Zarobić i dać zarobić innym

Zarobić i dać zarobić innym

Rumuńscy parlamentarzyści pracują nad prawem nakazującym supermarketom wzmożoną sprzedaż krajowych produktów. Ponad połowa (51 proc.) mięsa, owoców i warzyw sprzedawanych w supermarketach w Rumunii będzie musiała pochodzić od lokalnych rolników.

Jak informuje wyborcza.biz, projekt takiego prawa przyjęli we wtorek rumuńscy senatorowie. Złamanie przez sklep nakazu pociągałoby za sobą konieczność zapłacenia kary w wysokości 12,7 tys. dol. Projekt dopuszcza wyjątki: sprzedaż importowanych towarów w okresie zimowym.

Rządzący w Bukareszcie socjaldemokraci tłumaczą, że tego typu rozwiązanie wesprze rolników, pomoże w tworzeniu nowych miejsc pracy oraz zapewni wzrost przychodów. Projekt musi jednak zostać najpierw przyjęty przez niższą izbę parlamentu.

Rolnicy w Rumunii, podobnie jak w Polsce, notują w tym roku poważne straty z powodu suszy. Komisja Europejska szacuje, że tegoroczna produkcja zbóż może być o 26 proc. niższa niż rok wcześniej. Zbiory kukurydzy będą zaś o 35 proc. niższe. Zgodnie z rumuńskimi prognozami sektor rolniczy zanotuje w tym roku spadek o 3 proc. z powodu suszy. Straty szacowane są na 2 mld euro.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nie ma litości dla pracodawców

Nie ma litości dla pracodawców

Francuskie linie Air France potwierdziły plan likwidacji prawie 3 tys. miejsc pracy w ciągu dwóch lat. Po tej decyzji stu działaczy związkowych wdarło się na poranne posiedzenie, na którym dyrekcja przedstawiała partnerom społecznym plany restrukturyzacji. Dwóch menedżerów odpowiedzialnych za sprawy kadrowe uciekło przez płot przed rozwścieczonym tłumem.

Jak donosi agencja AP, szef holdingu Air France-KLM Alexandre de Juniac ogłosił w piątek, po fiasku rozmów z pilotami, plany redukcji miejsc pracy Według francuskich mediów powołujących się na związki zawodowe, przewiduje się likwidację 2,9 tys. miejsc pracy. Chodzi o 300 pilotów, 900 stewardów i stewardes i 1,7 tys. członków personelu naziemnego.

Przed siedzibą Air France, w pobliżu lotniska Roissy-Charles de Gaulle, zebrało się 1-2 tys. protestujących. Działacze związkowi domagają się dymisji de Juniaca i dyrektora francuskiego przewoźnika Frederica Gageya.

Jak pisze Reuters UK, brutalne protesty związkowe tego typu nie są we Francji niczym nadzwyczajnym, a społeczeństwo przywykło tam do „brania prawa we własne ręce”. Zdarza się, że związki zawodowe posuwają się nawet do przetrzymywania szefów i dyrektorów jako zakładników, póki druga strona nie spełni żądań lub przynajmniej nie zasiądzie do rozmów.

Chińsko-polska (byle)jakość

Chińsko-polska (byle)jakość

W tym roku co trzeci mundur dla polskiego żołnierza może być uszyty przez Chińczyków. Dla polskiego przemysłu oznacza to stratę około 90 mln złotych.

Jak pisze portal polskatimes.pl, Ministerstwo Obrony podkreśla, że chce stawiać na polski przemysł zbrojeniowy. Zaprzecza temu wybór francuskiego Caracala w przetargu śmigłowcowym, pomimo istnienia dwóch polskich zakładów produkcyjnych – w Mielcu i Świdniku. A teraz czarę goryczy mogą przelać mundury, które mają być w sporej części szyte w Chinach.

Radosław Klinowski z Polskiego Związku Producentów Tekstyliów mówi, że taka polityka po prostu ich pogrąża. „Przegrane przez nas przetargi to brak możliwości produkcji, podcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy, i likwidacja naszych zakładów” – tłumaczył.

Do tej pory zamówienia na mundury otrzymywały zakłady pracy chronionej, zatrudniające inwalidów. Konkurowały ze sobą spółdzielnie z Białej Podlaskiej, Gdyni i Limanowej. W tym roku najniższą cenę produkcji zaoferowała nowa spółka z Warszawy – Unifeq. Wygrała przetarg na 158 tysięcy mundurów, o wartości prawie 40 milionów złotych. Jak się jednak okazało, choć firma jest polska, szycie mundurów zleca zakładom w Chinach.

Polski Związek Tekstyliów walczy z niską ceną jako jedynym wyznacznikiem wyboru firmy, która zwycięży w przetargu i otrzyma zlecenie. W zeszłym roku w ogłoszonym przez MON przetargu o wartości 16 mln zł również zwyciężył Unifeq, pomimo że preferowane były zakłady pracy chronionej, a wymogiem było zatrudnianie co najmniej 50 proc niepełnosprawnych pracowników. Krajowa Izba Odwoławcza przyznała rację polskim producentom, którzy odwołali się od decyzji MON. 11 września werdykt potwierdził warszawski sąd okręgowy. Dwa miesiące później przetarg trafił do polskiego producenta. To było jednak pojedyncze zwycięstwo. Przedstawiciele krajowych konsorcjów uważają, że nikt nie broni rodzimego przemysłu tekstylnego. List w tej sprawie trafił do prezydenta Andrzeja Dudy.

Apteki bez leków

Apteki bez leków

Instytut ABR SESTA przeprowadził badania dostępności leków w aptekach – badacze wcielali się w pacjentów i dzwonili do placówek sprzedających farmaceutyki, pytając o leki na poważne choroby, np. białaczkę czy raka prostaty. Wyniki okazały się zatrważające – duża część aptek takimi medykamentami nie dysponuje.

Jak informuje portal wyborcza.biz, problem występuje zwłaszcza w zachodniej Polsce: w województwach zachodniopomorskim, lubuskim, dolnośląskim oraz opolskim. Tam na przykład eligard (lek na raka) i hydroxycarbamid (na białaczkę) są stale niedostępne w co trzeciej aptece. Madoparu stosowanego w leczeniu parkinsona czy przeciwzakrzepowego fragminu nie ma w co piątej. Humalogu (insuliny) czy stosowanego w leczeniu psychoz rispoleptu nie ma w co szóstej. Jeszcze gorzej jest w aptekach wiejskich. Oczywiście lek można zamówić, ale nie każdy aptekarz chce przyjąć zamówienie. Niemal co piąta badana apteka nie chciała sprowadzić na przykład hydroxycarbamidu. Pacjenci na dostawę niektórych leków czekają nawet trzy tygodnie.

Ankieterzy pytali o 15 leków. Wybrał je dr Stefan Piechocki, wojewódzki konsultant farmacji aptecznej dla Wielkopolski. Poddał ankietowaniu te, na których brak najczęściej skarżyli się pacjenci. W większości są to najpopularniejsze preparaty do leczenia danych chorób, które często nie mogą być zamieniane z innymi.

Piechocki usiłował zainteresować problemem Ministerstwo Zdrowia i jego szefa prof. Mariana Zembalę. Według resortu jednak problemu nie ma, a wymienione leki są w sporej części przypadków specyficzne, co tłumaczy ich „niskie rozproszenie w aptekach”. Ministerstwo twierdzi, że ich ustalona przez badaczy dostępność jest dobra, najlepsza rzecz jasna w okolicy gabinetów specjalistycznych. Część farmaceutyków ma zaś tańsze odpowiedniki. Z tym stanowiskiem nie zgadzają się jednak aptekarze: „Ciągle są problemy z zaopatrzeniem w leki przeciwzakrzepowe, przeciwastmatyczne, kardiologiczne, a także stosowane w leczeniu cukrzycy i chorób nowotworowych” – ocenia dr Marek Jędrzejczak, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej (NRA).

Powodów niedoborów jest kilka. Części leków nie ma, bo wypływają z Polski za granicę, gdzie są droższe. Hurtownie potrafią z tego powodu ograniczyć możliwość zakupu konkretnego leku. Aptekarze twierdzą, że dostęp do medykamentów ograniczają też producenci. Według NRA tylko trzy największe hurtownie wskazane przez producentów leków innowacyjnych mają wyłączny dostęp do ponad stu ważnych leków.

Wreszcie niektórych farmaceutyków aptekom zwyczajnie nie opłaca się sprzedawać. Przykładem jest eligard, który kosztuje 849,45 zł. Pacjent płaci za niego 14,69 zł. Apteka czeka na refundację NFZ do 30 dni. Nie opłaca się jej więc mrozić tak dużych pieniędzy w towarze, zwłaszcza że jedno opakowanie eligardu (ampułkostrzykawka) bierze się raz na trzy miesiące, lek leży więc długo na półce. Trzeba odprowadzić od niego 8 proc. VAT, apteka zaś zarabia na nim 31,11 zł. Łatwiej i zyskowniej sprzedawać suplementy diety czy kosmetyki.