraprimu, tłumaczone było to chęcią pozyskania środków na innowacje. Dla samego Shkreliego spekulacja lekowa to nie nowość. W 2014 kupił prawa do leku Thiola, stosowanego przy leczeniu kamicy układu moczowego, po czym podniósł jego cenę o 2000% – z 1,5 do 30 dol. za tabletkę. Pacjenci muszą ich brać kilka dziennie.

Jak pisze portal racjonalista.pl, na rynku, gdzie jest miejsce na tak wielką spekulację cenami farmaceutyków, tworzy się gigantyczna presja rynkowa na wynajdywanie chorób. Nawet jeśli państwowa służba zdrowia i państwowa farmaceutyka nie są wolne od patologii, to jednak w czysto prywatno-spekulacyjnej służbie zdrowia są one bez porównania większe. Polski rynek farmaceutyczny, choć dość wyraźnie regulowany, jest również w dużej mierze bezbronny wobec spekulacyjnej działalności koncernów farmaceutycznych.

Spełniona obietnica?

Spełniona obietnica?

Prezydent Andrzej Duda spełnił obietnicę wyborczą – skierował dziś do Sejmu projekt ustawy w sprawie obniżenia wieku emerytalnego. Jak jednak wynika z najnowszych doniesień prasowych, Sejm tej kadencji nie znajdzie czasu, by się nią zająć.

„Zawarłem umowę ze społeczeństwem, że wiek emerytalny zostanie obniżony, że złożę w tej sprawie jako prezydent RP inicjatywę ustawodawczą. Dziś jest ten dzień, kiedy ustawę składam” – poinformował w poniedziałek 21 września prezydent. Jeszcze jako kandydat na ten urząd Andrzej Duda obiecywał obniżenie wieku emerytalnego. Mówił również, że jeśli nie wywiąże się z obietnicy – ustąpi z urzędu.

Projekt ustawy zakłada przywrócenie poprzedniego wieku emerytalnego – 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Chętni będą mogli pracować dłużej. Prawo z 2012 r. wydłuża wiek emerytalny do 67 lat i stopniowo zrównuje go dla obu płci.

Prezydent wyraził nadzieję, że ustawa obniżająca wiek emerytalny zostanie uchwalona jeszcze w tej kadencji Sejmu, bo, jak mówił, koalicja rządząca pokazała, że potrafi uchwalać ustawy bardzo szybko.

„Wielokrotnie pokazała to w ciągu ostatnich 8 lat. Mam nadzieję, że tak samo rzetelnie będzie się mogła zająć tą ustawą. Jeżeli tego nie zrobi, ja się absolutnie ze swojego zobowiązania nie wycofuję, projekt ustawy zostanie złożony w następnej kadencji Sejmu, kiedy będzie nowa koalicja rządząca” – powiedział. „Wierzę w to, że wiek emerytalny w Polsce, z inicjatywy prezydenta RP, zostanie obniżony” – mówił Andrzej Duda.

Przypomniał, że do przygotowania tego projektu zobowiązał się wobec swoich wyborców oraz całego społeczeństwa. „Wielokrotnie, praktycznie na każdym moim spotkaniu, słyszałem o potrzebie obniżenia w Polsce wieku emerytalnego podniesionego do 67. roku życia. Zobowiązałem się, zawarłem taką umowę – dla mnie to umowa ze społeczeństwem. Podpisałem porozumienie, że wiek emerytalny zostanie obniżony, że złożę w tej sprawie jako prezydent Rzeczpospolitej inicjatywę ustawodawczą”.

Tymczasem Sejm ma inne plany. „Nie ma możliwości, aby obecny Sejm zajął się prezydenckim projektem ws. emerytur. Tak poważnej ustawy nie da się zrobić na jednym posiedzeniu” – powiedziała na konferencji prasowej marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska. Do projektu odniosła się też kandydatka PiS na premiera Beata Szydło. „To pokazuje, że w polskiej polityce zaczyna się nowa jakość. Jakość, której wyznacznikiem jest wiarygodność i odpowiedzialność. Pan prezydent Andrzej Duda w kampanii wyborczej zadeklarował i podjął zobowiązanie wobec obywateli, że taki projekt ustawy złoży. Ten projekt został przygotowany i złożony” – powiedziała wiceprezes PiS.

Mniej niż mało

Mniej niż mało

Polskie prawo nie zna dziś pojęcia minimalnej stawki godzinowej. Jej wprowadzenie byłoby przełomowe dla naszego rynku pracy. Obecnie zsumowane stawki godzinowe, za które pracuje wiele osób zatrudnionych na umowach cywilno-prawnych, nie dają często nawet obowiązującej miesięcznej płacy minimalnej.

Jak informuje portal wyborcza.pl, w kampanii wyborczej minimalną stawkę godzinową proponują zarówno PO, jak i PiS. Wynieść ma ona 12 zł. Kwota jest bezsporna, bo, jak policzyli związkowcy z OPZZ, aby stawka godzinowa odpowiadała minimalnemu wynagrodzeniu miesięcznemu, musi wynosić właśnie tyle. W przypadku zleceń czy prac dorywczych nie ma gwarancji jakiegokolwiek godnego wynagradzania pracowników – dotyczy to ochrony, sprzątania, handlu, prac sezonowych. W sumie aż 1,5 mln osób zatrudnionych jest na takich zasadach. Ich stawki godzinowe zsumowane miesięcznie nie osiągają nawet pułapu płacy minimalnej.

Na międzynarodowym spotkaniu związkowców z mojej branży dyskutowaliśmy o zarobkach. Niemcy – 12 euro za godzinę, Hiszpanie – 9 euro. Kiedy mówiłem o polskich realiach – 2 euro, a w patologicznych przypadkach nawet 1 euro, to koledzy zaczęli mi udowadniać, że… nie znam angielskiego. Nie wierzyli, że ludziom można tak marnie płacić” – mówił Andrzej Madej ze związku pracowników ochrony. Według danych organizacji Lewiatan Sąd Rejonowy w Legnicy płaci za roboczogodzinę ochroniarza tylko 5,79 zł bez VAT, czyli ponad połowę mniej niż ustawowe wynagrodzenie minimalne. Na niewiele więcej wyceniły pracowników ochrony sądy rejonowe w Bielsku Podlaskim (7,71 zł) i w Nysie (8,54 zł).

W nisko płatnych branżach wielu pracowników nie ma jednak umów o pracę. „Świadczą usługi” na podstawie zlecenia lub umów o dzieło. Jak ich objąć płacą minimalną? Coraz popularniejszy staje się pomysł, by oni również zarabiali minimalne stawki godzinowe, poniżej których pracodawca nie mógłby zejść. „To problem wyłącznie techniczny” – mówi prof. Arkadiusz Sobczyk, ekspert prawa pracy z UJ. „Za pracę, nieważne, na jakiej podstawie, pracownik powinien dostać godne wynagrodzenie. Bez rozróżnienia, że godne na etacie, a na innej podstawie prawnej już niegodne. Jeśli świadczy się usługi takie jak w ramach stosunku pracy, to regulacje dotyczące wynagrodzenia minimalnego powinny być stosowane do wszystkich realnie pracujących”.