Pora na 32 godziny?

Pora na 32 godziny?

Francuska konfederacja związkowa CGT wznawia walkę o redukcję czasu pracy. Kwestia hipotetycznego skrócenia liczącego obecnie 35 godzin tygodnia pracy regularnie pojawia się w deklaracjach politycznych kandydatów w wyborach prezydenckich w 2017 roku, jednak związki nie czekają na propozycje z góry – sekretarz generalny organizacji, Philippe Martinez, rozpoczął w zeszłym tygodniu kampanię na rzecz skrócenia tygodnia pracy do 32 godzin. Według związkowców taka zmiana spowoduje wzrost produktywności oraz umożliwi stworzenie nowych wakatów.

Jak informuje portal tempsreel.nouvelobs.com, CGT widzi w skróceniu czasu poświęcanego na pracę szybki sposób na walkę z bezrobociem – i to nie tylko we Francji, ale i w całej Europie. Szef związku ma zamiar zaproponować udział w kampanii wszystkim europejskim centralom związkowym. Jak mówi, w Europie mamy 24 mln bezrobotnych, a 85 mln jej mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa. „Celem jest sprawienie, żeby 32 godziny stały się rzeczywistością” – dodaje.

Zdaniem lidera kampanii, Mohammeda Oussedika, sekretarza generalnego federacji szklano-ceramicznej w CGT, około 400 firm już zeszło poniżej ustawowego czasu 35 godzin. Dotyczy to np. Mamie Nova, producenta świeżych produktów mlecznych i Macif, firmy ubezpieczeniowej, oaz Renault, producenta samochodów.

35-godzinny tydzień pracy wprowadzony na mocy Praw Aubry w 1998 i 2002 roku umożliwił we Francji, według danych podawanych przez INSEE (Narodowy Instytut Studiów Ekonomicznych), stworzenie 350 tysięcy nowych miejsc pracy.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Gospodarka trzeciej kategorii

Gospodarka trzeciej kategorii

Połowa z działających w Polsce spółek z kapitałem zagranicznym zadeklarowała, że nie wypracowywała u nas żadnych zysków za 2013 r. i nie zapłaciła w związku z tym CIT, jak wynika z raportu Fundacji Kaleckiego: „Kapitał zagraniczny. Czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?”.

Opracowanie Fundacji, przygotowane dla NBP w ramach projektu „Kapitał XXI wieku w Polsce”, przytacza wiele faktów wskazujących, że zagraniczne spółki korzystają z bardzo hojnego wsparcia naszego państwa, mimo że płacą niższe od firm polskich podatki. Korzystają często z różnych metod  tzw. optymalizacji podatkowej, a także umiejętnie wykorzystują możliwości dawane im przez specjalne strefy ekonomiczne (SSE). Obecnie w Polsce istnieje 14 stref. Według danych Ministerstwa Gospodarki skumulowane w nich inwestycje przyniosły do końca 2014 r. 102 mld zł zysku, z czego 80 proc. przypadło na kapitał zagraniczny. Firmy działające w SSE otrzymują zwolnienia podatkowe, które w latach 1998-2012 wyniosły łącznie 12 mld zł. W przeliczeniu na jedno miejsce pracy utworzone w SSE w latach 2010-2012 sięgały one aż 139 tys. zł. Mimo to rząd w 2013 r. przedłużył funkcjonowanie stref aż do 2026 r.

Jednym z głównych czynników przyciągających obcy kapitał do Polski są stosunkowo niskie koszty pracy. W badaniu PAIiIZ z 2011 r. znaczna większość inwestorów zagranicznych działających w Polsce wskazała je, obok dużej dostępności wykwalifikowanej siły roboczej, jako czynniki, które najbardziej doceniają na polskim rynku. Według danych powiązanej z Eurostatem agencji AMECO udział płac w PKB Polski wynosił w 2014 r. 46 proc., a nasz kraj zajmował w tym zestawieniu drugą pozycję od końca. Jest o 10 pkt proc. niższy niż średnia dla całej UE i nadal spada – jeszcze w 1999 r. wynosił 58 proc. PKB. Badania OECD za lata 2001–2012 plasują Polskę pod tym względem na końcu tabeli, tuż obok Meksyku.

„Obecna struktura inwestycji zagranicznych konserwuje model rozwojowy oparty na niskich kosztach pracy, co może skutkować utrzymaniem peryferyjnej roli Polski w światowej gospodarce” – mówi raport Fundacji Kaleckiego. Fundacja wskazuje też, że Polacy pracują coraz wydajniej, ale zyski z tego faktu czerpie coraz węższa grupa ludzi.

Raport można pobrać tutaj.

Koniec wyłudzania?

Koniec wyłudzania?

Po ponadrocznym dochodzeniu Komisja Europejska zdecydowała, że Luksemburg i Holandia przyznawały nielegalne korzyści podatkowe firmom Starbucks i Fiat Finance. Oba koncerny będą musiały zwrócić po 20-30 mln euro niezapłaconego podatku.

Jak informuje portal biznes.onet.pl, KE uznała, że dzięki decyzjom władz Luksemburga i Holandii firmy płaciły zaniżone podatki, a zatem otrzymały niedozwoloną pomoc publiczną. Unijna komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager mówiła na konferencji prasowej w Brukseli, że decyzje podatkowe sztucznie zaniżyły wysokość dochodów dwóch firm, przez co płacone przez nie podatki mogły być bardzo niskie. KE jest zdania, że selektywne korzyści podatkowe przyznane dwóm korporacjom są niezgodne z unijnymi przepisami dotyczącymi pomocy publicznej. Vestager przyznała, że sumy, jakie firmy te będą musiały zapłacić, nie są spektakularnie wysokie, biorąc pod uwagę ich przychody, ale – jak podkreśliła – chodziło o pokazanie, że nie ma akceptacji dla takich praktyk. „Nawet jeśli suma 20-30 mln euro, którą każda z firm będzie musiała zapłacić, nie jest wysoka, to jest to znacznie więcej niż płaciły one wcześniej” – powiedziała.

W zeszłym roku Fiat Finance and Trade, który jest wewnętrznym bankiem Fiata, zapłacił niecałe 0,4 mln euro podatku korporacyjnego, natomiast Starbucks Manufacturing niespełna 0,6 mln euro. Wyliczone przez KE na zasadach rynkowych zyski Fiat Finance and Trade w Luksemburgu były 20 razy wyższe niż te, które faktycznie deklarował.
Dokładna wysokość sum, które korporacje będą musiały zapłacić, ma być wyliczana przez władze Luksemburga i Holandii. Decyzja KE wywołała pytania, czy to sprawiedliwe, by dodatkowe środki zasiliły budżety dwóch krajów, które zgadzały się na to, by owe firmy płaciły u nich niższe podatki. W wyniku takich praktyk straty ponosiły bowiem inne państwa. Vestager odpowiadała jednak, że takie są przepisy europejskie i KE musi się do nich stosować.

Holenderski rząd oświadczył, że jest zaskoczony decyzją KE w sprawie jego porozumień podatkowych ze Starbucksem, zapewniając, że spełniały one międzynarodowe standardy. Również Luksemburg stwierdził, że nie zgadza się z decyzją Komisji. Kraje te mają teraz dwa miesiące na wykonanie obliczeń i rozpoczęcie procedury odzyskiwania podatku. „To jest unia prawna, więc może zobaczymy się w sądzie” – komentowała uwagi obu krajów Vestager.

Przyspieszenie działań w walce z unikaniem opodatkowania Komisja zapowiedziała po ujawnieniu pod koniec ub. roku, że ponad 300 międzynarodowych koncernów korzystało z decyzji podatkowych władz Luksemburga, pozwalających im na płacenie bardzo niskich albo zerowych podatków, na czym traciły inne kraje unijne.

Surowy klimat dla oszustów

Surowy klimat dla oszustów

Islandia karze bankierów winnych kryzysu finansowego z 2008 roku. 26 z nich zostało właśnie skazanych na wyroki więzienia – przeciętnie spędzą za kratkami po prawie trzy lata.

Jak pisze portal US Uncut, Islandzki Sąd Najwyższy i Sąd Rejonowy w Reykjaviku uznały na podstawie dwóch odrębnych orzeczeń pięciu dyrektorów generalnych z dwóch największych w kraju banków – Landsbankinn i Kaupping – za winnych rynkowych manipulacji, malwersacji i naruszenia obowiązków powierniczych. Większość z nich została skazana na karę więzienia o długości od dwóch do pięciu lat. Maksymalna kara za przestępstwa finansowe wynosi w Islandii sześć lat, ale Sąd Najwyższy rozważa obecnie jej ustawowe wydłużenie.

Po załamaniu z 200 r. Islandia zdecydowała się pójść w innym kierunku niż pozostałe kraje, które doświadczyły kryzysu, i, zamiast wspierać banki niekończącymi się subwencjami, dała rządowi dodatkowe narzędzia – nadzór finansowy nad tymi placówkami i władzę potrzebną do przejęcia nad nimi kontroli, bowiem wynikły z kryzysu chaos wydawał się nie do pokonania w inny sposób.

Był to ostatni moment, by pójść po rozum do głowy. Wcześniej Islandia do tego stopnia wierzyła w rynek usług bankowych, że w 2001 r. zderegulowała swój sektor finansowy. W ciągu kilku lat popadła w tak wielkie długi zagraniczne, że nie dała rady ich przefinansować przed załamaniem się całego systemu.

Osiem lat po kryzysie rząd islandzki nadal sądzi i karze tych, którzy byli odpowiedzialni za manipulacje rynkowe i paraliż gospodarki. Kiedy prezydent Islandii Olafur Ragnar Grimmson został zapytany, jak jego krajowi udało się wyjść z tej globalnej katastrofy, miał odpowiedzieć słynnym cytatem: „Byliśmy wystarczająco mądrzy, by nie podążać za tradycyjną ortodoksją świata zachodniej finansjery. Wprowadziliśmy kontrole walutowe, pozwoliliśmy bankom upaść, zapewniliśmy pomoc ubogim i nie forsowaliśmy kryzysowych oszczędności, jakie obserwujemy w całej Europie”.